człowiek
Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2012-10-02
Ile nas łączy, ile nas dzieli

Badacze i publicyści często ogłaszają, że zdiagnozowali kolejne pokolenie. Czy każda zbiorowość, która wyróżnia się wspólnym stylem życia, medium komunikowania i otacza się podobnymi gadżetami, zasługuje na to miano?

Ile nauk humanistycznych i społecznych, tyle definicji. W sensie genealogicznym pokolenie to zbiór osób będących odpowiednio rodzicami, dziećmi, wnukami itd. Czym innym jest kohorta – grupa osób wyodrębniona na bazie wspólnego dla nich zdarzenia. Generacja, w publicystyce i humanistyce synonim pokolenia, to w demografii kohorta wieku, tworzona przez osoby urodzone w tym samym roku. Z kolei historyczne definicje odnoszą się do wspólnoty ludzi urodzonych w podobnym czasie, o zbieżnych postawach, ukształtowanych przez te same wydarzenia historyczne. Definicje kulturowe i antropologiczne akcentują, że piętno pokoleniowe na zbiorowości osób w podobnym wieku odciska, obok historii, wspólnota losów i zaplecza kulturowego.

W socjologii punktem wyjścia wciąż jest klasyczny esej Karla Mannheima z 1928 r. pt. „Problem pokoleń”. Według niemieckiego socjologa wiedzy nie wystarczy urodzić się w tym samym czasie i na tym samym obszarze kulturowym. Wprowadzona przez Mannheima kategoria pokolenia jako rzeczywistości odnosi się do ludzi, których łączy wspólne umiejscowienie w procesach społecznych i historycznych, jak np. doświadczenie wojny czy rewolucji, ale którzy niekoniecznie stali po jednej stronie barykady. Dlatego w ramach pokolenia Mannheim wyróżnia osobne jednostki pokoleniowe, które spaja wspólna świadomość doświadczanego losu, jednakie postawy, cele oraz zasady działania i interpretowania rzeczywistości.

Tak rozumiane pokolenie pełni wiele funkcji społecznych: odpowiada za transmisję dziedzictwa narodowego i pamięci zbiorowej, ale i za kontestowanie starego ładu obyczajowego i kanonu kultury, dzięki czemu możliwa jest zmiana społeczna. Jeśli popatrzymy na sinusoidę nurtów w sztuce, dostrzeżemy, że manifesty twórców należących do kolejnych generacji niemal zawsze zawierają pierwiastek „ojcobójczy” i mierzą się z krytyką poprzedników, którzy wieszczą, że młodzi doprowadzą do kryzysu kultury i upadku cywilizacji. Pozytywny autostereotyp wytwarza więc obronny negatywny heterostereotyp.

Ile pracujesz, ile imprezujesz
Sytuacja przełomu prowokuje do ponownej refleksji nad pokoleniową mozaiką społeczeństwa. Wśród osób żyjących i urodzonych w PRL socjologowie wyróżnili m.in. pokolenie II RP (pamiętające ancien régime), najmocniej indoktrynowane pokolenie ZMP, pokolenie „odwilży” (które weszło w dorosłość po okresie stalinowskim), Marca ’68 i „Solidarności”. Z tego ostatniego rekrutują się elity III RP oraz cała rzesza rodziców, którzy w demokratycznej Polsce wychowują pokolenie ’89, dorastające w warunkach zmiany ustrojowej.

W świetle raportu „Młodzi 2011”, autorstwa Krystyny Szafraniec i zespołu ekspertów zawiązanego z inicjatywy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, dzieci transformacji to inne jakościowo plemię, wyznające kult osobistego sukcesu i bezproblemowego życia, ukształtowane tak jednak przez swoich rodziców. „W rodzinach, zwłaszcza inteligenckich, miało miejsce wysokie wartościowanie autokreacji i indywidualizmu. Atmosferę wychowawczą większości rodzin wypełniał pajdocentryzm – dzieci były dobrem największym i dzieci wiedziały, że są dobrem największym” – tłumaczą autorzy raportu. Roszczeniowość nowego pokolenia można więc po części tłumaczyć boomem na bezstresowe wychowanie i etosem kulturowym pierwszych lat III RP, kiedy awans ekonomiczny i społeczny był łatwiejszy niż obecnie.

Tymczasem ludzie masowo kończący dziś studia nie mają pomysłu na dorosłe życie. Deklarują, że wolą pielęgnować przyjaźnie i więzi rodzinne, niż piąć się po szczeblach kariery, wolą wydawać pieniądze na autoafirmacyjne cele, niż je zarabiać, pracując ponad normę. I tu pojawia się odwieczny dylemat: być czy mieć? Pokolenie ’89 chciałoby i być, i mieć. Problemem staje się niemożność realizacji wszystkich aspiracji. Wtedy u wielu osób 25+ ujawnia się „kryzys ćwierćwiecza”, który albo pcha do ciągłego lawirowania między profesjami, krajami i wyznawanymi wartościami (często mówi się też o pokoleniu nomadów), albo odsyła do strategii ready-made, a więc powielania gotowych wzorów biograficznych – także tych, których młodzi chcieli uniknąć.

Kiedy spojrzymy na różnice między czterdziesto- a dwudziestolatkami w dzisiejszej Polsce, nasuwają się analogie z powstałą na Zachodzie koncepcją pokolenia X, Y i Z. W 1991 r. Douglas Coupland w książce „Pokolenie X” określił tym mianem amerykańskich dwudziesto- i trzydziestolatków, odrzucających styl życia i wartości yuppies (od ang. Young Urban Professionals). Zamiast pogoni za pracą w korporacjach kosztem przyjaźni i miłości woleli ukryć się w niekomercyjnych enklawach. Jednak wkrótce pokoleniem X zaczęto nazywać jądro punktowanych przez Couplanda przemian. Jako pokolenie X zaczęli funkcjonować m.in. yuppies, pracoholicy, korporacyjni niewolnicy i tzw. McPracownicy na niskopłatnych stanowiskach, ale wierzący w perspektywy rozwoju kariery. Wyznacznikiem sukcesu, ironizował Coupland, był dla nich garnitur od Armaniego i minimalizm japoński w mieszkaniu.

Odpowiedzią na presję kapitalizmu była zmiana proporcji pracy i zabawy. Apogeum imprezowania osiągnęło tzw. chemiczne pokolenie, od Londynu po Nowy Jork uprawiające clubbing przy wspomaganiu narkotyków, zwłaszcza popularnych na przełomie lat 80. i 90. XX w. pigułek ecstasy. Ostra zabawa przy muzyce techno, house i rave była odtrutką na konserwatyzm epoki Margaret Thatcher i Ronalda Reagana oraz pracoholizm pokolenia X. „Acid house wzniósł hedonizm do statusu dogmy; wielu wydawało się wierzyć, że przyjemność była ich prawem” – twierdzi Matthew Collin, autor monografii „Odmienny stan świadomości”. Kiedy ta kontrkultura stała się masową rozrywką i nagłośniono przypadki śmierci nastolatków po przedawkowaniu narkotyków, chemiczne pokolenie straciło integrujące poczucie, że je „zakazany owoc” wolności. Dało jednak podwaliny pod pokolenie Y, kierujące się regułą work-life-balance, czyli równowagi między sferą zawodową i towarzyską.

Kultura korporacjonizmu z jednej strony, a z drugiej esctasy i clubbing dotarły do Polski z opóźnieniem. Na antypodach znalazło się tzw. pokolenie JP2. Termin powstał po paryskich Światowych Dniach Młodzieży w 1997 r., ale na pierwsze strony gazet trafił w okresie żałoby po Janie Pawle II. Socjologowie postawili pytanie, czy śmierć papieża ujawniła zbiorowość, która od dawna podzielała wspólne wartości, czy też jest to dopiero zaczyn nowego pokolenia i projekt na przyszłość, czy wreszcie – pokolenie JP2 to produkt medialny, niemający wiele wspólnego z rzeczywistością. Przekonywano, że pojawiła się formacja młodych Polaków o poglądach konserwatywnych, zniechęconych kulturą polityczną i nihilizmem mediów (choć w sondażu CBOS z 2006 r. więcej osób starszych niż młodych identyfikowało się z hasłem pokolenia JP2!). Odnotowywany od kilku lat spadek liczby powołań i młodych praktykujących katolicyzm, a także rosnące przyzwolenie dla zmian obyczajowych, które krytykował Jan Paweł II, świadczy jednak, że kategoria pokolenia została użyta na wyrost. Wielu chciałoby zatrzymać na dłużej zbiorowe przeżycia sprzed siedmiu lat, ale jeśli za JP2 nie stoi konsekwentna aksjologia, to ta życzeniowa medialna konstrukcja nie ma szans na urzeczywistnienie. Co ciekawe, po wyborze Benedykta XVI zaczęto nieśmiało mówić o pokoleniu B16, ale i te głosy szybko ucichły.

Kiedy internet wychowuje
Żeby ukształtowało się pokolenie, potrzeba wspólnego systemu wartości, a często wspólnych lektur i haseł. O ile romantyków niosła poezja Goethego i Byrona, bitników „W drodze” Jacka Kerouaca i poemat „Skowyt” Allena Ginsberga, pokolenie „Solidarności” piosenki Jacka Kaczmarskiego, „chemiczne” „Trainspotting” Irvine’a Welsha, o tyle współczesna młodzież nie potrzebuje literackich manifestów. Jedni czytali „Harry’ego Pottera” lub „Zmierzch”, inni lewicowe powieści z wydawnictwa Krytyki Politycznej, jeszcze inni… nic nie czytali. Łączy ich maksyma Express yourself!, czyli „Wyraź siebie!”. Bez kompleksów czynią to cyfrowi tubylcy (digital natives, termin Marca Prensky’ego) lub rzadziej cyfrowi imigranci i outsiderzy.

Dlatego badacz nowych mediów Don Tapscott wyróżnia pokolenia z uwagi na główne medium, jakim się posługują. W Ameryce dla pierwszego powojennego pokolenia, wyżu demograficznego (baby-boomers), które obejmuje osoby urodzone w latach 1946–1964, wynalazkiem formującym percepcję świata ma być telewizja. Pokolenie X (urodzeni w latach 1965–1976 w USA, w przypadku Polski byłyby to lata 1970–1980) jest multimedialne, ale nie przyznaje prymatu żadnemu z mediów. Z kolei pokolenie Y (urodzeni w latach 1977–1997, w Polsce – po 1980 r.) to inaczej pokolenie sieci, które pracuje, bawi się i kocha przez internet.

Młodzi personalizują media, kiedy przez ponad dobę nie mogą korzystać z telefonu komórkowego, dotyka ich no-mo-phobia (od ang. no mobile phone), zaczynają i kończą dzień od ulubionych blogów i portali społecznościowych. W większości (w USA prawie 80%) deklarują, że mogą żyć bez telewizora, lecz zwykle te ekranolatki (screenagers) oglądają telewizję w komputerze. W wieku 27 lat będą mieć średnio piątą w życiu pracę, w której spędzą około dwa i pół roku. Z jednej strony są wielozadaniowi i wielokanałowi, dzięki czemu mogą, wg badań Kaiser Family Foundation, „zmieścić 8,5 godziny interakcji z mediami elektronicznymi w czasie 6 godzin” (np. równocześnie czatując i oglądając filmy na YouTube). Z drugiej – okrzyknięci zostali pokoleniem ADD (od ang. attention deficit disorder, zespół deficytu uwagi), które ma powierzchowną i ulotną wiedzę o świecie. W sieci łatwo wyzbywają się prywatności i stają się prosumentami, czyli zarazem wytwórcami i odbiorcami. Zwani także pokoleniem (re)miksu porozumiewają się za pomocą szybko rozprzestrzeniających się w sieci technik kolażowych: memów, mashupów, found footage, a internetowo skrzykują się na flash moby. Nauczyciele skarżą się z kolei na „pokolenie kopiuj/wklej”, które przenicowuje wartość własności intelektualnej. A w kolejce czeka pokolenie Z (urodzeni po 1998 r.) gromadzące ludzi nieznających świata bez nowych mediów i stale do nich podłączonych. Tylko czy zamiast pokoleniowej więzi z realnymi rówieśnikami nie będą czuć przywiązania do własnych i cudzych awatarów?

Pochód „pokolenioidów”

Zdaniem Janusza Czapińskiego, kierownika badań panelowych „Diagnoza Społeczna”, pokolenie sieci już dziś zmienia polską rzeczywistość i demokrację. Trudno jednak podzielać jego optymizm w tej kwestii, jeśli jako modelową przedstawicielkę tego pokolenia wskazuje Dodę. Już kilka lat temu badania Hanny Świdy-Ziemby wykazały, że tak samo jak odległe młodym Polakom jest pojęcie patriotyzmu, tak samo obce jest hasło buntu przeciwko teraźniejszości i rodzicom, którzy coraz częściej są postrzegani jako sponsorzy. Pod presją kultu młodości to dorosłym zaczyna zależeć na zacieraniu granic pokoleniowych: ubierają się w tych samych sklepach, chodzą do tych samych pubów. Jeżeli konflikt międzypokoleniowy zanika, to również socjologiczna kategoria pokolenia zaczyna tracić rację bytu.

Autorzy raportu „Młodzi 2011”, próbując skonstruować z danych statystycznych modelowego przedstawiciela pokolenia ’89, przyznają, że dorastający Polacy zdradzają przede wszystkim syndrom niezbuntowanego „globalnego nastolatka”: „Można go spotkać wszędzie – w Warszawie, Tokio czy Londynie, a rozpoznać po tym, że słucha podobnej muzyki, podobnie się ubiera, korzysta z tych samych programów komputerowych”. Globalne pokolenie czy brak specyficznych pokoleń?

Więcej przemawia za tą drugą opcją, zwłaszcza że w mediach, ale także wśród badaczy, uwiedzionych nośną kategorią, mamy dziś boom na „pokolenioidy” – puste znaki pokolenia, za którymi nie kryje się zobiektywizowana zbiorowość o wspólnych cechach i wartościach, ale same znaki i towarzyszące im hasła dobrze prezentują się w debacie publicznej i na konferencjach naukowych. Co więcej, pokolenioid może stać się marką rynkową, czego najlepszymi przykładami są pokolenia iPoda, YouTube, Facebooka. Jak długo będzie trwać moda na te gadżety i portale? Niebawem ich użytkownicy wymienią je na kolejne i ponownie zostaną okrzyknięci „pokoleniem portalu Y” czy „pokoleniem gadżetu Z”. Przy okazji rynkowa wartość tychże wzrośnie.

Dziś to kryzys gospodarczy i pojawienie się młodych wykształconych bezrobotnych nadaje hasłu pokolenia nowy sens. Straconą generację, pokolenie 1000 euro (od najniższej płacy w krajach Europy Zachodniej), prekariat (od fr. precarité – niepewność) – a wśród nich Ruch Oburzonych, ale także zniechęconych do buntu – łączy wspólne ekonomiczno-polityczne umiejscowienie i niechęć do sytego pokolenia rodziców (we Francji młodzi oskarżają o chciwość elity z pokolenia ’68). Wydaje się, że przynajmniej po części spełniają Mannheimowskie kryteria pokolenia. Poczekajmy jednak z ostateczną diagnozą, by z dystansu ocenić, jak głębokie piętno odcisnęła recesja na życiorysach tych ludzi. Być może hossa następująca po bessie odbije młodych od dna w bardzo różnych kierunkach, ujawniając wielorakość i częściową pozorność ich obecnego „straconego losu”.

Pojęciu pokolenia, rozmytemu przez indywidualistyczną konsumpcję coraz to nowych zasobów materialnych i sieciowych, grozi więc status kategorii „zombie” – nieznajdującej empirycznego desygnatu. A jednak daleko posunięta indywidualizacja nieustannie reanimuje to pojęcie. W czasach rynkowego i technologicznego turboprzyspieszenia wielu ucieka w bezpieczną plemienność. Wolą czuć się podobni do innych, obawiają się „zostania z tyłu” i „wykluczenia”, przed którymi przestrzegał Zygmunt Bauman w „Płynnym lęku”. Dlatego pokolenioidy kryjące się pod nazwą pokolenia będą modne tak długo, jak długo starsi i młodsi będą się wzajemnie postrzegać jako dwa odrębne produkty. Naturalizujemy więc etykietki pokolenia, mnożymy je, dzieląc jednocześnie społeczeństwo na opozycyjne obozy albo przynajmniej obozowiska.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 08/2012 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
02/2020
01/2020
Kalendarium
Styczeń
27
W 1926 r. w Londynie John Logie Baird zaprezentował swój nowy wynalazek, nazwany telewizorem
Warto przeczytać
Lubimy myśleć o sobie jako o istotach wyjątkowych - ale czy naprawdę coś różni nas od zwierząt? Przecież nasza biologia jest taka sama. W oryginalnej i intrygującej podróży po świecie ziemskiego życia Adam Rutherford bada rozmaite cechy, które uznawano niegdyś za wyłącznie ludzkie, wykazując, że wcale takimi nie są.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2012-10-02
Ile nas łączy, ile nas dzieli

Badacze i publicyści często ogłaszają, że zdiagnozowali kolejne pokolenie. Czy każda zbiorowość, która wyróżnia się wspólnym stylem życia, medium komunikowania i otacza się podobnymi gadżetami, zasługuje na to miano?

Ile nauk humanistycznych i społecznych, tyle definicji. W sensie genealogicznym pokolenie to zbiór osób będących odpowiednio rodzicami, dziećmi, wnukami itd. Czym innym jest kohorta – grupa osób wyodrębniona na bazie wspólnego dla nich zdarzenia. Generacja, w publicystyce i humanistyce synonim pokolenia, to w demografii kohorta wieku, tworzona przez osoby urodzone w tym samym roku. Z kolei historyczne definicje odnoszą się do wspólnoty ludzi urodzonych w podobnym czasie, o zbieżnych postawach, ukształtowanych przez te same wydarzenia historyczne. Definicje kulturowe i antropologiczne akcentują, że piętno pokoleniowe na zbiorowości osób w podobnym wieku odciska, obok historii, wspólnota losów i zaplecza kulturowego.

W socjologii punktem wyjścia wciąż jest klasyczny esej Karla Mannheima z 1928 r. pt. „Problem pokoleń”. Według niemieckiego socjologa wiedzy nie wystarczy urodzić się w tym samym czasie i na tym samym obszarze kulturowym. Wprowadzona przez Mannheima kategoria pokolenia jako rzeczywistości odnosi się do ludzi, których łączy wspólne umiejscowienie w procesach społecznych i historycznych, jak np. doświadczenie wojny czy rewolucji, ale którzy niekoniecznie stali po jednej stronie barykady. Dlatego w ramach pokolenia Mannheim wyróżnia osobne jednostki pokoleniowe, które spaja wspólna świadomość doświadczanego losu, jednakie postawy, cele oraz zasady działania i interpretowania rzeczywistości.

Tak rozumiane pokolenie pełni wiele funkcji społecznych: odpowiada za transmisję dziedzictwa narodowego i pamięci zbiorowej, ale i za kontestowanie starego ładu obyczajowego i kanonu kultury, dzięki czemu możliwa jest zmiana społeczna. Jeśli popatrzymy na sinusoidę nurtów w sztuce, dostrzeżemy, że manifesty twórców należących do kolejnych generacji niemal zawsze zawierają pierwiastek „ojcobójczy” i mierzą się z krytyką poprzedników, którzy wieszczą, że młodzi doprowadzą do kryzysu kultury i upadku cywilizacji. Pozytywny autostereotyp wytwarza więc obronny negatywny heterostereotyp.

Ile pracujesz, ile imprezujesz
Sytuacja przełomu prowokuje do ponownej refleksji nad pokoleniową mozaiką społeczeństwa. Wśród osób żyjących i urodzonych w PRL socjologowie wyróżnili m.in. pokolenie II RP (pamiętające ancien régime), najmocniej indoktrynowane pokolenie ZMP, pokolenie „odwilży” (które weszło w dorosłość po okresie stalinowskim), Marca ’68 i „Solidarności”. Z tego ostatniego rekrutują się elity III RP oraz cała rzesza rodziców, którzy w demokratycznej Polsce wychowują pokolenie ’89, dorastające w warunkach zmiany ustrojowej.

W świetle raportu „Młodzi 2011”, autorstwa Krystyny Szafraniec i zespołu ekspertów zawiązanego z inicjatywy Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, dzieci transformacji to inne jakościowo plemię, wyznające kult osobistego sukcesu i bezproblemowego życia, ukształtowane tak jednak przez swoich rodziców. „W rodzinach, zwłaszcza inteligenckich, miało miejsce wysokie wartościowanie autokreacji i indywidualizmu. Atmosferę wychowawczą większości rodzin wypełniał pajdocentryzm – dzieci były dobrem największym i dzieci wiedziały, że są dobrem największym” – tłumaczą autorzy raportu. Roszczeniowość nowego pokolenia można więc po części tłumaczyć boomem na bezstresowe wychowanie i etosem kulturowym pierwszych lat III RP, kiedy awans ekonomiczny i społeczny był łatwiejszy niż obecnie.

Tymczasem ludzie masowo kończący dziś studia nie mają pomysłu na dorosłe życie. Deklarują, że wolą pielęgnować przyjaźnie i więzi rodzinne, niż piąć się po szczeblach kariery, wolą wydawać pieniądze na autoafirmacyjne cele, niż je zarabiać, pracując ponad normę. I tu pojawia się odwieczny dylemat: być czy mieć? Pokolenie ’89 chciałoby i być, i mieć. Problemem staje się niemożność realizacji wszystkich aspiracji. Wtedy u wielu osób 25+ ujawnia się „kryzys ćwierćwiecza”, który albo pcha do ciągłego lawirowania między profesjami, krajami i wyznawanymi wartościami (często mówi się też o pokoleniu nomadów), albo odsyła do strategii ready-made, a więc powielania gotowych wzorów biograficznych – także tych, których młodzi chcieli uniknąć.

Kiedy spojrzymy na różnice między czterdziesto- a dwudziestolatkami w dzisiejszej Polsce, nasuwają się analogie z powstałą na Zachodzie koncepcją pokolenia X, Y i Z. W 1991 r. Douglas Coupland w książce „Pokolenie X” określił tym mianem amerykańskich dwudziesto- i trzydziestolatków, odrzucających styl życia i wartości yuppies (od ang. Young Urban Professionals). Zamiast pogoni za pracą w korporacjach kosztem przyjaźni i miłości woleli ukryć się w niekomercyjnych enklawach. Jednak wkrótce pokoleniem X zaczęto nazywać jądro punktowanych przez Couplanda przemian. Jako pokolenie X zaczęli funkcjonować m.in. yuppies, pracoholicy, korporacyjni niewolnicy i tzw. McPracownicy na niskopłatnych stanowiskach, ale wierzący w perspektywy rozwoju kariery. Wyznacznikiem sukcesu, ironizował Coupland, był dla nich garnitur od Armaniego i minimalizm japoński w mieszkaniu.

Odpowiedzią na presję kapitalizmu była zmiana proporcji pracy i zabawy. Apogeum imprezowania osiągnęło tzw. chemiczne pokolenie, od Londynu po Nowy Jork uprawiające clubbing przy wspomaganiu narkotyków, zwłaszcza popularnych na przełomie lat 80. i 90. XX w. pigułek ecstasy. Ostra zabawa przy muzyce techno, house i rave była odtrutką na konserwatyzm epoki Margaret Thatcher i Ronalda Reagana oraz pracoholizm pokolenia X. „Acid house wzniósł hedonizm do statusu dogmy; wielu wydawało się wierzyć, że przyjemność była ich prawem” – twierdzi Matthew Collin, autor monografii „Odmienny stan świadomości”. Kiedy ta kontrkultura stała się masową rozrywką i nagłośniono przypadki śmierci nastolatków po przedawkowaniu narkotyków, chemiczne pokolenie straciło integrujące poczucie, że je „zakazany owoc” wolności. Dało jednak podwaliny pod pokolenie Y, kierujące się regułą work-life-balance, czyli równowagi między sferą zawodową i towarzyską.

Kultura korporacjonizmu z jednej strony, a z drugiej esctasy i clubbing dotarły do Polski z opóźnieniem. Na antypodach znalazło się tzw. pokolenie JP2. Termin powstał po paryskich Światowych Dniach Młodzieży w 1997 r., ale na pierwsze strony gazet trafił w okresie żałoby po Janie Pawle II. Socjologowie postawili pytanie, czy śmierć papieża ujawniła zbiorowość, która od dawna podzielała wspólne wartości, czy też jest to dopiero zaczyn nowego pokolenia i projekt na przyszłość, czy wreszcie – pokolenie JP2 to produkt medialny, niemający wiele wspólnego z rzeczywistością. Przekonywano, że pojawiła się formacja młodych Polaków o poglądach konserwatywnych, zniechęconych kulturą polityczną i nihilizmem mediów (choć w sondażu CBOS z 2006 r. więcej osób starszych niż młodych identyfikowało się z hasłem pokolenia JP2!). Odnotowywany od kilku lat spadek liczby powołań i młodych praktykujących katolicyzm, a także rosnące przyzwolenie dla zmian obyczajowych, które krytykował Jan Paweł II, świadczy jednak, że kategoria pokolenia została użyta na wyrost. Wielu chciałoby zatrzymać na dłużej zbiorowe przeżycia sprzed siedmiu lat, ale jeśli za JP2 nie stoi konsekwentna aksjologia, to ta życzeniowa medialna konstrukcja nie ma szans na urzeczywistnienie. Co ciekawe, po wyborze Benedykta XVI zaczęto nieśmiało mówić o pokoleniu B16, ale i te głosy szybko ucichły.

Kiedy internet wychowuje
Żeby ukształtowało się pokolenie, potrzeba wspólnego systemu wartości, a często wspólnych lektur i haseł. O ile romantyków niosła poezja Goethego i Byrona, bitników „W drodze” Jacka Kerouaca i poemat „Skowyt” Allena Ginsberga, pokolenie „Solidarności” piosenki Jacka Kaczmarskiego, „chemiczne” „Trainspotting” Irvine’a Welsha, o tyle współczesna młodzież nie potrzebuje literackich manifestów. Jedni czytali „Harry’ego Pottera” lub „Zmierzch”, inni lewicowe powieści z wydawnictwa Krytyki Politycznej, jeszcze inni… nic nie czytali. Łączy ich maksyma Express yourself!, czyli „Wyraź siebie!”. Bez kompleksów czynią to cyfrowi tubylcy (digital natives, termin Marca Prensky’ego) lub rzadziej cyfrowi imigranci i outsiderzy.

Dlatego badacz nowych mediów Don Tapscott wyróżnia pokolenia z uwagi na główne medium, jakim się posługują. W Ameryce dla pierwszego powojennego pokolenia, wyżu demograficznego (baby-boomers), które obejmuje osoby urodzone w latach 1946–1964, wynalazkiem formującym percepcję świata ma być telewizja. Pokolenie X (urodzeni w latach 1965–1976 w USA, w przypadku Polski byłyby to lata 1970–1980) jest multimedialne, ale nie przyznaje prymatu żadnemu z mediów. Z kolei pokolenie Y (urodzeni w latach 1977–1997, w Polsce – po 1980 r.) to inaczej pokolenie sieci, które pracuje, bawi się i kocha przez internet.

Młodzi personalizują media, kiedy przez ponad dobę nie mogą korzystać z telefonu komórkowego, dotyka ich no-mo-phobia (od ang. no mobile phone), zaczynają i kończą dzień od ulubionych blogów i portali społecznościowych. W większości (w USA prawie 80%) deklarują, że mogą żyć bez telewizora, lecz zwykle te ekranolatki (screenagers) oglądają telewizję w komputerze. W wieku 27 lat będą mieć średnio piątą w życiu pracę, w której spędzą około dwa i pół roku. Z jednej strony są wielozadaniowi i wielokanałowi, dzięki czemu mogą, wg badań Kaiser Family Foundation, „zmieścić 8,5 godziny interakcji z mediami elektronicznymi w czasie 6 godzin” (np. równocześnie czatując i oglądając filmy na YouTube). Z drugiej – okrzyknięci zostali pokoleniem ADD (od ang. attention deficit disorder, zespół deficytu uwagi), które ma powierzchowną i ulotną wiedzę o świecie. W sieci łatwo wyzbywają się prywatności i stają się prosumentami, czyli zarazem wytwórcami i odbiorcami. Zwani także pokoleniem (re)miksu porozumiewają się za pomocą szybko rozprzestrzeniających się w sieci technik kolażowych: memów, mashupów, found footage, a internetowo skrzykują się na flash moby. Nauczyciele skarżą się z kolei na „pokolenie kopiuj/wklej”, które przenicowuje wartość własności intelektualnej. A w kolejce czeka pokolenie Z (urodzeni po 1998 r.) gromadzące ludzi nieznających świata bez nowych mediów i stale do nich podłączonych. Tylko czy zamiast pokoleniowej więzi z realnymi rówieśnikami nie będą czuć przywiązania do własnych i cudzych awatarów?

Pochód „pokolenioidów”

Zdaniem Janusza Czapińskiego, kierownika badań panelowych „Diagnoza Społeczna”, pokolenie sieci już dziś zmienia polską rzeczywistość i demokrację. Trudno jednak podzielać jego optymizm w tej kwestii, jeśli jako modelową przedstawicielkę tego pokolenia wskazuje Dodę. Już kilka lat temu badania Hanny Świdy-Ziemby wykazały, że tak samo jak odległe młodym Polakom jest pojęcie patriotyzmu, tak samo obce jest hasło buntu przeciwko teraźniejszości i rodzicom, którzy coraz częściej są postrzegani jako sponsorzy. Pod presją kultu młodości to dorosłym zaczyna zależeć na zacieraniu granic pokoleniowych: ubierają się w tych samych sklepach, chodzą do tych samych pubów. Jeżeli konflikt międzypokoleniowy zanika, to również socjologiczna kategoria pokolenia zaczyna tracić rację bytu.

Autorzy raportu „Młodzi 2011”, próbując skonstruować z danych statystycznych modelowego przedstawiciela pokolenia ’89, przyznają, że dorastający Polacy zdradzają przede wszystkim syndrom niezbuntowanego „globalnego nastolatka”: „Można go spotkać wszędzie – w Warszawie, Tokio czy Londynie, a rozpoznać po tym, że słucha podobnej muzyki, podobnie się ubiera, korzysta z tych samych programów komputerowych”. Globalne pokolenie czy brak specyficznych pokoleń?

Więcej przemawia za tą drugą opcją, zwłaszcza że w mediach, ale także wśród badaczy, uwiedzionych nośną kategorią, mamy dziś boom na „pokolenioidy” – puste znaki pokolenia, za którymi nie kryje się zobiektywizowana zbiorowość o wspólnych cechach i wartościach, ale same znaki i towarzyszące im hasła dobrze prezentują się w debacie publicznej i na konferencjach naukowych. Co więcej, pokolenioid może stać się marką rynkową, czego najlepszymi przykładami są pokolenia iPoda, YouTube, Facebooka. Jak długo będzie trwać moda na te gadżety i portale? Niebawem ich użytkownicy wymienią je na kolejne i ponownie zostaną okrzyknięci „pokoleniem portalu Y” czy „pokoleniem gadżetu Z”. Przy okazji rynkowa wartość tychże wzrośnie.

Dziś to kryzys gospodarczy i pojawienie się młodych wykształconych bezrobotnych nadaje hasłu pokolenia nowy sens. Straconą generację, pokolenie 1000 euro (od najniższej płacy w krajach Europy Zachodniej), prekariat (od fr. precarité – niepewność) – a wśród nich Ruch Oburzonych, ale także zniechęconych do buntu – łączy wspólne ekonomiczno-polityczne umiejscowienie i niechęć do sytego pokolenia rodziców (we Francji młodzi oskarżają o chciwość elity z pokolenia ’68). Wydaje się, że przynajmniej po części spełniają Mannheimowskie kryteria pokolenia. Poczekajmy jednak z ostateczną diagnozą, by z dystansu ocenić, jak głębokie piętno odcisnęła recesja na życiorysach tych ludzi. Być może hossa następująca po bessie odbije młodych od dna w bardzo różnych kierunkach, ujawniając wielorakość i częściową pozorność ich obecnego „straconego losu”.

Pojęciu pokolenia, rozmytemu przez indywidualistyczną konsumpcję coraz to nowych zasobów materialnych i sieciowych, grozi więc status kategorii „zombie” – nieznajdującej empirycznego desygnatu. A jednak daleko posunięta indywidualizacja nieustannie reanimuje to pojęcie. W czasach rynkowego i technologicznego turboprzyspieszenia wielu ucieka w bezpieczną plemienność. Wolą czuć się podobni do innych, obawiają się „zostania z tyłu” i „wykluczenia”, przed którymi przestrzegał Zygmunt Bauman w „Płynnym lęku”. Dlatego pokolenioidy kryjące się pod nazwą pokolenia będą modne tak długo, jak długo starsi i młodsi będą się wzajemnie postrzegać jako dwa odrębne produkty. Naturalizujemy więc etykietki pokolenia, mnożymy je, dzieląc jednocześnie społeczeństwo na opozycyjne obozy albo przynajmniej obozowiska.