wszechświat
Autor: Paweł Franczak | dodano: 2012-11-25
Z garażu do gwiazd

(Fot. Sport Rocketry)

W czasach kryzysu podbój kosmosu zwykle nie plasuje się wysoko na rządowej liście priorytetów, bez względu na to, czy chodzi o Polskę, czy o USA. Na szczęście są jeszcze amatorzy – zdobywający kosmos w wolnym czasie.

„Pięć… cztery… trzy… dwa… jeden… Zapłon!”, krzyczy spiker i rakieta Saturn V wśród ogłuszającego huku i aplauzu widowni wznosi się z gracją w powietrze. Dolatuje na wysokość 1354 m, gdzie traci impet, po czym szybuje w dół, hamowana przez spadochrony. To udany start i wielki sukces. Tego słonecznego kwietniowego dnia 2009 r. konstruktor rakiety, Steve Eves, przechodzi do historii.

Pozornie coś tu nie gra. Obwołanie sukcesem lotu Saturna V na wysokość niespełna 1,5 km może wydawać się niedorzeczne. Termin startu i nazwisko konstruktora też chyba nieprawidłowe – Saturnów V używano wszak na przełomie lat 60. i 70., a za ojca serii uznaje się Wernhera von Brauna. Jednak wszystko się zgadza. Saturn V z 2009 r. to tzw. rakietowy model redukcyjny, czyli replika słynnej rakiety sprzed 40 lat. Model Evesa jest dotąd największą (11-metrową) i najcięższą (368 kg) wystrzeloną rakietą tego typu w historii.

Członkowie działającego od dwóch lat Polskiego Towarzystwa Rakietowego (PTR), którzy podobnie jak Steve Eves amatorsko konstruują rakiety, nie marzą o podobnym wyczynie. Ale nie dlatego, że nie imponuje im dzieło Evesa. Po prostu mają inne cele: chcą latać wyżej, a rozmiar i waga nie mają znaczenia. – Nasz ambitny projekt to wysłanie rakiety na wysokość 33,3 km, czyli pokonanie niemal jednej trzeciej drogi na orbitę okołoziemską – tłumaczy konstruktor K1-X, Krzysztof „KSard” Ścigalski. PTR chce też stworzyć własną firmę, która zajmie się wytwarzaniem silników i paliw rakietowych, bowiem w polskim prawodawstwie koncesje na tego typu działalność wydawane są wyłącznie przedsiębiorstwom.

Równie ambitne plany mają studenci z Sekcji Rakietowej Studenckiego Koła Astronautycznego Politechniki Warszawskiej (SKA). Marzą, by ich rakieta osiągnęła umowną granicę kosmosu, czyli wzleciała na wysokość 100 km. – Mamy nadzieję, że uda nam się dokonać tego w ciągu najbliższych pięciu lat – zapowiada Adam Okniński, koordynator Sekcji Rakietowej Studenckiego Koła Astronautycznego PW. I nie są to wcale marzenia ściętej głowy. Mówią to współtwórcy PW-Sat, czyli słynnego już pierwszego polskiego satelity, który w lutym tego roku znalazł się na orbicie okołoziemskiej.

Oba zespoły mają nadzieję, że dzięki ich pracy polska astronautyka zacznie doganiać zachodnią. Z raportu „Rok 2011 w polskiej astronautyce” opublikowanego przez portal Kosmicznapolska.pl wynika bowiem, że polski rząd wcale się nie interesuje astronautyką. Polska wlecze się w europejskim ogonie wydatków na badania kosmiczne, a zamówień rządowych dla przemysłu z tej branży jest tyle, co kot napłakał. – Skoro kolejnych polskich rządów kosmiczne projekty nie interesują, to do roboty musimy zabrać się my, amatorzy – mówi prezes PTR Piotr Sewastianik.

Adam Okniński z SKA uważa, że są szanse, by w przyszłości w Polsce budować rakiety wynoszące na orbitę satelity o wadze do 50 kg. Żeby to osiągnąć, trzeba co prawda wyspecjalizowanej kadry, ale z pewnością mogłaby ona korzystać z doświadczeń ludzi tworzących amatorskie rakiety. Tego typu konstrukcje można wykorzystywać np. do badania górnych warstw atmosfery, a nawet znaleźć dla nich zastosowanie w przemyśle. Niedawno w Niemczech jedna z firm użyła amatorskiej rakiety do wyprodukowania stopu tytanu z aluminium. W rakiecie zainstalowano mały piec, mieszający obydwa metale. Ponieważ podczas lotu rakiety wytwarza się mikrograwitacja, czyli stan, kiedy przyspieszenie grawitacyjne jest niewielkie lub nie ma go wcale, stop był idealny. Takie rozwiązanie dla firm jest stosunkowo tanie. Wystrzelenie amatorskiej rakiety to koszt niewielki w porównaniu z innymi metodami uzyskania mikrograwitacji: wynajęciem samolotu poruszającego się specjalnym lotem parabolicznym czy wysłaniem pieca na Międzynarodową Stację Kosmiczną.

Wystarczy smartfon

Zasada działania rakiet amatorskich jest prosta. Potrzebujemy dobrego paliwa rakietowego oraz silnika, w którym się ono gwałtownie spali. Powstałe wtedy gazy zostają wyrzucone przez tylną dyszę, a siła odrzutu wypycha rakietę do góry. Bezpieczne lądowanie zapewniają spadochrony spowalniające.

Różnice między amatorskimi a profesjonalnymi rakietami dotyczą szczegółów. Gdy NASA wystrzeliwuje rakietę, śledzi ją nowoczesny system radarowy, start odbywa się w przygotowywanych do tego latami kosmodromach, a nad lądowaniem wartego nawet kilkadziesiąt milionów dolarów sprzętu czuwa sztab ludzi. Kiedy swoje ukochane maszyny odpalają amatorzy, dzieje się to przeważnie na użyczonym przez wojsko poligonie. Na przykład model K1-X startował po raz pierwszy w październiku 2011 r., na należących do wojska terenach w Drawsku Pomorskim. Do pomiaru lotu nie służył superdrogi superkomputer, a jedynie zamontowany w rakiecie smartfon ze specjalną aplikacją w systemie Android, pokazującą na bieżąco trajektorię, temperaturę i przyspieszenia w trzech osiach. Dzięki GPS-owi telefonu można też było odnaleźć rakietę po upadku. Rzecz nie bez znaczenia dla garstki zapaleńców, którzy muszą odszukać niewielki obiekt na przestrzeni kilkunastu kilometrów kwadratowych. Warto dodać, że smartfon – zafundowany przez jednego z kolegów – był jednocześnie najdroższym elementem całej konstrukcji. K1-X kosztowała raptem kilkaset złotych.

Co prawda zamontowany w rakiecie układ odzyskiwania, decydujący o momencie uruchomienia spadochronów, miał pewne problemy z uruchomieniem głównego spadochronu, mimo to K1-X wylądowała bez większych uszkodzeń, posługując się tylko mniejszym spadochronem, tzw. „pilocikiem”. Udało się też zrealizować wszystkie zamierzone cele. Rakieta wzniosła się na 3714 m i pokonała barierę dźwięku, osiągając prędkość 1580 km/h. Konstruktorom to jednak nie wystarczało i w weekend 19–21 października 2012 r. na poligonie pod Toruniem postanowili pobić własny wynik. Po kosmetycznych poprawkach K1-X udało się zaliczyć wysokość 4545 m i uzyskać zawrotną prędkość 1656 km/h.

K1-X to już trzecia konstrukcja Polskiego Towarzystwa Rakietowego, która tego dokonała. Pierwszą w historii stowarzyszenia i pierwszą w Polsce był odpalony w kwietniu 2011 r. model Hipersonal. Wtedy autorzy sukcesu włożyli w nagrodę koszulki z napisem „Mach Buster”. „Mach Busterami” nazywano pierwszych amerykańskich pilotów, którzy przekraczali barierę dźwięku w swoich maszynach.

Modelarz jak terrorysta

W Polsce konstruowaniem rakiet i wysyłaniem ich w przestworza amatorsko zajmuje się 200, może 300 osób. To niewiele w porównaniu z Niemcami, gdzie jest to hobby kilku tysięcy osób, podobnie jak w Wielkiej Brytanii. Nie mówiąc już o USA, gdzie samo tylko Narodowe Stowarzyszenie Rakietowe, największa tego typu organizacja w Stanach Zjednoczonych, zrzesza niemal 100 tys. członków.

Z czego wynikają te różnice? – Nie chodzi o pieniądze – odpowiadają nasi konstruktorzy, którzy lubią o sobie mówić „rakietowcy”. Silniki do rakiet dużej mocy, o sile ciągu powyżej 80 niutonosekund, można kupić już za 300 złotych; cała rakieta może kosztować mniej niż 1 tys. zł. W Polsce do rakietowego hobby zniechęca ustawa o materiałach wybuchowych z 2009 r., która zalicza do nich m.in. paliwo rakietowe. – Nikt nie może więc przechowywać w domu żadnych silników ani materiałów służących do budowy rakiet. Zgodnie z ustawą nasza działalność może być uznana za niebezpieczną – mówi Krzysztof Ścigalski.

Piotr Sornowski z Aeroklubu Polskiego, najlepszy w Polsce twórca amatorskich silników rakietowych, mówi, że na razie nikt „rakietowców” nie ściga, ale przepisy mogą niektórych odstraszać. – Kiedy koledzy z Aeroklubu mówili o planach lotów na dużą wysokość, odpowiedziałem, że musimy pokonać dwie siły. Pierwszą jest siła przyciągania, z którą sobie poradzimy. Drugą jest siła biurokracji, i z tą może być gorzej – śmieje się Sornowski.

Legenda Meteora

Historia rakiet sięga 1232 r., kiedy to chińskie wojska za pomocą rakiet z prochem broniły miasta Kaifeng przed hordami Mongołów. Pierwszym współczesnym twórcą teorii rakiety kosmicznej był Rosjanin Konstantin Ciołkowski, który ogłosił ją w 1903 r. Natomiast za prekursorów amatorskiego modelarstwa rakietowego uznaje się szkocką grupę The Paisley Rocketeer’s Society, założoną w 1935 r.

W Polsce pierwsze projekty rakiet zaczęto opracowywać w latach 60. i 70. Maszyny nazwane Meteor skonstruował zespół inżynierów warszawskiego Instytutu Lotnictwa, a wyprodukowały zakłady WSK-Mielec. Legendarna w środowisku „rakietowców” jest zwłaszcza Meteor 2K, największa i najbardziej zaawansowana technologicznie polska rakieta badawcza. 7 października 1970 r., startując z poniemieckiego poligonu rakietowego w Łebie-Rąbce, Meteor 2K wzniósł się według jednych źródeł na wysokość 90 km, a według innych nawet na 136 km. To oznacza, że polska rakieta przekroczyła próg kosmosu.

Ambicje jej twórców sięgały jednak jeszcze wyżej. Zamierzali wysłać rakietę na wysokość 200 km i umieścić na orbicie małego satelitę. Sprzeciwił się jednak temu Związek Radziecki, któremu nie podobały się sukcesy polskiej myśli technicznej. – Nie minęły trzy miesiące od wystrzelenia Meteora, gdy zarówno w Państwowym Instytucie Hydrologiczno-Meteorologicznym, jak i w Instytucie Lotnictwa nakazano zamknąć program rakietowy. Rosjanie swoimi radiolokatorami śledzili nasze sukcesy i w pewnym momencie powiedzieli „stop”, dopuszczając Polskę już tylko do wycinka kosmicznego programu, prowadzonego w ramach porozumienia Intersputnik – tłumaczył w wywiadzie dla „Polityki” profesor Jacek Walczewski, niegdyś twórca Pracowni Rakietowych Sondowań Atmosfery, dziś członek honorowy PTR.

Towarzystwa rakietowe za punkt honoru wzięły sobie, by sława Meteora wyszła w końcu poza niewielki krąg fascynatów, a polska astronautyka znów zaistniała w świecie. W tym celu m.in. organizują pikniki rakietowe dla całych rodzin, na których demonstrują działanie rakiet i prowadzą bezpłatne warsztaty dla dzieci. – W każdym młodym modelarzu upatruję przyszłego pilota statku kosmicznego. Polska powinna przede wszystkim zadbać o to, by młodzież chciała w przyszłości zajmować się szeroko rozumianym użytkowaniem przestrzeni kosmicznej – tłumaczy Piotr Sornowski i dodaje, że od modelarstwa rakietowego zaczynała większość astronautów.

A na pewno jeden z nich. Nazywał się Mirosław Hermaszewski i był pierwszym Polakiem, który poleciał w kosmos.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 12/2012 »
Drukuj »
Komentarze
Dodany przez: AkiSpace | 2012-12-01
Niestety rzeczywisty maksymalny pułap rakiety Meteor 2K osiągniety w drugim locie tej rakiety w dniu 7 października 1970 roku wyniósł 90 km. Pierwsza rakieta odpalona w tym dniu osiągneła 78 km. W próbie wykonanej w dniu 10 lipca 1970 roku maksymalny pułap osiągnięty przez tą samą rakietę wyniósł 85 kilometrów. Podana w powyższym artykule wysokość 136 km. jest wartością wyssaną z palca, niestety. Polecam książkę "Polskie rakiety badawcze" autorstwa Jacka Walczewskiego 1982 roku.
Aktualne numery
02/2019
01/2019
Kalendarium
Luty
18
W 1930 r. amerykański astronom Clyde Tombaugh odkrył planetę karłowatą Pluton
Warto przeczytać
Jeden z czołowych szpiegów przerywa milczenie. Metody najlepszych szpiegów w kraju i na świecie. Afera "Żelazo", czyli tajemnica PRL-owskich służb. System Echelon, czyli super szpieg, który podsłuchuje każdego z nas. Sposoby werbowania szpiegów dziś. I przemilczana rzeczywistość.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Paweł Franczak | dodano: 2012-11-25
Z garażu do gwiazd

(Fot. Sport Rocketry)

W czasach kryzysu podbój kosmosu zwykle nie plasuje się wysoko na rządowej liście priorytetów, bez względu na to, czy chodzi o Polskę, czy o USA. Na szczęście są jeszcze amatorzy – zdobywający kosmos w wolnym czasie.

„Pięć… cztery… trzy… dwa… jeden… Zapłon!”, krzyczy spiker i rakieta Saturn V wśród ogłuszającego huku i aplauzu widowni wznosi się z gracją w powietrze. Dolatuje na wysokość 1354 m, gdzie traci impet, po czym szybuje w dół, hamowana przez spadochrony. To udany start i wielki sukces. Tego słonecznego kwietniowego dnia 2009 r. konstruktor rakiety, Steve Eves, przechodzi do historii.

Pozornie coś tu nie gra. Obwołanie sukcesem lotu Saturna V na wysokość niespełna 1,5 km może wydawać się niedorzeczne. Termin startu i nazwisko konstruktora też chyba nieprawidłowe – Saturnów V używano wszak na przełomie lat 60. i 70., a za ojca serii uznaje się Wernhera von Brauna. Jednak wszystko się zgadza. Saturn V z 2009 r. to tzw. rakietowy model redukcyjny, czyli replika słynnej rakiety sprzed 40 lat. Model Evesa jest dotąd największą (11-metrową) i najcięższą (368 kg) wystrzeloną rakietą tego typu w historii.

Członkowie działającego od dwóch lat Polskiego Towarzystwa Rakietowego (PTR), którzy podobnie jak Steve Eves amatorsko konstruują rakiety, nie marzą o podobnym wyczynie. Ale nie dlatego, że nie imponuje im dzieło Evesa. Po prostu mają inne cele: chcą latać wyżej, a rozmiar i waga nie mają znaczenia. – Nasz ambitny projekt to wysłanie rakiety na wysokość 33,3 km, czyli pokonanie niemal jednej trzeciej drogi na orbitę okołoziemską – tłumaczy konstruktor K1-X, Krzysztof „KSard” Ścigalski. PTR chce też stworzyć własną firmę, która zajmie się wytwarzaniem silników i paliw rakietowych, bowiem w polskim prawodawstwie koncesje na tego typu działalność wydawane są wyłącznie przedsiębiorstwom.

Równie ambitne plany mają studenci z Sekcji Rakietowej Studenckiego Koła Astronautycznego Politechniki Warszawskiej (SKA). Marzą, by ich rakieta osiągnęła umowną granicę kosmosu, czyli wzleciała na wysokość 100 km. – Mamy nadzieję, że uda nam się dokonać tego w ciągu najbliższych pięciu lat – zapowiada Adam Okniński, koordynator Sekcji Rakietowej Studenckiego Koła Astronautycznego PW. I nie są to wcale marzenia ściętej głowy. Mówią to współtwórcy PW-Sat, czyli słynnego już pierwszego polskiego satelity, który w lutym tego roku znalazł się na orbicie okołoziemskiej.

Oba zespoły mają nadzieję, że dzięki ich pracy polska astronautyka zacznie doganiać zachodnią. Z raportu „Rok 2011 w polskiej astronautyce” opublikowanego przez portal Kosmicznapolska.pl wynika bowiem, że polski rząd wcale się nie interesuje astronautyką. Polska wlecze się w europejskim ogonie wydatków na badania kosmiczne, a zamówień rządowych dla przemysłu z tej branży jest tyle, co kot napłakał. – Skoro kolejnych polskich rządów kosmiczne projekty nie interesują, to do roboty musimy zabrać się my, amatorzy – mówi prezes PTR Piotr Sewastianik.

Adam Okniński z SKA uważa, że są szanse, by w przyszłości w Polsce budować rakiety wynoszące na orbitę satelity o wadze do 50 kg. Żeby to osiągnąć, trzeba co prawda wyspecjalizowanej kadry, ale z pewnością mogłaby ona korzystać z doświadczeń ludzi tworzących amatorskie rakiety. Tego typu konstrukcje można wykorzystywać np. do badania górnych warstw atmosfery, a nawet znaleźć dla nich zastosowanie w przemyśle. Niedawno w Niemczech jedna z firm użyła amatorskiej rakiety do wyprodukowania stopu tytanu z aluminium. W rakiecie zainstalowano mały piec, mieszający obydwa metale. Ponieważ podczas lotu rakiety wytwarza się mikrograwitacja, czyli stan, kiedy przyspieszenie grawitacyjne jest niewielkie lub nie ma go wcale, stop był idealny. Takie rozwiązanie dla firm jest stosunkowo tanie. Wystrzelenie amatorskiej rakiety to koszt niewielki w porównaniu z innymi metodami uzyskania mikrograwitacji: wynajęciem samolotu poruszającego się specjalnym lotem parabolicznym czy wysłaniem pieca na Międzynarodową Stację Kosmiczną.

Wystarczy smartfon

Zasada działania rakiet amatorskich jest prosta. Potrzebujemy dobrego paliwa rakietowego oraz silnika, w którym się ono gwałtownie spali. Powstałe wtedy gazy zostają wyrzucone przez tylną dyszę, a siła odrzutu wypycha rakietę do góry. Bezpieczne lądowanie zapewniają spadochrony spowalniające.

Różnice między amatorskimi a profesjonalnymi rakietami dotyczą szczegółów. Gdy NASA wystrzeliwuje rakietę, śledzi ją nowoczesny system radarowy, start odbywa się w przygotowywanych do tego latami kosmodromach, a nad lądowaniem wartego nawet kilkadziesiąt milionów dolarów sprzętu czuwa sztab ludzi. Kiedy swoje ukochane maszyny odpalają amatorzy, dzieje się to przeważnie na użyczonym przez wojsko poligonie. Na przykład model K1-X startował po raz pierwszy w październiku 2011 r., na należących do wojska terenach w Drawsku Pomorskim. Do pomiaru lotu nie służył superdrogi superkomputer, a jedynie zamontowany w rakiecie smartfon ze specjalną aplikacją w systemie Android, pokazującą na bieżąco trajektorię, temperaturę i przyspieszenia w trzech osiach. Dzięki GPS-owi telefonu można też było odnaleźć rakietę po upadku. Rzecz nie bez znaczenia dla garstki zapaleńców, którzy muszą odszukać niewielki obiekt na przestrzeni kilkunastu kilometrów kwadratowych. Warto dodać, że smartfon – zafundowany przez jednego z kolegów – był jednocześnie najdroższym elementem całej konstrukcji. K1-X kosztowała raptem kilkaset złotych.

Co prawda zamontowany w rakiecie układ odzyskiwania, decydujący o momencie uruchomienia spadochronów, miał pewne problemy z uruchomieniem głównego spadochronu, mimo to K1-X wylądowała bez większych uszkodzeń, posługując się tylko mniejszym spadochronem, tzw. „pilocikiem”. Udało się też zrealizować wszystkie zamierzone cele. Rakieta wzniosła się na 3714 m i pokonała barierę dźwięku, osiągając prędkość 1580 km/h. Konstruktorom to jednak nie wystarczało i w weekend 19–21 października 2012 r. na poligonie pod Toruniem postanowili pobić własny wynik. Po kosmetycznych poprawkach K1-X udało się zaliczyć wysokość 4545 m i uzyskać zawrotną prędkość 1656 km/h.

K1-X to już trzecia konstrukcja Polskiego Towarzystwa Rakietowego, która tego dokonała. Pierwszą w historii stowarzyszenia i pierwszą w Polsce był odpalony w kwietniu 2011 r. model Hipersonal. Wtedy autorzy sukcesu włożyli w nagrodę koszulki z napisem „Mach Buster”. „Mach Busterami” nazywano pierwszych amerykańskich pilotów, którzy przekraczali barierę dźwięku w swoich maszynach.

Modelarz jak terrorysta

W Polsce konstruowaniem rakiet i wysyłaniem ich w przestworza amatorsko zajmuje się 200, może 300 osób. To niewiele w porównaniu z Niemcami, gdzie jest to hobby kilku tysięcy osób, podobnie jak w Wielkiej Brytanii. Nie mówiąc już o USA, gdzie samo tylko Narodowe Stowarzyszenie Rakietowe, największa tego typu organizacja w Stanach Zjednoczonych, zrzesza niemal 100 tys. członków.

Z czego wynikają te różnice? – Nie chodzi o pieniądze – odpowiadają nasi konstruktorzy, którzy lubią o sobie mówić „rakietowcy”. Silniki do rakiet dużej mocy, o sile ciągu powyżej 80 niutonosekund, można kupić już za 300 złotych; cała rakieta może kosztować mniej niż 1 tys. zł. W Polsce do rakietowego hobby zniechęca ustawa o materiałach wybuchowych z 2009 r., która zalicza do nich m.in. paliwo rakietowe. – Nikt nie może więc przechowywać w domu żadnych silników ani materiałów służących do budowy rakiet. Zgodnie z ustawą nasza działalność może być uznana za niebezpieczną – mówi Krzysztof Ścigalski.

Piotr Sornowski z Aeroklubu Polskiego, najlepszy w Polsce twórca amatorskich silników rakietowych, mówi, że na razie nikt „rakietowców” nie ściga, ale przepisy mogą niektórych odstraszać. – Kiedy koledzy z Aeroklubu mówili o planach lotów na dużą wysokość, odpowiedziałem, że musimy pokonać dwie siły. Pierwszą jest siła przyciągania, z którą sobie poradzimy. Drugą jest siła biurokracji, i z tą może być gorzej – śmieje się Sornowski.

Legenda Meteora

Historia rakiet sięga 1232 r., kiedy to chińskie wojska za pomocą rakiet z prochem broniły miasta Kaifeng przed hordami Mongołów. Pierwszym współczesnym twórcą teorii rakiety kosmicznej był Rosjanin Konstantin Ciołkowski, który ogłosił ją w 1903 r. Natomiast za prekursorów amatorskiego modelarstwa rakietowego uznaje się szkocką grupę The Paisley Rocketeer’s Society, założoną w 1935 r.

W Polsce pierwsze projekty rakiet zaczęto opracowywać w latach 60. i 70. Maszyny nazwane Meteor skonstruował zespół inżynierów warszawskiego Instytutu Lotnictwa, a wyprodukowały zakłady WSK-Mielec. Legendarna w środowisku „rakietowców” jest zwłaszcza Meteor 2K, największa i najbardziej zaawansowana technologicznie polska rakieta badawcza. 7 października 1970 r., startując z poniemieckiego poligonu rakietowego w Łebie-Rąbce, Meteor 2K wzniósł się według jednych źródeł na wysokość 90 km, a według innych nawet na 136 km. To oznacza, że polska rakieta przekroczyła próg kosmosu.

Ambicje jej twórców sięgały jednak jeszcze wyżej. Zamierzali wysłać rakietę na wysokość 200 km i umieścić na orbicie małego satelitę. Sprzeciwił się jednak temu Związek Radziecki, któremu nie podobały się sukcesy polskiej myśli technicznej. – Nie minęły trzy miesiące od wystrzelenia Meteora, gdy zarówno w Państwowym Instytucie Hydrologiczno-Meteorologicznym, jak i w Instytucie Lotnictwa nakazano zamknąć program rakietowy. Rosjanie swoimi radiolokatorami śledzili nasze sukcesy i w pewnym momencie powiedzieli „stop”, dopuszczając Polskę już tylko do wycinka kosmicznego programu, prowadzonego w ramach porozumienia Intersputnik – tłumaczył w wywiadzie dla „Polityki” profesor Jacek Walczewski, niegdyś twórca Pracowni Rakietowych Sondowań Atmosfery, dziś członek honorowy PTR.

Towarzystwa rakietowe za punkt honoru wzięły sobie, by sława Meteora wyszła w końcu poza niewielki krąg fascynatów, a polska astronautyka znów zaistniała w świecie. W tym celu m.in. organizują pikniki rakietowe dla całych rodzin, na których demonstrują działanie rakiet i prowadzą bezpłatne warsztaty dla dzieci. – W każdym młodym modelarzu upatruję przyszłego pilota statku kosmicznego. Polska powinna przede wszystkim zadbać o to, by młodzież chciała w przyszłości zajmować się szeroko rozumianym użytkowaniem przestrzeni kosmicznej – tłumaczy Piotr Sornowski i dodaje, że od modelarstwa rakietowego zaczynała większość astronautów.

A na pewno jeden z nich. Nazywał się Mirosław Hermaszewski i był pierwszym Polakiem, który poleciał w kosmos.