technika
Autor: Tomasz Awłasewicz | dodano: 2012-12-19
Ze spluwą im do twarzy

Fot. www.adamsguns.com

Z jakiej broni strzelał Brudny Harry? A skoczkowie z polskiego serialu „Czas honoru”? Czy pistoletem Jamesa Bonda, Waltherem PKK, rzeczywiście można by uratować świat?

Postrzał ze zwykłego pistoletu odrzucający ludzi na parę metrów, widowiskowe przestrzelenia bloków samochodowych silników, skuteczne prowadzenie ostrzału z broni krótkiej na odległość paruset metrów, magicznie niekończący się zapas amunicji... wyobraźnia hollywoodzkich producentów jest nieograniczona. Rzeczywistość jest jednak nieco inna.

Najbardziej popularną amunicją pistoletową na świecie jest nabój 9 mm Parabellum, nazywany najczęściej po prostu „dziewiątką”. Choć skonstruowany ponad 100 lat temu, do dziś wykorzystują go służby większości państw świata. Prawdopodobnie dlatego pistolety na tę amunicję występują powszechnie również w filmach. Na wielkim ekranie najczęściej pojawia się chyba Beretta z serii 92. Jej nienaganny wygląd i równie dobre parametry sprawiły, że włoska firma „trafiła w dziesiątkę” – broń szybko zyskała wielką popularność. Boom na ten pistolet zaczął się w chwili, w której na uzbrojenie przyjęła go armia USA, nadając mu oficjalną nazwę M9. Spowodowało to, że twórcy filmów, aby jak najbardziej uwiarygodnić produkcje o tematyce bliskiej amerykańskiemu wojsku, musieli się przerzucić ze starej broni krótkiej (Colta) na nową – Berettę. Wkrótce potem zaczęto wykorzystywać ją w wielu filmach, nawet niezwiązanych z tematyką wojenną.

Jak ten obecnie już „kultowy” pistolet prezentuje się w rzeczywistości? Gdy weźmiemy go do ręki, okaże się, że jest duży, ciężki i zupełnie nieporęczny. Nie zmienia to faktu, iż jest to konstrukcja technicznie zdecydowanie udana. Z pewnością jednak nie jest to broń dla policjantów działających „undercover”, tak jak robiła to postać grana przez Mela Gibsona w „Zabójczej broni”. Po prostu, ukrycie „klocka” takich rozmiarów pod ubraniem – choćby kurtką lub marynarką – byłoby naprawdę trudne (tym bardziej, gdy nie używa się okrycia wierzchniego, bo mieszka się w ciepłych rejonach USA, tak jak bohaterowie wspomnianego filmu). Wojsko wybrało tę broń, bo jak wiadomo, żołnierze zazwyczaj nie muszą się przejmować ukrywaniem pistoletu pod ubraniem.

Beretta serii 92 w rękach filmowych policjantów w cywilu nie jest jednak jedynym przykładem broni krótkiej, która w rzeczywistości niemal na pewno nie znalazłaby się w kaburach tajnych agentów. Chyba najbardziej kuriozalnym przejawem wyobraźni filmowców jest bowiem Brudny Harry i jego Smith and Wesson model 29 kalibru .44 Magnum. Model ten, mimo że na rynku pojawił się już w latach 50. (nadal jest produkowany!), wielką popularność zyskał właśnie dzięki filmowi z 1971 r. Była to bezdyskusyjnie najsilniejsza produkowana seryjnie broń krótka w tamtych czasach. Pocisk wystrzelony z rewolweru w kalibrze .44 Magnum ma energię dochodzącą do około 2000 J, czyli mniej więcej tyle, ile amunicja wystrzelona z Kałasznikowa.

Łatwo jest zauważyć, że model 29, mimo słusznych gabarytów jest nieporównywalnie lżejszy od legendarnego rosyjskiego karabinka. A to oznacza, że strzelanie z niego nie należy do najprzyjemniejszych czynności. Pistolet ten trudno ukryć i nie bardzo nadaje się on do szybkiego – i jednocześnie celnego – strzelania. Jest po prostu niewygodny w użyciu. Producenci broni starają się zwykle, aby odrzut był jak najmniejszy (strzelanie z broni o dużym „kopnięciu” naprawdę potrafi zmęczyć). W przypadku „działka”, którym dysponował filmowy Brudny Harry, o komforcie nie ma mowy. Duży odrzut utrudnia też celne strzelanie, ponieważ po każdym naciśnięciu spustu i wybuchu prochu znajdującego się w łusce strzelający musi właściwie od początku namierzać cel. Tego typu rewolwer w rękach niedoświadczonej osoby potrafi nawet wylecieć z rąk. (Liczne nagrania takich wypadków można obejrzeć np. w serwisie YouTube.)

Warto podkreślić, że policja zazwyczaj wybiera amunicję, która skutecznie obezwładni (a nie zabije) przestępcę. Najlepiej też, by nie stwarzała ryzyka, że kula przeleci przez ciało opryszka i trafi niewinnego przechodnia. Kolejną wadą modelu 29 jest jeszcze to, iż podobnie jak większość rewolwerów, mieści w sobie tylko sześć sztuk amunicji. To niewiele, zważywszy na fakt, że nowoczesne pistolety mają zwykle dwurzędowe magazynki o pojemności nawet parunastu naboi. Nie ulega więc wątpliwości, że „ręczna armata” Brudnego Harry’ego służyła jedynie podkreśleniu dziwaczności postaci. Z pewnością policja z San Francisco wyposaża swych agentów znacznie rozsądniej.

Dziś Smith and Wesson model 29 kalibru .44 Magnum został zdeklasowany przez kolejny produkt S&W o prostej nazwie: 500, kalibru .500 Magnum. Zaznaczyć należy, iż oba wspomniane kalibry NIE są wyrażane w milimetrach (tak jak w przypadku Beretty), lecz w setnych i tysięcznych częściach cala. Co ważne, jest to jedynie umowny pomiar, a właściwa średnica lufy (w najwęższym punkcie) może niejednokrotnie znacząco odbiegać od wartości wyrażonej w nazwie.

VIS dla zuchwałych

Twórcy, którym bardziej zależy na zgodności fikcji z rzeczywistością, zwykle używają w filmach broni najbardziej popularnej. Dlatego jednym z najczęściej pojawiających się pistoletów w produkcjach amerykańskich jest zaprojektowany przez geniusza myśli konstruktorskiej Johna Mosesa Browninga Colt serii 1911 (tak, tak, Colty to nie tylko rewolwery). Amerykańskie służby wykorzystują tę technicznie genialną i niemalże niezawodną konstrukcję nieprzerwanie od ponad 100 lat. Jak już wspomniano, choć znaczną część armii USA przezbrojono na M9, nie oznacza to, że definitywnie pozbyto się Coltów. Do dziś używają ich niektóre jednostki wojska, policji i innych służb porządkowych. Popularność „jedenastki” spowodowała, że wystąpiła ona w dosłownie setkach, jeśli nie tysiącach, produkcji filmowych na całym świecie.

Długa jest lista gwiazdorów strzelających z tej broni. Colt 1911 pojawia się właściwie za każdym razem, gdy pokazywane są sceny z II wojny światowej – od „Parszywej dwunastki” poprzez „Szeregowca Ryana” aż do polskiego serialu „Czas honoru”. Co ciekawe, twórcy słynnej komedii wojennej „Złoto dla zuchwałych” na swój plan, konkretnie na teren ówczesnej Jugosławii, nie sprowadzili Coltów. Zastąpił je pistolet polskiej produkcji. Ponieważ włożenie do kabur amerykańskich żołnierzy w filmie czegoś innego niż „jedenastki” byłoby kompletnie nieadekwatne, postanowiono zastąpić ją podobną bronią, tak aby przeciętny widz nie wychwycił różnicy. W ten sposób na planie i u boku Clinta Eastwooda pojawił się najsłynniejszy polski pistolet, duma krajowej myśli konstruktorskiej – VIS wz.35. Można domniemywać, iż broń ta trafiła na tereny byłej Jugosławii wraz z jednostkami niemieckiego Waffen SS, działającymi tam w czasie II wojny. Esesmani chętnie używali VIS-ów przechwyconych oraz tych, które wyprodukowano już po zajęciu fabryki broni w Radomiu. Wz. 35 bardzo przypomina wspomnianego Colta; stąd jego obecność w filmie.

To jednak nie pierwszy raz, gdy VIS pojawił się w produkcji Hollywood. Broń tę zobaczyć można w jednej z najsłynniejszych komedii wszech czasów – „Pół żartem, pół serio”, z Jackiem Lemmonem, Marylin Monroe i Tonym Curtisem. W jednej ze scen gangsterowi, przy przeszukaniu, z nogawki wypada VIS. Komentuje to, mówiąc „nie jest załadowany”, a wtedy z drugiej nogawki wypada amunicja. Chronologicznie obecność wz.35 w tym filmie nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością – w końcu akcja toczy się w końcu lat 20., podczas gdy seryjna produkcja VIS-ów zaczęła się parę lat później, w 1935 r.

Tetetka – nieudana i popularna

A jaki pistolet najczęściej pojawił się w polskich filmach? Można przypuszczać, że większość Polaków, których poprosi się o podanie chociaż jednej nazwy pistoletu, powie „TT”, czyli „Tetetka”. Popularna Tetetka pojawia się w niezliczonej liczbie polskich produkcji. Broni tej używają m.in. bohaterowie „Stawki większej niż życie”, „Czterech pancernych i psa”, „Pokolenia”, „Czasu honoru”. Z czego wynika jej wszechobecność? TT skonstruowano w ZSRR. Po II wojnie wszystkie polskie służby przezbrojono na TT wz.33. Polska miała oczywiście VIS-a, ale Związek Radziecki miał... zapasy amunicji do TT, czyli nabój 7,62 x 25 mm (łudząco podobny do niemieckiego 7,63 x 25 Mauser). Rosjanie używali nawet niemieckiej amunicji tego typu, jako że tetetce nie robiło to większej różnicy.

Zapasy należało wykorzystać, a fabryki produkowały wszak następne partie. W ten sposób armie znajdujących się pod zwierzchnictwem Związku Radzieckiego państw miały, logicznie, jedną i tę samą amunicję. Dużo mądrzejsze byłoby jednak rozpoczęcie produkcji VIS-a; była to po prostu znacznie lepsza konstrukcja niż TT. Polska armia przezbroiła się z naprawdę udanego wz.35 na prymitywne wz.33.

TT jest bronią średnich rozmiarów, można ją wygodnie nosić. Wygodny jednak nie jest nabój 7,62 x 25 mm. Dlaczego? Wyobraźmy sobie, co się dzieje, gdy wkładamy zbyt mocną amunicję do pistoletu o niewielkiej wadze. Po pierwsze, odrzut jest zbyt duży, po drugie – szybko zużywają się mechanizmy broni, po trzecie – wbrew pozorom, zbyt silna amunicja wcale nie jest najlepszym rozwiązaniem dla służb. Wielka moc naboju TT powodowała, że potrafił on po prostu przelecieć przez człowieka, do którego strzelał np. policjant, i polecieć dalej, raniąc kolejne osoby i rykoszetując niemal w nieskończoność. Jedyne, do czego amunicja ta była przydatna i jest do dziś, to przebijanie niektórych typów kamizelek kuloodpornych. Do innych wad TT dochodzi jeszcze brak jakiegokolwiek bezpiecznika, stosunkowo kiepska celność oraz dziesiątki innych ukrytych felerów konkretnych egzemplarzy.

Angielski agent, niemiecki pistolet

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o broni najsłynniejszego z filmowych agentów. Bond – James Bond – czy raczej twórcy filmów o tej postaci, najbardziej upodobali sobie Walthera PPK. Trudno zgadnąć, czym się kierowali. Być może jedynie wyglądem broni, rzeczywiście niebrzydkiej. Pistolet, skonstruowany w Niemczech jako broń dla policji nieumundurowanej oraz do samoobrony np. dla oficerów wojska, nie jest bowiem, jak by się wydawało po obejrzeniu filmu, najbardziej przebojowym orężem. James Bond, jak każdy wie, to ekspert w robieniu rzeczy nadludzkich, jednak PPK naprawdę nie obroni przed pociskami z karabinów. Walther, wykorzystujący w swojej podstawowej wersji naboje .32ACP (7.65 x 17 Browning) ma moc, a raczej brak mocy, dyskwalifikujący go jako broń, którą Bond mógłby ratować świat przed atomową zagładą.

Energia pocisku wystrzelonego z PPK to około 160–180 J, czyli nawet trzy razy mniejsza niż wystrzelonego z broni na nabój 9 mm Parabellum. W rzeczywistości oznacza to, że nie przebije on kamizelki kuloodpornej, a przestrzelenie bloku silnika byłoby cudem. Co tam zresztą blok silnika, nawet przestrzelenie opony by się nie udało, jeśli pocisk uderzyłby pod nieodpowiednim kątem.

Nie oznacza to oczywiście, że nie jest przyjemnie usiąść wygodnie w fotelu i obejrzeć, jak agent 007 po raz kolejny ratuje świat. Dla porządku dodam, że ostatnimi czasy coraz częściej robi to za pomocą innego, lepszego pistoletu, choć tego samego producenta – Walthera P99. To broń używana także przez polską policję.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 01/2013 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
04/2020
03/2020
Kalendarium
Kwiecień
10
W 1633 r. w Londynie po raz pierwszy pojawiły się w sprzedaży banany.
Warto przeczytać
W zagubionej w lesie deszczowym Papui Nowej Gwinei jest maleńka wioska Gapun, w której mieszka 200 osób. Tylko 45 z nich mówi rdzennym językiem tayapu i z roku na rok jest ich coraz mniej. Amerykański antropolog Don Kulick postanawia udokumentować proces wymierania tego języka.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Tomasz Awłasewicz | dodano: 2012-12-19
Ze spluwą im do twarzy

Fot. www.adamsguns.com

Z jakiej broni strzelał Brudny Harry? A skoczkowie z polskiego serialu „Czas honoru”? Czy pistoletem Jamesa Bonda, Waltherem PKK, rzeczywiście można by uratować świat?

Postrzał ze zwykłego pistoletu odrzucający ludzi na parę metrów, widowiskowe przestrzelenia bloków samochodowych silników, skuteczne prowadzenie ostrzału z broni krótkiej na odległość paruset metrów, magicznie niekończący się zapas amunicji... wyobraźnia hollywoodzkich producentów jest nieograniczona. Rzeczywistość jest jednak nieco inna.

Najbardziej popularną amunicją pistoletową na świecie jest nabój 9 mm Parabellum, nazywany najczęściej po prostu „dziewiątką”. Choć skonstruowany ponad 100 lat temu, do dziś wykorzystują go służby większości państw świata. Prawdopodobnie dlatego pistolety na tę amunicję występują powszechnie również w filmach. Na wielkim ekranie najczęściej pojawia się chyba Beretta z serii 92. Jej nienaganny wygląd i równie dobre parametry sprawiły, że włoska firma „trafiła w dziesiątkę” – broń szybko zyskała wielką popularność. Boom na ten pistolet zaczął się w chwili, w której na uzbrojenie przyjęła go armia USA, nadając mu oficjalną nazwę M9. Spowodowało to, że twórcy filmów, aby jak najbardziej uwiarygodnić produkcje o tematyce bliskiej amerykańskiemu wojsku, musieli się przerzucić ze starej broni krótkiej (Colta) na nową – Berettę. Wkrótce potem zaczęto wykorzystywać ją w wielu filmach, nawet niezwiązanych z tematyką wojenną.

Jak ten obecnie już „kultowy” pistolet prezentuje się w rzeczywistości? Gdy weźmiemy go do ręki, okaże się, że jest duży, ciężki i zupełnie nieporęczny. Nie zmienia to faktu, iż jest to konstrukcja technicznie zdecydowanie udana. Z pewnością jednak nie jest to broń dla policjantów działających „undercover”, tak jak robiła to postać grana przez Mela Gibsona w „Zabójczej broni”. Po prostu, ukrycie „klocka” takich rozmiarów pod ubraniem – choćby kurtką lub marynarką – byłoby naprawdę trudne (tym bardziej, gdy nie używa się okrycia wierzchniego, bo mieszka się w ciepłych rejonach USA, tak jak bohaterowie wspomnianego filmu). Wojsko wybrało tę broń, bo jak wiadomo, żołnierze zazwyczaj nie muszą się przejmować ukrywaniem pistoletu pod ubraniem.

Beretta serii 92 w rękach filmowych policjantów w cywilu nie jest jednak jedynym przykładem broni krótkiej, która w rzeczywistości niemal na pewno nie znalazłaby się w kaburach tajnych agentów. Chyba najbardziej kuriozalnym przejawem wyobraźni filmowców jest bowiem Brudny Harry i jego Smith and Wesson model 29 kalibru .44 Magnum. Model ten, mimo że na rynku pojawił się już w latach 50. (nadal jest produkowany!), wielką popularność zyskał właśnie dzięki filmowi z 1971 r. Była to bezdyskusyjnie najsilniejsza produkowana seryjnie broń krótka w tamtych czasach. Pocisk wystrzelony z rewolweru w kalibrze .44 Magnum ma energię dochodzącą do około 2000 J, czyli mniej więcej tyle, ile amunicja wystrzelona z Kałasznikowa.

Łatwo jest zauważyć, że model 29, mimo słusznych gabarytów jest nieporównywalnie lżejszy od legendarnego rosyjskiego karabinka. A to oznacza, że strzelanie z niego nie należy do najprzyjemniejszych czynności. Pistolet ten trudno ukryć i nie bardzo nadaje się on do szybkiego – i jednocześnie celnego – strzelania. Jest po prostu niewygodny w użyciu. Producenci broni starają się zwykle, aby odrzut był jak najmniejszy (strzelanie z broni o dużym „kopnięciu” naprawdę potrafi zmęczyć). W przypadku „działka”, którym dysponował filmowy Brudny Harry, o komforcie nie ma mowy. Duży odrzut utrudnia też celne strzelanie, ponieważ po każdym naciśnięciu spustu i wybuchu prochu znajdującego się w łusce strzelający musi właściwie od początku namierzać cel. Tego typu rewolwer w rękach niedoświadczonej osoby potrafi nawet wylecieć z rąk. (Liczne nagrania takich wypadków można obejrzeć np. w serwisie YouTube.)

Warto podkreślić, że policja zazwyczaj wybiera amunicję, która skutecznie obezwładni (a nie zabije) przestępcę. Najlepiej też, by nie stwarzała ryzyka, że kula przeleci przez ciało opryszka i trafi niewinnego przechodnia. Kolejną wadą modelu 29 jest jeszcze to, iż podobnie jak większość rewolwerów, mieści w sobie tylko sześć sztuk amunicji. To niewiele, zważywszy na fakt, że nowoczesne pistolety mają zwykle dwurzędowe magazynki o pojemności nawet parunastu naboi. Nie ulega więc wątpliwości, że „ręczna armata” Brudnego Harry’ego służyła jedynie podkreśleniu dziwaczności postaci. Z pewnością policja z San Francisco wyposaża swych agentów znacznie rozsądniej.

Dziś Smith and Wesson model 29 kalibru .44 Magnum został zdeklasowany przez kolejny produkt S&W o prostej nazwie: 500, kalibru .500 Magnum. Zaznaczyć należy, iż oba wspomniane kalibry NIE są wyrażane w milimetrach (tak jak w przypadku Beretty), lecz w setnych i tysięcznych częściach cala. Co ważne, jest to jedynie umowny pomiar, a właściwa średnica lufy (w najwęższym punkcie) może niejednokrotnie znacząco odbiegać od wartości wyrażonej w nazwie.

VIS dla zuchwałych

Twórcy, którym bardziej zależy na zgodności fikcji z rzeczywistością, zwykle używają w filmach broni najbardziej popularnej. Dlatego jednym z najczęściej pojawiających się pistoletów w produkcjach amerykańskich jest zaprojektowany przez geniusza myśli konstruktorskiej Johna Mosesa Browninga Colt serii 1911 (tak, tak, Colty to nie tylko rewolwery). Amerykańskie służby wykorzystują tę technicznie genialną i niemalże niezawodną konstrukcję nieprzerwanie od ponad 100 lat. Jak już wspomniano, choć znaczną część armii USA przezbrojono na M9, nie oznacza to, że definitywnie pozbyto się Coltów. Do dziś używają ich niektóre jednostki wojska, policji i innych służb porządkowych. Popularność „jedenastki” spowodowała, że wystąpiła ona w dosłownie setkach, jeśli nie tysiącach, produkcji filmowych na całym świecie.

Długa jest lista gwiazdorów strzelających z tej broni. Colt 1911 pojawia się właściwie za każdym razem, gdy pokazywane są sceny z II wojny światowej – od „Parszywej dwunastki” poprzez „Szeregowca Ryana” aż do polskiego serialu „Czas honoru”. Co ciekawe, twórcy słynnej komedii wojennej „Złoto dla zuchwałych” na swój plan, konkretnie na teren ówczesnej Jugosławii, nie sprowadzili Coltów. Zastąpił je pistolet polskiej produkcji. Ponieważ włożenie do kabur amerykańskich żołnierzy w filmie czegoś innego niż „jedenastki” byłoby kompletnie nieadekwatne, postanowiono zastąpić ją podobną bronią, tak aby przeciętny widz nie wychwycił różnicy. W ten sposób na planie i u boku Clinta Eastwooda pojawił się najsłynniejszy polski pistolet, duma krajowej myśli konstruktorskiej – VIS wz.35. Można domniemywać, iż broń ta trafiła na tereny byłej Jugosławii wraz z jednostkami niemieckiego Waffen SS, działającymi tam w czasie II wojny. Esesmani chętnie używali VIS-ów przechwyconych oraz tych, które wyprodukowano już po zajęciu fabryki broni w Radomiu. Wz. 35 bardzo przypomina wspomnianego Colta; stąd jego obecność w filmie.

To jednak nie pierwszy raz, gdy VIS pojawił się w produkcji Hollywood. Broń tę zobaczyć można w jednej z najsłynniejszych komedii wszech czasów – „Pół żartem, pół serio”, z Jackiem Lemmonem, Marylin Monroe i Tonym Curtisem. W jednej ze scen gangsterowi, przy przeszukaniu, z nogawki wypada VIS. Komentuje to, mówiąc „nie jest załadowany”, a wtedy z drugiej nogawki wypada amunicja. Chronologicznie obecność wz.35 w tym filmie nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością – w końcu akcja toczy się w końcu lat 20., podczas gdy seryjna produkcja VIS-ów zaczęła się parę lat później, w 1935 r.

Tetetka – nieudana i popularna

A jaki pistolet najczęściej pojawił się w polskich filmach? Można przypuszczać, że większość Polaków, których poprosi się o podanie chociaż jednej nazwy pistoletu, powie „TT”, czyli „Tetetka”. Popularna Tetetka pojawia się w niezliczonej liczbie polskich produkcji. Broni tej używają m.in. bohaterowie „Stawki większej niż życie”, „Czterech pancernych i psa”, „Pokolenia”, „Czasu honoru”. Z czego wynika jej wszechobecność? TT skonstruowano w ZSRR. Po II wojnie wszystkie polskie służby przezbrojono na TT wz.33. Polska miała oczywiście VIS-a, ale Związek Radziecki miał... zapasy amunicji do TT, czyli nabój 7,62 x 25 mm (łudząco podobny do niemieckiego 7,63 x 25 Mauser). Rosjanie używali nawet niemieckiej amunicji tego typu, jako że tetetce nie robiło to większej różnicy.

Zapasy należało wykorzystać, a fabryki produkowały wszak następne partie. W ten sposób armie znajdujących się pod zwierzchnictwem Związku Radzieckiego państw miały, logicznie, jedną i tę samą amunicję. Dużo mądrzejsze byłoby jednak rozpoczęcie produkcji VIS-a; była to po prostu znacznie lepsza konstrukcja niż TT. Polska armia przezbroiła się z naprawdę udanego wz.35 na prymitywne wz.33.

TT jest bronią średnich rozmiarów, można ją wygodnie nosić. Wygodny jednak nie jest nabój 7,62 x 25 mm. Dlaczego? Wyobraźmy sobie, co się dzieje, gdy wkładamy zbyt mocną amunicję do pistoletu o niewielkiej wadze. Po pierwsze, odrzut jest zbyt duży, po drugie – szybko zużywają się mechanizmy broni, po trzecie – wbrew pozorom, zbyt silna amunicja wcale nie jest najlepszym rozwiązaniem dla służb. Wielka moc naboju TT powodowała, że potrafił on po prostu przelecieć przez człowieka, do którego strzelał np. policjant, i polecieć dalej, raniąc kolejne osoby i rykoszetując niemal w nieskończoność. Jedyne, do czego amunicja ta była przydatna i jest do dziś, to przebijanie niektórych typów kamizelek kuloodpornych. Do innych wad TT dochodzi jeszcze brak jakiegokolwiek bezpiecznika, stosunkowo kiepska celność oraz dziesiątki innych ukrytych felerów konkretnych egzemplarzy.

Angielski agent, niemiecki pistolet

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o broni najsłynniejszego z filmowych agentów. Bond – James Bond – czy raczej twórcy filmów o tej postaci, najbardziej upodobali sobie Walthera PPK. Trudno zgadnąć, czym się kierowali. Być może jedynie wyglądem broni, rzeczywiście niebrzydkiej. Pistolet, skonstruowany w Niemczech jako broń dla policji nieumundurowanej oraz do samoobrony np. dla oficerów wojska, nie jest bowiem, jak by się wydawało po obejrzeniu filmu, najbardziej przebojowym orężem. James Bond, jak każdy wie, to ekspert w robieniu rzeczy nadludzkich, jednak PPK naprawdę nie obroni przed pociskami z karabinów. Walther, wykorzystujący w swojej podstawowej wersji naboje .32ACP (7.65 x 17 Browning) ma moc, a raczej brak mocy, dyskwalifikujący go jako broń, którą Bond mógłby ratować świat przed atomową zagładą.

Energia pocisku wystrzelonego z PPK to około 160–180 J, czyli nawet trzy razy mniejsza niż wystrzelonego z broni na nabój 9 mm Parabellum. W rzeczywistości oznacza to, że nie przebije on kamizelki kuloodpornej, a przestrzelenie bloku silnika byłoby cudem. Co tam zresztą blok silnika, nawet przestrzelenie opony by się nie udało, jeśli pocisk uderzyłby pod nieodpowiednim kątem.

Nie oznacza to oczywiście, że nie jest przyjemnie usiąść wygodnie w fotelu i obejrzeć, jak agent 007 po raz kolejny ratuje świat. Dla porządku dodam, że ostatnimi czasy coraz częściej robi to za pomocą innego, lepszego pistoletu, choć tego samego producenta – Walthera P99. To broń używana także przez polską policję.