technika
Autor: Adam Leszczyński | dodano: 2012-06-01
Zarabianie na darmowym

Google to nie tylko najpopularniejsza wyszukiwarka internetowa. To także poczta elektroniczna, mapy wielkich miast i zdjęcia satelitarne Marsa, program do obróbki zdjęć i dziesiątki innych usług. Wszystkie za darmo - a Google zarabia miliardy. Kto za to płaci?

W listopadzie 2004 roku Mark Lukovsky, jeden z czołowych twórców oprogramowania w Microsofcie - komputerowym gigancie produkującym m.in. Windows i Office - chciał się zwolnić z pracy.

- Powiedz, że nie przechodzisz do Google'a - poprosił Lukovsky'ego Steve Ballmer, prezes Microsoftu, gdy programista zakomunikował mu, że zmienia pracę.
- Przechodzę - odpowiedział Lukovsky.

Wszyscy wiedzą, że Ballmer to choleryk. Wówczas jednak - jeśli wierzyć Lukovsky'emu - przeszedł sam siebie: zerwał się z fotela, podniósł go i z impetem rzucił o ścianę w gabinecie. A potem skierował pod adresem Erica Schmidta stek inwektyw, kończąc tym, że już raz dał sobie z nim radę i zrobi to ponownie. (Tu należy wyjaśnić, że Eric Schmidt kierował wcześniej wielkimi komputerowymi firmami Novell i Sun, które konkurowały z Microsoftem i przegrały z nim biznesową wojnę o rynek.)Kiedy Ballmer ochłonął, zaczął tłumaczyć Lukovsky'emu, że Google to nie jest prawdziwa firma i że to tylko domek z kart.

Ta historia ujrzała światło dzienne dopiero kilka miesięcy później, gdy Microsoft pozwał do sądu Google'a o to, że podkupił jednego z jego najlepszych naukowców - dr. Kai-Fu Lee. Badacz miał zapisany w kontrakcie zakaz pracy dla konkurencji po odejściu z Microsoftu i koncern uznał, że przechodząc do Google'a, go złamał. Lukovsky wystąpił jako świadek na procesie (ostatecznie zakończonym ugodą) i opowiedział o rzucającym fotelem Ballmerze. Rzecznik Microsoftu oświadczył, że historia "została wyolbrzymiona", ale jej nie zdementował.

Bo też nie ma żadnej tajemnicy w tym, że to właśnie Google uważany jest dzisiaj przez szefów Microsof­tu za największe zagrożenie - i to co najmniej w dwóch wymiarach: ambicjonalnym i biznesowym. Ambicjonalnym, bo to Google jest ulubieńcem mediów (i nie tylko - entomolog pracujący na Madagaskarze nazwał gatunek mrówek, który tam odkrył, Proceratium google), przyciąga najlepszych informatyków i ma reputację firmy bardzo twórczej - a programów Microsoftu wszyscy co prawda używają, ale trudno znaleźć kogoś, kto się nimi zachwyca. Biznesowym, bo Google reprezentuje zupełnie inny model zarabiania "na komputerach" i rozwija się coraz szybciej, a Microsoft, chociaż nadal ma od niego wielokrotnie większe przychody i zyski, pozostaje w stagnacji.

Poród w akademiku

Sukces Google'a jest oszałamiający. W 1998 roku firma startowała w garażu (ściślej - najpierw był to akademik Stanford University, a dopiero potem garaż przyjaciela jednego z założycieli). Jej jedynymi pracownikami byli założyciele, doktoranci w Stanfordzie Sergey Brin i Larry Page. Dziś Google to finansowy gigant. W zeszłym roku przychody firmy sięgnęły 6,1 mld dolarów, a zysk wyniósł 2 mld. Tylko w pierwszym kwartale 2006 roku obroty Google'a wzrosły o 26%. Google zatrudnia dziś prawie 6 tys. osób, a majątek każdego z jego założycieli sięga wielu miliardów dolarów (obecnie mają po około 12 mld - ale trudno to wyliczyć dokładnie, bo wycena zależy od kursu akcji, a ten ulega sporym wahaniom).

Skąd wzięły się te miliardy? Jak można zarobić tak dużo w tak krótkim czasie? Google wyróżniał się już na samym początku. Startował w apogeum "boomu internetowego" pod koniec lat 90., gdy amerykańscy inwestorzy wydawali setki milionów dolarów na najdziwniejsze internetowe przedsięwzięcia biznesowe. Zainwestowano wtedy np. 130 mln dolarów w firmę produkującą przystawki do komputera, które miały wydzielać "zaprogramowane" na stronach internetowych zapachy; firma szybko padła i to w niesławie, podobno pokazawszy wcześniej kilka dość smrodliwych prototypów. Panowała też moda na portale, czyli strony internetowe łączące wyszukiwarki, pocztę, informacje i różne inne internetowe usługi (ten model realizują do dziś m.in. Onet, Gazeta.pl czy Yahoo!). Najpopularniejsze wówczas wyszukiwarki - m.in. Hotbot i Altavista - stawały się portalami, bo ich właściciele uważali, że będą mogli zatrzymać dłużej internautów na swoich stronach, a zatem i więcej zarobić na reklamach.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 07/2006 »
Drukuj »
Aktualne numery
08/2020
07/2020
Kalendarium
Sierpień
4
W 1181 r. w gwiazdozbiorze Kasjopei zaobserwowano wybuch supernowej SN 1181.
Warto przeczytać
Natura szaleje. Gdy dojdziemy do podstawowych praw fizyki, do samego fundamentu, znajdziemy się w domenie szaleństwa i chaosu, gdzie wiedza staje się wyobraźnią i odwrotnie. To miejsce, w którym na każdym kroku czają się wszechświaty równoległe i zadziwiające paradoksy, a przedmioty nie muszą zważać na przestrzeń ani czas.

WSPÓŁPRACUJEMY
Autor: Adam Leszczyński | dodano: 2012-06-01
Zarabianie na darmowym

Google to nie tylko najpopularniejsza wyszukiwarka internetowa. To także poczta elektroniczna, mapy wielkich miast i zdjęcia satelitarne Marsa, program do obróbki zdjęć i dziesiątki innych usług. Wszystkie za darmo - a Google zarabia miliardy. Kto za to płaci?

W listopadzie 2004 roku Mark Lukovsky, jeden z czołowych twórców oprogramowania w Microsofcie - komputerowym gigancie produkującym m.in. Windows i Office - chciał się zwolnić z pracy.

- Powiedz, że nie przechodzisz do Google'a - poprosił Lukovsky'ego Steve Ballmer, prezes Microsoftu, gdy programista zakomunikował mu, że zmienia pracę.
- Przechodzę - odpowiedział Lukovsky.

Wszyscy wiedzą, że Ballmer to choleryk. Wówczas jednak - jeśli wierzyć Lukovsky'emu - przeszedł sam siebie: zerwał się z fotela, podniósł go i z impetem rzucił o ścianę w gabinecie. A potem skierował pod adresem Erica Schmidta stek inwektyw, kończąc tym, że już raz dał sobie z nim radę i zrobi to ponownie. (Tu należy wyjaśnić, że Eric Schmidt kierował wcześniej wielkimi komputerowymi firmami Novell i Sun, które konkurowały z Microsoftem i przegrały z nim biznesową wojnę o rynek.)Kiedy Ballmer ochłonął, zaczął tłumaczyć Lukovsky'emu, że Google to nie jest prawdziwa firma i że to tylko domek z kart.

Ta historia ujrzała światło dzienne dopiero kilka miesięcy później, gdy Microsoft pozwał do sądu Google'a o to, że podkupił jednego z jego najlepszych naukowców - dr. Kai-Fu Lee. Badacz miał zapisany w kontrakcie zakaz pracy dla konkurencji po odejściu z Microsoftu i koncern uznał, że przechodząc do Google'a, go złamał. Lukovsky wystąpił jako świadek na procesie (ostatecznie zakończonym ugodą) i opowiedział o rzucającym fotelem Ballmerze. Rzecznik Microsoftu oświadczył, że historia "została wyolbrzymiona", ale jej nie zdementował.

Bo też nie ma żadnej tajemnicy w tym, że to właśnie Google uważany jest dzisiaj przez szefów Microsof­tu za największe zagrożenie - i to co najmniej w dwóch wymiarach: ambicjonalnym i biznesowym. Ambicjonalnym, bo to Google jest ulubieńcem mediów (i nie tylko - entomolog pracujący na Madagaskarze nazwał gatunek mrówek, który tam odkrył, Proceratium google), przyciąga najlepszych informatyków i ma reputację firmy bardzo twórczej - a programów Microsoftu wszyscy co prawda używają, ale trudno znaleźć kogoś, kto się nimi zachwyca. Biznesowym, bo Google reprezentuje zupełnie inny model zarabiania "na komputerach" i rozwija się coraz szybciej, a Microsoft, chociaż nadal ma od niego wielokrotnie większe przychody i zyski, pozostaje w stagnacji.

Poród w akademiku

Sukces Google'a jest oszałamiający. W 1998 roku firma startowała w garażu (ściślej - najpierw był to akademik Stanford University, a dopiero potem garaż przyjaciela jednego z założycieli). Jej jedynymi pracownikami byli założyciele, doktoranci w Stanfordzie Sergey Brin i Larry Page. Dziś Google to finansowy gigant. W zeszłym roku przychody firmy sięgnęły 6,1 mld dolarów, a zysk wyniósł 2 mld. Tylko w pierwszym kwartale 2006 roku obroty Google'a wzrosły o 26%. Google zatrudnia dziś prawie 6 tys. osób, a majątek każdego z jego założycieli sięga wielu miliardów dolarów (obecnie mają po około 12 mld - ale trudno to wyliczyć dokładnie, bo wycena zależy od kursu akcji, a ten ulega sporym wahaniom).

Skąd wzięły się te miliardy? Jak można zarobić tak dużo w tak krótkim czasie? Google wyróżniał się już na samym początku. Startował w apogeum "boomu internetowego" pod koniec lat 90., gdy amerykańscy inwestorzy wydawali setki milionów dolarów na najdziwniejsze internetowe przedsięwzięcia biznesowe. Zainwestowano wtedy np. 130 mln dolarów w firmę produkującą przystawki do komputera, które miały wydzielać "zaprogramowane" na stronach internetowych zapachy; firma szybko padła i to w niesławie, podobno pokazawszy wcześniej kilka dość smrodliwych prototypów. Panowała też moda na portale, czyli strony internetowe łączące wyszukiwarki, pocztę, informacje i różne inne internetowe usługi (ten model realizują do dziś m.in. Onet, Gazeta.pl czy Yahoo!). Najpopularniejsze wówczas wyszukiwarki - m.in. Hotbot i Altavista - stawały się portalami, bo ich właściciele uważali, że będą mogli zatrzymać dłużej internautów na swoich stronach, a zatem i więcej zarobić na reklamach.