człowiek
Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2013-03-26
Skarby na dnie morza

Współcześni poszukiwacze skarbów to marzyciele wierzący, że pewnego dnia znajdą w morskich odmętach zaginione bogactwa. Wsparci nowoczesną techniką, mają na to szanse większe niż kiedykolwiek.

Dziesięć ton sztabek złota, 70 t platyny, 1,5 t diamentów oraz 16 mln karatów brylantów to tylko część ładunku znajdującego się we wraku statku odnalezionym niedawno u brzegów Ameryki Południowej. Tak przynajmniej twierdzi Greg Brooks, założyciel i jeden z menedżerów firmy Sub Sea Research (SSR), która w 2009 r. natrafiła na jego ślad. Jeśli te informacje się potwierdzą, będzie to najcenniejsze znalezisko tego typu w historii. Rynkową wartość przedmiotów wycenia się na 2,6 mld funtów szterlingów (3,6 mld dolarów). Chociaż od momentu odkrycia minęły już ponad 3 lata, nikt jeszcze nie wydobył zatopionych bogactw. Nie ma w tym nic zaskakującego, ponieważ odnalezienie skarbu niemal zawsze rozpoczyna długą batalię sądową o prawa do niego. A gdy gra toczy się o wysoką stawkę, warto być cierpliwym.

Sub Sea Research pilnie strzeże tajemnicy, o jaki dokładnie statek chodzi. Na potrzeby mediów używa nazwy „Blue Baron”. Ma to uchronić wrak przed szabrownikami, których nie brakuje. Być może chodzi o brytyjski frachtowiec „Port Nicholson”, który w 1942 r. wypłynął z jednego z europejskich portów do Stanów Zjednoczonych w ramach programu utworzonego na podstawie Lend-Lease Act (ustawy regulującej zasady dostaw wojennych z USA do krajów alianckich). Frachtowiec został zatopiony prawdopodobnie przez niemieckiego U-Boota (U-87) i spoczął na dnie 64 km od brzegu Gujany. Wszystkim tym rewelacjom SSR jednak zaprzeczyło. Tajemniczy wrak nadal spoczywa na głębokości 244 m i czeka na swój czas.

Brooks postępuje zgodnie z obowiązującymi procedurami. Niemal natychmiast po odnalezieniu wraku zgłosił wniosek o prawo do znaleziska w amerykańskim federalnym sądzie marynarki. Następny etap to czekanie na ewentualne roszczenia. O prawo do skarbu mogą się ubiegać rządy Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Rosji, a nawet ubezpieczyciel statku. Wszystko zależy od tego, czy jednostka płynęła pod banderą cywilną, czy wojskową.

Sub Sea Research uważa, że sprawę wygra. W najgorszym wypadku firmie przypadnie w udziale 90% znaleziska. Faktem jest, że jej pracownicy nie popełnili jeszcze błędu takiego, jaki przydarzył się jej większemu konkurentowi, firmie Odyssey Marine Exploration, słynącej z licznych i bogatych morskich znalezisk oraz… chyba najbardziej spektakularnej porażki w historii sądowych batalii o prawa do skarbu.

Odkrywcy czy piraci?

Odyssey Marine Exploration to największy gracz na rynku poszukiwaczy skarbów, dysponujący rocznym budżetem rzędu 240 mln dolarów. Głośna sprawa, o której mowa, miała swój początek w 2007 r., kiedy to u wybrzeży Gibraltaru firma odnalazła wrak galeonu „Nuestra Señora de la Mercedes”, zatopionego przez Anglików w 1804 r. Statek należał do hiszpańskiej floty transportującej cenny ładunek z Peru do Europy.

Podobnie jak obecnie, odkrywcy nie podali nazwy statku, lecz użyli kryptonimu – „Black Swan” (swoją drogą często w interesie poszukiwaczy skarbów leży utrzymywanie nazwy wraku w tajemnicy przez możliwie długi czas – trudno wtedy ustalić jego przynależność narodową, dzięki czemu zmniejsza się liczba zainteresowanych).

Pracownicy Odyssey popełnili jednak podstawowy błąd. W tajemnicy wydobyli cały ładunek, ponad 594 tys. złotych i srebrnych monet o łącznej wartości pół miliarda dolarów, a następnie przewieźli je na Florydę, do siedziby firmy. Dopiero stamtąd poinformowano opinię publiczną o znalezisku. Na oddźwięk nie trzeba było długo czekać.

Na drogę sądową wkroczyła Hiszpania, która zarzuciła nurkom grabież jej dziedzictwa narodowego, a także splądrowanie podwodnej mogiły. W związku z tym, że skarb znajdował się już na terenie USA, sprawę rozpatrywał tamtejszy sąd. Nie oznaczało to jednak, że amerykański sędzia z większą przychylnością spojrzy na swoich rodaków. Gdy Mark Pizzo odczytywał wyrok sądu nakazujący całkowity zwrot kosztowności Hiszpanii, nie szczędził krytyki firmie z Florydy. Nie pomogła apelacja do Sądu Najwyższego – decyzja została podtrzymana prawomocnym wyrokiem.

Po pięcioletniej batalii sądowej, w lutym 2012 r. monety o łącznej wadze 17 t wróciły do Hiszpanii. Odyssey Marine Exploration nie dostała ani grosza, mimo że na eksplorację wraku wydała 2,6 mln dolarów. Co ciekawe, w międzyczasie o monety upomniał się także rząd Peru, uzasadniając, że złoty kruszec pochodził przecież z jego kraju. Sąd odrzucił jednak te roszczenia, gdyż w XIX w. Peru było hiszpańską kolonią.

Hiszpania nie po raz pierwszy wygrała sprawę dotyczącą zatopionych skarbów. Warto przypomnieć choćby rok 2000, kiedy to sąd w Wirginii wydał jej wraki dwóch okrętów („La Galga de Andalucia” i „El Juno”) wydobyte wcześniej u wybrzeży USA przez inną firmę szukającą podwodnych skarbów. Nieprzypadkowo, bo prawnicy z Półwyspu Iberyjskiego znani są ze swojego wyjątkowego uporu, jeśli chodzi o odzyskiwanie historycznego mienia. Złośliwi twierdzą, że Hiszpania rości sobie prawo do każdego odnalezionego wraku na świecie.

Nie odstrasza to jednak śmiałków, bo prawo międzynarodowe w kwestii wydobycia zatopionych skarbów jest dosyć nieprecyzyjne. I to mimo że w 2001 r. UNESCO przyjęło Konwencję o ochronie podwodnego dziedzictwa kulturowego. W praktyce okazała się ona wielkim niewypałem. Podpisało ją zaledwie 16 państw, a nie uznały jej m.in. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania.

Kłody pod nogi

Teoretycznie każdy kraj ma prawo do wraków zlokalizowanych w zasięgu jego wód terytorialnych, czyli 12 mil morskich od brzegu (około 22 km). Jednak na wodach międzynarodowych, zgodnie z prawem morskim, wrak należy do tego, kto pierwszy wydobędzie z niego jakiś obiekt – oczywiście pod warunkiem, że nikt inny nie wnosi roszczeń. Bardzo boleśnie przekonał się o tym Robert Ballard, oceanograf, którego ekspedycja odkryła w 1985 r. wrak słynnego „Titanica”. Poszukiwacze wiedzieli, że na jego pokładzie zginęło mnóstwo ludzi, dlatego do głowy im nie przyszło, by cokolwiek z niego zabierać. Niestety, przyzwoitość naukowców została wykorzystana przez konkurencyjną ekspedycję, która już dwa lata później wyciągnęła na powierzchnię setki drogocennych przedmiotów. Była to francusko-amerykańska ekipa. Najpierw założono pośpiesznie firmę Premier Exhibitions Inc., którą potem przekształcono w RMS Titanic, istniejącą do dziś. To jej w 1994 r. sąd w Wirginii przyznał prawo do komercyjnego wykorzystywania wraku i wszystkich wydobytych przedmiotów. Wyrok z 2006 r. podtrzymał tę decyzję.

Kwestia praw do wraku i jego zawartości nie zawsze jest oczywista. Podstawowe pytanie wiąże się ze statusem statku. Jeśli był jednostką wojskową, to zawsze – bez względu na to, gdzie zatonął – prawo do niego ma państwo, pod którego banderą płynął. W przypadku statku cywilnego obowiązuje wspomniane prawo morskie. Każdy może stać się nowym właścicielem.

Oczywiście nie można wydobywać skarbów „na dziko”. Przed podjęciem prób należy uzyskać odpowiednie licencje zezwalające na poszukiwania. Kiedy uda się odnaleźć wrak – a tym bardziej cenny ładunek – należy natychmiast to zgłosić i czekać na ewentualne roszczenia zainteresowanych stron. Kogo dokładnie? Armatora, potomków pasażerów, którzy udokumentują akt własności cennych znalezisk, czy ubezpieczyciela statku. Jeśli nikt się nie zgłosi, cały skarb wędruje w ręce odkrywców. Gdy pojawi się strona roszczeniowa, następuje podział skarbu. Należy jednak nastawić się na procesy sądowe, a te, jak wiemy, mogą ciągnąć się latami.

Przekonał się o tym Tommy Thompson, którego firma Columbus-America Discovery Group, natrafiła w 1987 r. na wrak parowca „Central America”. Na pokładzie statku, który zatonął w 1857 r., znajdowało się 13 t złota, wycenianego na 100 mln dolarów. Niemal natychmiast z roszczeniami wystąpiło 39 firm ubezpieczeniowych twierdzących, że w przeszłości wypłaciły pieniądze za utracony ładunek. Proces ciągnął się kilkanaście lat. Ostatecznie Thompsonowi udało się zachować prawa do 92% skarbu.

Większość poszukiwaczy nie zraża się przeszkodami, bo oprócz adrenaliny, która uzależnia, jedno zwycięskie odkrycie może ustawić człowieka na resztę życia. Za wzór i guru w branży uchodzi Mel Fisher, poszukiwacz, który w 1985 r. odnalazł wrak słynnego galeonu „Nuestra Señora de Atocha”. Chociaż poszukiwania zajęły mu aż 16 lat, wysiłek się opłacił. Statek, spoczywający u wybrzeży Florydy od 1622 r., przewoził na pokładzie złoto, srebro i szmaragdy o rynkowej wartości 400 mln dolarów. Było to jedno z największych odkryć skarbu w historii.

Stare mapy i GPS-y

Historie takie jak przytoczona wyżej rozpalają wyobraźnię poszukiwaczy skarbów. Jeszcze bardziej motywuje ich do działania liczba wraków czekających na odnalezienie. Brytyjska firma ubezpieczeniowa Lloyd’s podała, że w ciągu ostatnich 2 tys. lat rocznie tonęło na świecie blisko 500 statków. Daje nam to ponad milion zatopionych jednostek. Oczywiście nie wszystkie były wyładowane złotem i kosztownościami. Liczbę tych przewożących najcenniejszy ładunek szacuje się na około 3 tys. O zdecydowanej większości z nich niewiele wiadomo. Badacze oceniają, że sam Bałtyk kryje w sobie około 50 tys. wraków statków i okrętów.

Nie zawsze chodzi tylko o srebro, złoto czy inne cenne kruszce. Zarobić można także na nieco mniej spektakularnych znaleziskach, jak choćby dzieła sztuki, ozdoby czy… alkohol. Warto tu wspomnieć o odkryciu z 2010 r., kiedy to grupa nurków przeczesujących jeden z wraków u wybrzeży Wysp Alandzkich natknęła się na butelki najstarszego na świecie szampana. Datę produkcji trunku oszacowano na lata 1772–1785, a butelkę wyceniono na kilkadziesiąt tysięcy euro.

Tego typu odkryć będzie coraz więcej i to z bardzo prostego powodu. Firmy przeczesujące morza i oceany dysponują dziś sprzętem nieporównanie lepszym i bardziej zaawansowanym technicznie niż 10 lat temu. Współczesne poszukiwania zatopionych skarbów to już nie tylko studiowanie starych map i dokumentów portowych, ale przede wszystkim korzystanie z nowoczesnych urządzeń GPS i systemów komputerowych, których wartość przekracza miliony dolarów.

Poszukiwacze mogą obecnie wykorzystywać m.in. w pełni zautomatyzowane batyskafy, z ogromnymi reflektorami i kamerami przesyłającymi obraz wprost z dna oceanu, a także echosondy umożliwiające uzyskanie obrazu dna w trzech wymiarach, dotąd zarezerwowane jedynie dla wojska. Za ich pomocą przeczesuje się ogromne powierzchnie w krótkim czasie. Niezwykle użyteczny okazał się też ciągnięty na linie za statkiem skaner, który jednorazowo przeszukuje pas dna o szerokości kilometra.

Wszystkie te techniczne nowinki nie są oczywiście tanie. Szacuje się, że ekspedycja wykorzystująca większość wymienionych wyżej urządzeń kosztuje średnio 10–15 mln dolarów. Skąd więc poszukiwacze biorą na to środki? Od inwestorów. Największe firmy poszukujące skarbów, takie jak choćby wspomniane już Odyssey Marine Exploration czy Sub Sea Research, notowane są na giełdzie i stamtąd pozyskują niezbędne fundusze. Z kolei inwestorzy mogą liczyć na udział w zyskach. Chętni ustawiają się w kolejce – wierzą najwyraźniej, że nie będą to utopione pieniądze.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 04/2013 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
05/2020
04/2020
Kalendarium
Maj
25
W 1842 r. Christian Andreas Doppler zaprezentował w Pradze swoją pracę, w której opisał zjawisko nazwane później efektem Dopplera.
Warto przeczytać
W zagubionej w lesie deszczowym Papui Nowej Gwinei jest maleńka wioska Gapun, w której mieszka 200 osób. Tylko 45 z nich mówi rdzennym językiem tayapu i z roku na rok jest ich coraz mniej. Amerykański antropolog Don Kulick postanawia udokumentować proces wymierania tego języka.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2013-03-26
Skarby na dnie morza

Współcześni poszukiwacze skarbów to marzyciele wierzący, że pewnego dnia znajdą w morskich odmętach zaginione bogactwa. Wsparci nowoczesną techniką, mają na to szanse większe niż kiedykolwiek.

Dziesięć ton sztabek złota, 70 t platyny, 1,5 t diamentów oraz 16 mln karatów brylantów to tylko część ładunku znajdującego się we wraku statku odnalezionym niedawno u brzegów Ameryki Południowej. Tak przynajmniej twierdzi Greg Brooks, założyciel i jeden z menedżerów firmy Sub Sea Research (SSR), która w 2009 r. natrafiła na jego ślad. Jeśli te informacje się potwierdzą, będzie to najcenniejsze znalezisko tego typu w historii. Rynkową wartość przedmiotów wycenia się na 2,6 mld funtów szterlingów (3,6 mld dolarów). Chociaż od momentu odkrycia minęły już ponad 3 lata, nikt jeszcze nie wydobył zatopionych bogactw. Nie ma w tym nic zaskakującego, ponieważ odnalezienie skarbu niemal zawsze rozpoczyna długą batalię sądową o prawa do niego. A gdy gra toczy się o wysoką stawkę, warto być cierpliwym.

Sub Sea Research pilnie strzeże tajemnicy, o jaki dokładnie statek chodzi. Na potrzeby mediów używa nazwy „Blue Baron”. Ma to uchronić wrak przed szabrownikami, których nie brakuje. Być może chodzi o brytyjski frachtowiec „Port Nicholson”, który w 1942 r. wypłynął z jednego z europejskich portów do Stanów Zjednoczonych w ramach programu utworzonego na podstawie Lend-Lease Act (ustawy regulującej zasady dostaw wojennych z USA do krajów alianckich). Frachtowiec został zatopiony prawdopodobnie przez niemieckiego U-Boota (U-87) i spoczął na dnie 64 km od brzegu Gujany. Wszystkim tym rewelacjom SSR jednak zaprzeczyło. Tajemniczy wrak nadal spoczywa na głębokości 244 m i czeka na swój czas.

Brooks postępuje zgodnie z obowiązującymi procedurami. Niemal natychmiast po odnalezieniu wraku zgłosił wniosek o prawo do znaleziska w amerykańskim federalnym sądzie marynarki. Następny etap to czekanie na ewentualne roszczenia. O prawo do skarbu mogą się ubiegać rządy Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Rosji, a nawet ubezpieczyciel statku. Wszystko zależy od tego, czy jednostka płynęła pod banderą cywilną, czy wojskową.

Sub Sea Research uważa, że sprawę wygra. W najgorszym wypadku firmie przypadnie w udziale 90% znaleziska. Faktem jest, że jej pracownicy nie popełnili jeszcze błędu takiego, jaki przydarzył się jej większemu konkurentowi, firmie Odyssey Marine Exploration, słynącej z licznych i bogatych morskich znalezisk oraz… chyba najbardziej spektakularnej porażki w historii sądowych batalii o prawa do skarbu.

Odkrywcy czy piraci?

Odyssey Marine Exploration to największy gracz na rynku poszukiwaczy skarbów, dysponujący rocznym budżetem rzędu 240 mln dolarów. Głośna sprawa, o której mowa, miała swój początek w 2007 r., kiedy to u wybrzeży Gibraltaru firma odnalazła wrak galeonu „Nuestra Señora de la Mercedes”, zatopionego przez Anglików w 1804 r. Statek należał do hiszpańskiej floty transportującej cenny ładunek z Peru do Europy.

Podobnie jak obecnie, odkrywcy nie podali nazwy statku, lecz użyli kryptonimu – „Black Swan” (swoją drogą często w interesie poszukiwaczy skarbów leży utrzymywanie nazwy wraku w tajemnicy przez możliwie długi czas – trudno wtedy ustalić jego przynależność narodową, dzięki czemu zmniejsza się liczba zainteresowanych).

Pracownicy Odyssey popełnili jednak podstawowy błąd. W tajemnicy wydobyli cały ładunek, ponad 594 tys. złotych i srebrnych monet o łącznej wartości pół miliarda dolarów, a następnie przewieźli je na Florydę, do siedziby firmy. Dopiero stamtąd poinformowano opinię publiczną o znalezisku. Na oddźwięk nie trzeba było długo czekać.

Na drogę sądową wkroczyła Hiszpania, która zarzuciła nurkom grabież jej dziedzictwa narodowego, a także splądrowanie podwodnej mogiły. W związku z tym, że skarb znajdował się już na terenie USA, sprawę rozpatrywał tamtejszy sąd. Nie oznaczało to jednak, że amerykański sędzia z większą przychylnością spojrzy na swoich rodaków. Gdy Mark Pizzo odczytywał wyrok sądu nakazujący całkowity zwrot kosztowności Hiszpanii, nie szczędził krytyki firmie z Florydy. Nie pomogła apelacja do Sądu Najwyższego – decyzja została podtrzymana prawomocnym wyrokiem.

Po pięcioletniej batalii sądowej, w lutym 2012 r. monety o łącznej wadze 17 t wróciły do Hiszpanii. Odyssey Marine Exploration nie dostała ani grosza, mimo że na eksplorację wraku wydała 2,6 mln dolarów. Co ciekawe, w międzyczasie o monety upomniał się także rząd Peru, uzasadniając, że złoty kruszec pochodził przecież z jego kraju. Sąd odrzucił jednak te roszczenia, gdyż w XIX w. Peru było hiszpańską kolonią.

Hiszpania nie po raz pierwszy wygrała sprawę dotyczącą zatopionych skarbów. Warto przypomnieć choćby rok 2000, kiedy to sąd w Wirginii wydał jej wraki dwóch okrętów („La Galga de Andalucia” i „El Juno”) wydobyte wcześniej u wybrzeży USA przez inną firmę szukającą podwodnych skarbów. Nieprzypadkowo, bo prawnicy z Półwyspu Iberyjskiego znani są ze swojego wyjątkowego uporu, jeśli chodzi o odzyskiwanie historycznego mienia. Złośliwi twierdzą, że Hiszpania rości sobie prawo do każdego odnalezionego wraku na świecie.

Nie odstrasza to jednak śmiałków, bo prawo międzynarodowe w kwestii wydobycia zatopionych skarbów jest dosyć nieprecyzyjne. I to mimo że w 2001 r. UNESCO przyjęło Konwencję o ochronie podwodnego dziedzictwa kulturowego. W praktyce okazała się ona wielkim niewypałem. Podpisało ją zaledwie 16 państw, a nie uznały jej m.in. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania.

Kłody pod nogi

Teoretycznie każdy kraj ma prawo do wraków zlokalizowanych w zasięgu jego wód terytorialnych, czyli 12 mil morskich od brzegu (około 22 km). Jednak na wodach międzynarodowych, zgodnie z prawem morskim, wrak należy do tego, kto pierwszy wydobędzie z niego jakiś obiekt – oczywiście pod warunkiem, że nikt inny nie wnosi roszczeń. Bardzo boleśnie przekonał się o tym Robert Ballard, oceanograf, którego ekspedycja odkryła w 1985 r. wrak słynnego „Titanica”. Poszukiwacze wiedzieli, że na jego pokładzie zginęło mnóstwo ludzi, dlatego do głowy im nie przyszło, by cokolwiek z niego zabierać. Niestety, przyzwoitość naukowców została wykorzystana przez konkurencyjną ekspedycję, która już dwa lata później wyciągnęła na powierzchnię setki drogocennych przedmiotów. Była to francusko-amerykańska ekipa. Najpierw założono pośpiesznie firmę Premier Exhibitions Inc., którą potem przekształcono w RMS Titanic, istniejącą do dziś. To jej w 1994 r. sąd w Wirginii przyznał prawo do komercyjnego wykorzystywania wraku i wszystkich wydobytych przedmiotów. Wyrok z 2006 r. podtrzymał tę decyzję.

Kwestia praw do wraku i jego zawartości nie zawsze jest oczywista. Podstawowe pytanie wiąże się ze statusem statku. Jeśli był jednostką wojskową, to zawsze – bez względu na to, gdzie zatonął – prawo do niego ma państwo, pod którego banderą płynął. W przypadku statku cywilnego obowiązuje wspomniane prawo morskie. Każdy może stać się nowym właścicielem.

Oczywiście nie można wydobywać skarbów „na dziko”. Przed podjęciem prób należy uzyskać odpowiednie licencje zezwalające na poszukiwania. Kiedy uda się odnaleźć wrak – a tym bardziej cenny ładunek – należy natychmiast to zgłosić i czekać na ewentualne roszczenia zainteresowanych stron. Kogo dokładnie? Armatora, potomków pasażerów, którzy udokumentują akt własności cennych znalezisk, czy ubezpieczyciela statku. Jeśli nikt się nie zgłosi, cały skarb wędruje w ręce odkrywców. Gdy pojawi się strona roszczeniowa, następuje podział skarbu. Należy jednak nastawić się na procesy sądowe, a te, jak wiemy, mogą ciągnąć się latami.

Przekonał się o tym Tommy Thompson, którego firma Columbus-America Discovery Group, natrafiła w 1987 r. na wrak parowca „Central America”. Na pokładzie statku, który zatonął w 1857 r., znajdowało się 13 t złota, wycenianego na 100 mln dolarów. Niemal natychmiast z roszczeniami wystąpiło 39 firm ubezpieczeniowych twierdzących, że w przeszłości wypłaciły pieniądze za utracony ładunek. Proces ciągnął się kilkanaście lat. Ostatecznie Thompsonowi udało się zachować prawa do 92% skarbu.

Większość poszukiwaczy nie zraża się przeszkodami, bo oprócz adrenaliny, która uzależnia, jedno zwycięskie odkrycie może ustawić człowieka na resztę życia. Za wzór i guru w branży uchodzi Mel Fisher, poszukiwacz, który w 1985 r. odnalazł wrak słynnego galeonu „Nuestra Señora de Atocha”. Chociaż poszukiwania zajęły mu aż 16 lat, wysiłek się opłacił. Statek, spoczywający u wybrzeży Florydy od 1622 r., przewoził na pokładzie złoto, srebro i szmaragdy o rynkowej wartości 400 mln dolarów. Było to jedno z największych odkryć skarbu w historii.

Stare mapy i GPS-y

Historie takie jak przytoczona wyżej rozpalają wyobraźnię poszukiwaczy skarbów. Jeszcze bardziej motywuje ich do działania liczba wraków czekających na odnalezienie. Brytyjska firma ubezpieczeniowa Lloyd’s podała, że w ciągu ostatnich 2 tys. lat rocznie tonęło na świecie blisko 500 statków. Daje nam to ponad milion zatopionych jednostek. Oczywiście nie wszystkie były wyładowane złotem i kosztownościami. Liczbę tych przewożących najcenniejszy ładunek szacuje się na około 3 tys. O zdecydowanej większości z nich niewiele wiadomo. Badacze oceniają, że sam Bałtyk kryje w sobie około 50 tys. wraków statków i okrętów.

Nie zawsze chodzi tylko o srebro, złoto czy inne cenne kruszce. Zarobić można także na nieco mniej spektakularnych znaleziskach, jak choćby dzieła sztuki, ozdoby czy… alkohol. Warto tu wspomnieć o odkryciu z 2010 r., kiedy to grupa nurków przeczesujących jeden z wraków u wybrzeży Wysp Alandzkich natknęła się na butelki najstarszego na świecie szampana. Datę produkcji trunku oszacowano na lata 1772–1785, a butelkę wyceniono na kilkadziesiąt tysięcy euro.

Tego typu odkryć będzie coraz więcej i to z bardzo prostego powodu. Firmy przeczesujące morza i oceany dysponują dziś sprzętem nieporównanie lepszym i bardziej zaawansowanym technicznie niż 10 lat temu. Współczesne poszukiwania zatopionych skarbów to już nie tylko studiowanie starych map i dokumentów portowych, ale przede wszystkim korzystanie z nowoczesnych urządzeń GPS i systemów komputerowych, których wartość przekracza miliony dolarów.

Poszukiwacze mogą obecnie wykorzystywać m.in. w pełni zautomatyzowane batyskafy, z ogromnymi reflektorami i kamerami przesyłającymi obraz wprost z dna oceanu, a także echosondy umożliwiające uzyskanie obrazu dna w trzech wymiarach, dotąd zarezerwowane jedynie dla wojska. Za ich pomocą przeczesuje się ogromne powierzchnie w krótkim czasie. Niezwykle użyteczny okazał się też ciągnięty na linie za statkiem skaner, który jednorazowo przeszukuje pas dna o szerokości kilometra.

Wszystkie te techniczne nowinki nie są oczywiście tanie. Szacuje się, że ekspedycja wykorzystująca większość wymienionych wyżej urządzeń kosztuje średnio 10–15 mln dolarów. Skąd więc poszukiwacze biorą na to środki? Od inwestorów. Największe firmy poszukujące skarbów, takie jak choćby wspomniane już Odyssey Marine Exploration czy Sub Sea Research, notowane są na giełdzie i stamtąd pozyskują niezbędne fundusze. Z kolei inwestorzy mogą liczyć na udział w zyskach. Chętni ustawiają się w kolejce – wierzą najwyraźniej, że nie będą to utopione pieniądze.