Człowiek

Nadciąga farmagedon

Numer 9/2020
Lightspring / Shutterstock
Jeszcze nigdy w historii ludzie nie spożywali tyle mięsa, co w XXI w. Nigdy też nie było ono tak tanie, a więc łatwo dostępne. Nadmierna konsumpcja ma jednak swoją cenę.
Roczna konsump­cja mięsa przypadająca na jednego mieszkańca Ziemi zależy od regionu.Selling illustration/Shutterstock Roczna konsump­cja mięsa przypadająca na jednego mieszkańca Ziemi zależy od regionu.
Większość kur całe życie spędza w ­zamknięciu. Są stłoczone w klatkach stojących jedna przy drugiej.Sodel Vladyslav/Shutterstock Większość kur całe życie spędza w ­zamknięciu. Są stłoczone w klatkach stojących jedna przy drugiej.
Kury przeznaczone wyłącznie na mięso to tzw. brojlery. Zmodyfikowano je tak, by ­miały maksymalnie duże piersi i rosły szybko.David Tadevosian/Shutterstock Kury przeznaczone wyłącznie na mięso to tzw. brojlery. Zmodyfikowano je tak, by ­miały maksymalnie duże piersi i rosły szybko.
Działaczki organizacji Compassion In World Farming ­rozdają ulotki przed Pałacem Kultury. Świadoma konsumpcja to podstawa, jeśli coś ma się zmienić.Marcin Obara/PAP Działaczki organizacji Compassion In World Farming ­rozdają ulotki przed Pałacem Kultury. Świadoma konsumpcja to podstawa, jeśli coś ma się zmienić.
Czy będziemy niedługo kupować w marketach sztuczne mięso wyhodowane w laboratorium?Zapp2Photo/Shutterstock Czy będziemy niedługo kupować w marketach sztuczne mięso wyhodowane w laboratorium?
W 1930 r. na fermach w USA locha rodziła średnio 8 prosiąt, w 2000 r. – już 18.Non Luckanchai/Shutterstock W 1930 r. na fermach w USA locha rodziła średnio 8 prosiąt, w 2000 r. – już 18.
Ciemną stroną masowego chowu trzody chlewnej jest kastracja bez znieczulenia.Pattakorn Uttarasak/Shutterstock Ciemną stroną masowego chowu trzody chlewnej jest kastracja bez znieczulenia.
Jeszcze nigdy mięso nie było tak dostępne jak dzisiaj. Podaż jest tak duża, że każdy znajdzie coś dla siebie.Mazur Travel/Shutterstock Jeszcze nigdy mięso nie było tak dostępne jak dzisiaj. Podaż jest tak duża, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Aż 20 000 kurczaków mieści się w długim na 160 m kurniku. Bill Coker, farmer z Karoliny Południowej, ma takich 16. Pracuje dla firmy Pilgrim’s Pride, jednego z czterech monopolistów w USA, którzy przejęli tamtejszy rynek drobiarski. W samych Stanach takich kurników monopoliści posiadają 100 tys. Z technicznego punktu widzenia Bill i jego koledzy nie są farmerami. Są hodowcami. To Pilgrim’s Pride przywozi kurczaki już dzień po ich wykluciu, zapewnia im karmę i leki. Hodowcy mają zadbać o całą resztę, a im mniej karmy zużyją i większe kurczaki dostarczą, tym większą dostaną zapłatę. Do tego celu służy system hodowli zmodyfikowany na potrzeby rynku. Pod tym eufemizmem kryje się chów przemysłowy, którego efekty możemy zestawić w jednym porównaniu: w 1950 r. cykl życia kury od wyklucia ze skorupki po ubój trwał 70 dni, dziś czas ten został skrócony do 48 dni, przy czym kury są dwa razy większe niż te sprzed lat, a także niosą dwa razy więcej jajek.

Jak to możliwe? To już tajemnica branży. Problem dotyczy nie tylko drobiu, ale niemal wszystkich zwierząt przeznaczonych na ubój. – Rzeźnie przemysłowe są prawdopodobnie najbardziej koszmarną manifestacją systemu kapitalistycznego – stwierdził amerykański socjolog David Nibert. Według danych Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) co sekundę w ubojniach całego świata zabija się 1966 kurcząt, 91 kaczek, 47 świń, 21 indyków, 17 owiec i 10 sztuk bydła!

Hodowla na dopingu

Jeszcze nigdy w historii nie konsumowaliśmy tyle mięsa, co obecnie. Roczne spożycie na każdego mieszkańca Ziemi wynosi dziś 44 kg i ciągle rośnie. Oczywiście nie wszędzie spożycie jest na tym samym poziomie i waha się w granicach od 4 kg w najbiedniejszych krajach Afryki i Azji przez 83 kg w Unii Europejskiej po 120 kg w Stanach Zjednoczonych i Australii. Jemy dziś dwa razy więcej mięsa niż pięć dekad temu, nic zatem dziwnego, że nawet jeśli uwzględnimy przyrost naturalny, okazuje się, że od lat 60. jego produkcja wzrosła niemal pięciokrotnie – z 70 mln do 330 mln t.

Skąd ta nadmierna konsumpcja? Najprościej mówiąc, jemy dużo mięsa, bo nas na to stać. Nie ma w tym krzty przesady, zwłaszcza jeśli popatrzymy na historię tego dania w jadłospisie naszych przodków. Naukowcy zgadzają się co do tego, że na etapie ewolucji spożycie mięsa umożliwiło naszemu gatunkowi rozrost mózgu i rozwój zdolności umysłowych znacznie przewyższający pozostałe człowiekowate. Kiedy jednak stanęliśmy twardo na dwóch nogach i rozpoczęliśmy budowę cywilizacji, mięso zarezerwowane było wyłącznie dla elit. Jedzenie zwierząt stało się symbolem luksusu i dostatku. Czytając niegdysiejsze listy zakupów europejskich dworów, można odnieść wrażenie, że warzywa wykorzystywano tam wyłącznie po to, by okrasić mięso. Tymczasem reszta społeczeństwa jadła je co najwyżej przy okazji wesel i ważnych świąt. I taki stan rzeczy utrzymywał się w zasadzie do II wojny światowej, a gdzieniegdzie jeszcze dłużej. W połowie minionego stulecia statystyczny Kowalski jadł go zaledwie 15 kg rocznie. Scena z filmu „Miś” Stanisława Barei, w której jeden z bohaterów zabiera syna do sklepu mięsnego, by pokazać mu, jak wygląda baleron, też nie jest zupełnie oderwana od rzeczywistości. W bloku państw wschodnich dopiero po upadku komuny sklepy wypełniły się wszelkiego rodzaju mięsiwami. Do tego doszła znaczna poprawa sytuacji materialnej. Efekt? Dziś statystyczny Polak konsumuje 80 kg mięsa rocznie.

Ale dostępność produktu to nie wszystko. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że zarabiając więcej, za mięso płacimy dziś kilka razy mniej niż pół wieku temu? Gdyby ceny mięsa były dziś zbliżone do tych sprzed wojny, za kilogram schabu płacilibyśmy 60–70 zł. Obecną sytuację zawdzięczamy uprzemysłowieniu hodowli. Wprowadzenie na szeroką skalę chowu przemysłowego miało być remedium na problem głodu na świecie. Idea była prosta: tanie mięso to więcej jedzenia dla biednych. Oczywiście nic takiego się nie stało, a w efekcie to zwierzęta hodowane na masową skalę zaczęły konkurować z ludźmi o żywność. Aby wykarmić taką ich liczbę, na paszę dla nich przeznacza się jedną trzecią światowych upraw zbóż. Problem polega na tym, że produkcja mięsa jest ze wszystkich gałęzi współczesnego rolnictwa najbardziej obciążająca pod względem użytkowanej powierzchni, emisji gazów cieplarnianych, zużycia wody, stosowanych nawozów sztucznych i pestycydów. Nie jest to również najbardziej wydajna metoda karmienia ludzi. Aby wyprodukować kilogram wołowiny, potrzeba średnio 13 kg zbóż, ponad 14 tys. l wody i ponad 6 kg paszy.

Karmienie zwierząt naszym zbożem to także marnotrawstwo pod względem ekologicznej efektywności. Z każdych 100 kcal zbóż, którymi karmimy zwierzęta, otrzymujemy tylko 17–30 kcal w postaci mięsa. Inny przykład to soja, której już dziś 99% światowej produkcji przeznacza się na paszę. By ją uprawiać, karczuje się tysiące hektarów lasów. W 2050 r. liczba mieszkańców Ziemi ma sięgnąć 10 mld. Jeśli mamy wykarmić stale powiększającą się populację, należy zacząć o tym myśleć.

Problemów związanych z ekologią jest więcej. Globalna produkcja mięsa generuje więcej dwutlenku węgla niż transport samochodowy, lotniczy, kolejowy i wodny razem wzięte. Potwierdza to raport brytyjskiego instytutu Chatham House. Gazy powstające wskutek procesów trawiennych zwierząt hodowlanych – zwłaszcza bydła i owiec – stanowią obecnie 18% światowej emisji gazów cieplarnianych. Oprócz CO2 to również znacznie bardziej niebezpieczny dla warstwy ozonowej metan. Sama produkcja wołowiny i nabiału to aż 65% wszystkich emisji pochodzących od zwierząt hodowlanych. Jakby tego było mało, przemysłowa produkcja pochłania ogromne ilości energii pochodzącej z paliw kopalnych. Chodzi m.in. o ropę naftową do napędzania maszyn rolniczych, a także energię zużywaną w rzeźniach i przetwórniach mięsa.

Chów przemysłowy nastawiony jest na szybki i efektywny wzrost, trudno zatem mówić o wybitnej jakości mięsa. Współczesne tanie wyroby mają znacznie mniej wartości odżywczych niż te sprzed lat. – Wzrosła za to w nich zawartość tłuszczu, czego efektem jest epidemia otyłości w krajach wysokorozwiniętych – uważa Philip Lymbery, autor książki „Farmagedon. Rzeczywisty koszt taniego mięsa”. Ten działacz organizacji pozarządowych przez trzy lata jeździł po świecie, by przyjrzeć się przemysłowej hodowli zwierząt. Wnioski zebrane w książce nie napawają optymizmem. W celu oszczędności zwierzęta najczęściej stłacza się w małych klatkach, gdzie traktowane są jak produkt. Kurczakom przycina się dzioby, a prosiaki kastruje bez znieczulenia. Zwierzęta całe życie spędzają w pomieszczeniach bez okien i dostępu do naturalnego światła. Aby przyspieszyć proces wzrostu, karmi się je sterydami. Nienaturalny wzrost kurczaków sprawia, że ich kości oraz mięśnie nie nadążają za resztą, w efekcie kury nie mają siły normalnie chodzić. Lubimy białe mięso, więc kurczaki zostały zmodyfikowane tak, by ich piersi były maksymalnie duże. Problem dotyczy praktycznie wszystkich zwierząt przeznaczonych na ubój. W 1930 r. na farmach w USA locha rodziła średnio osiem prosiąt, w 2000 r. – już 18. Nie jest to naturalny cykl ewolucyjny. Ostatnie dziesięciolecia to okres zastosowania sterydów wzrostu, wysokoenergetycznych pasz oraz inżynierii genetycznej.

Do pasz zwierząt trafiają wreszcie antybiotyki. Nie wtedy, kiedy zwierzę zachoruje, lecz prewencyjnie, by nie generować niepotrzebnych kosztów związanych z przestojem. Taka praktyka jest wprawdzie zakazana w Unii Europejskiej, ale hodowcy często obchodzą przepisy i dodają niewielkie ilości antybiotyków do pożywienia. W Polsce kontrole NIK wielokrotnie wykazywały nieprawidłowości w tym względzie. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ostrzega, że już połowa wszystkich wyprodukowanych na świecie antybiotyków trafia do zwierząt na farmach, a jak sygnalizuje organizacja The Union of Concerned Scientists (UCS) – w USA to nawet 80%. Zjawisko jest wyjątkowo niebezpieczne, bo karmione antybiotykami zwierzęta trafiają później na nasze stoły, a my uodparniamy się na działanie tych medykamentów. Komisja Europejska zaznacza więc, że jeśli nic się w tym względzie nie zmieni, niedługo czeka nas wejście w erę postantybiotykową, a nieefektywność tych leków zabije więcej osób niż rak.

Nawyki żywieniowe

Problem narasta, bo z roku na rok konsumujemy coraz więcej i jeśli nic się nie zmieni, będzie jeszcze gorzej. W pesymistycznym scenariuszu do 2050 r. ludzie będą jeść nawet o 125% więcej drobiu i 50% więcej wołowiny niż obecnie. Eksperci z niepokojem patrzą na wzrost konsumpcji mięsa w krajach Ameryki Południowej czy Azji. Przez wieki produkt ten był tam bardzo drogi, jednak na skutek bogacenia się społeczeństw sytuacja diametralnie się zmienia. Jeszcze 50 lat temu przeciętny Chińczyk zjadał zaledwie 6 kg mięsa rocznie, głównie wieprzowiny, teraz – 10 razy więcej. Strach pomyśleć, co będzie, kiedy o przejściu na mięsną dietę pomyślą Hindusi. W indyjskich miastach spożycie drobiu do 2030 r. ma pójść w górę o 1277% w stosunku do roku 2000, a wołowiny o 1329%. – Jeśli kraje rozwijające się zechcą naśladować zachodnie wzorce wzrostu konsumpcji, grozi nam ekologiczna katastrofa – ostrzega prof. Edgar Hertwich z Norges teknisk-naturvitenskaplige universite. I przytacza konkretne wyliczenia: aby zapewnić wszystkim życie w stylu europejskim, potrzebowalibyśmy trzech planet takich jak Ziemia, w amerykańskim – aż pięciu.

Co więc mamy w takiej sytuacji zrobić? Przestać jeść mięso? Przejść na wegetarianizm? Z punktu widzenia naszej planety z pewnością byłoby to najbardziej wydajne rozwiązanie, nie musimy jednak skłaniać się ku aż tak drastycznym krokom. Wystarczą rozsądne ograniczenie i weryfikacja własnych nawyków żywieniowych. Tym bardziej że według współczesnej wiedzy z zakresu dietetyki i żywienia jedzenie dużych ilości mięsa nie jest wskazane. Instytut Żywności i Żywienia Człowieka rekomenduje jednoznacznie, by średnioroczna konsumpcja czerwonego mięsa nie przekraczała 26 kg rocznie, czyli 500 g tygodniowo. Powinniśmy także zmodyfikować dietę ze względów zdrowotnych. W 2015 r. Światowa Organizacja Zdrowia dopisała przetwory mięsne do listy substancji rakotwórczych. Czerwone nieprzetworzone mięso wylądowało z kolei wśród czynników prawdopodobnie rakotwórczych (patrz ramka).

Ograniczenie spożycia mięsa jeszcze nigdy nie było tak proste, choćby z powodu szerokiej gamy produktów, którymi możemy je zastąpić. Na fali zdrowych nawyków furorę robi m.in. Jaap Korteweg, zwany Wegetariańskim Rzeźnikiem. Ten holenderski rolnik kilka lat temu hodował zwierzęta na rzeź, przeszedł jednak na wegetarianizm i przebranżowił się na produkcję „mięs” roślinnych. Dziś jego produkty sprzedają się w 11 krajach i są tak świetną imitacją mięsa, że zmyliły nawet słynnego kucharza Ferrana Adrię z hiszpańskiej restauracji El Bulli.

– Musimy zweryfikować nasze praktyki rolne i sposób zarządzania naszymi zasobami – przyznaje Ban Ki-moon, były sekretarz generalny ONZ. Na razie brak jednak konkretnych rozwiązań prawnych. Od kilku lat pojawiają się za to pomysły opodatkowania mięsa, jak w przypadku nikotyny czy alkoholu. W tym roku w Brukseli po raz kolejny z takim postulatem wystąpili duńscy europosłowie. Zwolennicy takiego rozwiązania stwierdzili, że wpływy z podatku od mięsa mogłyby być wykorzystywane do dotowania zdrowszych możliwości, mniej szkodliwych dla środowiska. Większość krajów podchodzi jednak do takich rozwiązań z rezerwą, choć niewykluczone, że temat powróci pod obrady.

Znacznie ważniejsze są w tym względzie świadomość i edukacja. Tym bardziej że, jak wykazali działacze organizacji Linking Environment and Farming (LEAF), z wiedzą na temat mięsa i przetworów zwierzęcych nie jest najlepiej. Aktywiści zapytali w ankiecie uczniów brytyjskich podstawówek o źródła pochodzenia różnych produktów żywnościowych. Okazało się, że co trzeci ankietowany nie wiedział, że bekon pochodzi od świni, mleko od krowy, a jajka od kury. Tym faktem wcale nie jest zdziwiona Carol Adams, autorka książki „The Sexual Politics of Meat”. Dowodzi w niej, że mięso na talerzu lub półce sklepowej „traci wszelki związek z martwym zwierzęcym ciałem, z którego zostało pozyskane, a źródło jego pochodzenia znika z pola widzenia klienta skoncentrowanego na czystej przyjemności konsumowania”. Nawet dorośli nie chcą się zastanawiać nad źródłem pochodzenia mięsa kupowanego w supermarkecie, bo tak jest po prostu wygodnie.

Organizacja Compassion in World Farming (CIWF) postuluje na przykład, by na etykietach mięsa wprowadzić oznaczenia podobne do tych, jakie widnieją dziś na jajkach. Pomysł wydaje się wyjątkowo rozsądny. – Jajka numerowane są od 0 do 3 w zależności od warunków, w jakich hodowane są kury. Podobna zasada mogłaby obowiązywać w przypadku mięsa. Taki sposób działa i edukuje. W wielu krajach sprzedaż jajek oznaczonych najgorszą kategorią spadła o połowę. W przypadku mięsa byłoby podobnie. Nie namawiamy nikogo do wegetarianizmu, ale by kupować mniej mięsa, za to lepszej jakości – potwierdza Małgorzata Szadkowska z CIWF Polska. Na Zachodzie np. coraz popularniejsze stają się tzw. meat free Mondays (bezmięsne poniedziałki), obchodzone w wielu miejscach pracy.

Problem zanieczyszczenia środowiska będzie się pogłębiał, bo na świecie rośnie apetyt na mięso. Poza tym za bardzo przyzwyczailiśmy się do tego, że tanie mięso jest na wyciągnięcie ręki. Następnym razem warto przypomnieć sobie jednak, jaki jest jego ukryty koszt.

Kamil Nadolski
dziennikarz, redaktor, popularyzator nauki

***

Kotlety z probówki

Alternatywną propozycją wobec mięsa jest mięso tworzone metodą in vitro. Prace nad takim rozwiązaniem trwają od lat, jednak dopiero w 2013 r. światło dzienne ujrzał pierwszy wołowy burger wyprodukowany przez zespół naukowców z Maastricht University w Holandii. Prof. Mark Post, który przewodził badaniom, nie ma wątpliwości, że laboratoria to rozwiązanie naszych cywilizacyjnych dolegliwości, związanych przede wszystkim z głodem i zapotrzebowaniem na mięso. Dziś koncepcja hodowania produktów mięsnych w laboratorium z wyizolowanych komórek nie wydaje się już tak bardzo abstrakcyjna jak jeszcze kilka lat temu. Tym bardziej że cenę całego zabiegu daje się drastycznie obniżyć. Pierwszy wołowy burger kosztował, bagatela, 300 tys. dol., ale już w tym roku izraelski Aleph Farms otrzymał steki wołowe in vitro za jedyne 50 dol. za sztukę. Oczywiście nadal jest to dużo w porównaniu z cenami zwykłego mięsa, jednak przy takim tempie rozwoju dalsze obniżenie kosztów produkcji wydaje się jedynie kwestią czasu. Wiadomość tym lepsza, że za ekonomią idzie także poprawa smaku. Osoby, które próbowały pierwszego burgera in vitro, skarżyły się, że był suchy, bo nie zawierał tłuszczu. Obecnie to nie problem, bo firmy doskonalą techniki hodowli komórek mięśniowych i tłuszczowych na specjalnych trójwymiarowych rusztowaniach. Sztuczne mięso przygotowuje się z komórek embrionalnych dających początek tkance mięśniowej. Aby je rozmnażać, należy zapewnić odpowiednie warunki w laboratorium. Istotne jest poddawanie mięsa stymulacji elektrycznej, gdyż wyhodowane włókna są bardzo słabe i mało sprężyste. Dzieje się tak dlatego, że prawdziwe zwierzęta są w ruchu, a więc ich mięśnie pracują, podczas gdy tkanki w bioreaktorach należy pobudzać sztucznie. Po kilku tygodniach zabiegów powstają fragmenty mięśni.

***

Czy mięso powoduje raka?

Pierwsze doniesienia o tym, że spożycie niektórych rodzajów mięs może zwiększać ryzyko nowotworów, pojawiły się już pół wieku temu, jednak dopiero od połowy lat 90. zintensyfikowano analizy w tym kierunku. W 2015 r. Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (IARC), będąca agendą Światowej Organizacji Zdrowia, po zapoznaniu się z wynikami 800 doświadczeń naukowych zaliczyła mięso czerwone do grupy 2A, która obejmuje czynniki prawdopodobnie rakotwórcze dla ludzi. Tym samym surowe czerwone mięso znalazło się w tej samej grupie ryzyka co sterydy anaboliczne czy związki ołowiu. Klasyfikacja z adnotacją „prawdopodobnie rakotwórcze” oznacza tyle, że badania wykazują korelację między spożywaniem czerwonego mięsa a występowaniem nowotworu, choć nie można w pełni wykluczyć wpływu innych czynników. Wątpliwości nie ma za to w stosunku do produktu przetworzonego, który zaklasyfikowano do grupy pierwszej. Naukowcy dowiedli, że podczas obróbki termicznej mięsa (gotowania, smażenia, grillowania, wędzenia czy pieczenia) wydziela się cały szereg szkodliwych substancji, które uszkadzają DNA i prowadzą do mutacji mogących skutkować nowotworem. Najwięcej korelacji dotyczy raka jelita grubego, z powodu którego umiera rocznie pół miliona ludzi na świecie.

01.09.2020 Numer 9/2020

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną