Człowiek

Globalne wyludnienie

Numer 3/2020
Choć nasza cywilizacja wygląda na bardzo zaawansowaną, w starciu z naturą nie miałaby najmniejszych szans. Choć nasza cywilizacja wygląda na bardzo zaawansowaną, w starciu z naturą nie miałaby najmniejszych szans. denisgo / Shutterstock
Jak wyglądałoby życie na Ziemi, gdyby z jej powierzchni nagle zniknęli ludzie? Potencjalne scenariusze od lat rozpalają wyobraźnię naukowców. Przypominamy ten artykuł w Międzynarodowm Dniu Pamięci o Katastrofie w Czarnobylu.
Kilka ­przykładów roślin ­pionierskich, czyli takich, które pierwsze skolonizowałyby chodniki i betonowe zabudowania. 1. Bylica pospolita, 2. Nawłoć pospolita, 3. Wrotycz pospolity, 4. Żółtlica drobnokwiatowa. Rośliny pionierskie prędzej czy później skruszą każdy asfalt (5).Grigorii Pisotsckii, Martin Fowler, rootstock, Anna Gratys, al_papito/Shutterstock Kilka ­przykładów roślin ­pionierskich, czyli takich, które pierwsze skolonizowałyby chodniki i betonowe zabudowania. 1. Bylica pospolita, 2. Nawłoć pospolita, 3. Wrotycz pospolity, 4. Żółtlica drobnokwiatowa. Rośliny pionierskie prędzej czy później skruszą każdy asfalt (5).
Przyroda w Prypeci bardzo szybko zagarnęła miasto. Dla naukowców to miejsce wielu eksperymentów i badań.Fotokon/Shutterstock Przyroda w Prypeci bardzo szybko zagarnęła miasto. Dla naukowców to miejsce wielu eksperymentów i badań.
Houtouwan w chińskiej prowincji Zhejiang. Widok opuszczonej wioski rybac­kiej z lotu ptaka.Joe Nafis/Shutterstock Houtouwan w chińskiej prowincji Zhejiang. Widok opuszczonej wioski rybac­kiej z lotu ptaka.
Nadmierne ­wykorzystanie tworzyw sztucznych prowadzi do degradacji środowiska.Don Mammoser/Shutterstock Nadmierne ­wykorzystanie tworzyw sztucznych prowadzi do degradacji środowiska.

Puszcza Białowieska to ostatnie miejsce w Europie, gdzie możemy podejrzeć, jak siły natury radzą sobie bez najmniejszej ingerencji człowieka. 150 tys. hektarów rozciągających się na granicy Polski z Białorusią stanowi „resztkę pradawnej europejskiej nizinnej kniei”. Aż trudno sobie wyobrazić, że kiedyś tak właśnie wyglądał teren rozpościerający się od Irlandii aż po Syberię. Spacer wśród pięciusetletnich dębów uświadamia, że większość z nas przez całe życie miała do czynienia jedynie z mizerną kopią tego, co może tworzyć przyroda. Wystarczy jej tylko na to pozwolić. Puszcza Białowieska charakteryzuje się dziesięciokrotnie większą bioróżnorodnością niż wszystkie inne znane nam lasy, a swoje bogactwo zawdzięcza wszystkiemu, co martwe. Prawie jedna czwarta masy organicznej, znajdującej się nad powierzchnią ziemi, jest w różnych stadiach rozkładu, a na powierzchni każdego hektara znajdziemy ok. 95 m3 próchniejących pni i opadłych gałęzi. Stanowią one pożywienie dla tysięcy gatunków grzybów, porostów, korników, larw i mikroorganizmów, których nie znajdziemy na uporządkowanych terenach leśnych. Tym z kolei posilają się większe zwierzęta, jak szopy, borsuki, wydry, kuny leśne, łasice, lisy, wilki, sarny czy łosie. Łańcuch pokarmowy w pełnej krasie. Nic zatem dziwnego, że to właśnie tutaj naukowcy podpatrują „moce przerobowe przyrody”.

A gdyby tak zaryzykować eksperyment myślowy i zastanowić się, jak natura poradziłaby sobie z całą planetą, gdyby z dnia na dzień z jej powierzchni zniknęli ludzie? W ostatnich latach to temat dość popularny wśród naukowców nastawionych proekologicznie. I choć współczesny człowiek (Homo sapiens) zamieszkuje naszą planetę dopiero 200 tys. lat, co przy historii Ziemi, liczonej na ok. 4,5 mld lat, wydaje się krótkim czasem, to zdążył już na tyle mocno zaingerować w jej strukturę i charakter, że pozbycie się wszystkich śladów jego obecności nie byłoby możliwe.

Leśne miasta

Proces rozkładu ludzkiej bytności na Ziemi zależałby przede wszystkim od tego, w jaki sposób zniknęliby ludzie. Globalne ocieplenie, zlodowacenie, uderzenie asteroidy czy atak śmiercionośnego wirusa same w sobie oddziaływałyby również na cały świat przyrody, dlatego musimy przyjąć pewne uproszczenie i założyć, że ludzie po prostu zniknęli. Z dnia na dzień. Bez powodu. Jak w takiej sytuacji zareagowałaby Ziemia? Wszystko zależy od tego, gdzie akurat byśmy spojrzeli.

– Najbardziej spektakularne zmiany zauważalne byłyby w miastach. To tam ingerencja naszej cywilizacji w świat przyrody jest największa – uważa Alan Weisman, reporter naukowy „New York Timesa” i autor książki „The World Without Us”. Od początku XIX w. ludność miast wzrosła stukrotnie, przekraczając w 2008 r. po raz pierwszy w historii liczbę mieszkańców wsi. Choć wielkie aglomeracje stanowią wizytówkę naszych technologicznych możliwości, są w 100% uzależnione od ludzi. Przykład? W Nowym Jorku już dwa dni po naszym zniknięciu woda zalałaby metro pod Manhattanem, ponieważ stanęłyby pompy usuwające co dzień 50 mln l wody deszczowej i morskiej przenikających do katakumb kolei podziemnej.

Wystarczyłoby kilka miesięcy, by ze szczelin chodników i dróg asfaltowych zaczęły przebijać chwasty. Babka zwyczajna, bylica, dziurawiec, nawłoć pospolita, perz, powój, skrzyp polny, wrotycz czy żółtlica to tylko kilka gatunków roślin odpowiedzialnych za błyskawiczne zazielenienie się betonowych dżungli. Taka forma roślinności z upływem kilkudziesięciu lat zagospodarowałaby cały obszar miejski, tworząc zarośla sięgające nawet 1,5 m. Z okolicznych parków szybko ukorzeniłyby się siewki klonów i morw, a wszystkie umierające rośliny stworzyłyby grubą na kilka centymetrów warstwę próchnicy, która wystarczy, by dać podstawę następnym silniejszym kolonistom, jak brzoza, topola czy wierzba. Ruiny budynków pokryłyby się wysokimi na 15 m pnączami, sięgającymi mniej więcej piątego, a nawet siódmego piętra (to ich maksymalna wysokość ze względu na możliwości rozprowadzania wody). Efekty byłyby takie, że po 25 latach wszystkie miasta stałyby się zielone, a 75% utwardzonych ulic i chodników na naszej planecie zostałoby obsadzonych roślinnością.

Przemianie miast w zielone oazy pomogłaby woda, bo bez ludzkiego nadzoru spora część ulic szybko zamieni się w potoki. Woda pochodząca z opadów odprowadzana jest przez system kanalizacji, w związku z czym problemy zaczęłyby się pojawiać już po pierwszej burzy. Wystarczy nawarstwianie się opadających liści i gałęzi, które zatkają spływy, nie wspominając o walających się wszędzie śmieciach, które rozrzucane przez wiatr z pewnością nie przysłużyłyby się drożności odpływów. Doprowadziłoby to do gromadzenia się na ulicach wody oraz powolnego tworzenia się jej zbiorników w miejscach bezodpływowych. Podobne efekty możemy obserwować już dziś, gdy w trakcie dużych opadów deszczu miejskie ulice zamieniają się w rzeki.

Ciekawy byłby los budynków i miejskich konstrukcji wzniesionych przez człowieka. Największym wrogiem nieocieplanego domu staje się wilgoć. Póki ta nie przedostanie się do środka, wszystko jest w porządku. Niestety bez człowieka i ogrzewania walka ta jest z góry skazana na porażkę. Wystarczy kilka opadów deszczu lub jedna zima, by wszystkie drewniane elementy, takie jak podłogi, ramy okienne czy drzwi, zaczęły gnić, otwierając drogę siłom przyrody. W tym samym czasie zacznie dochodzić do korozji elementów metalowych i fragmentów muru. Do większości budynków woda wleje się nie później niż po kilku latach, dokonując dewastacji wnętrz i otwierając przy tym drogę do kolonizacji ich przez rośliny. Po 100 latach po budynkach prawdopodobnie zostaną już tylko ściany nośne, sterczące pośród drzew jak szkielety. Większość dachów i pięter ulegnie zawaleniu. To wersja powolna, przy której nie bierzemy pod uwagę faktu, że prędzej czy później w miastach zaczną wybuchać pożary, które bez interwencji straży pożarnej strawią całe połacie terenu. Wystarczy jeden piorun, by ogień pochłonął całe osiedle. Pożary nie naruszą może konstrukcji murowanych budynków, ale skutecznie pozbawią je dachów, okien i drzwi, przyspieszając proces ich kolonizacji przez rośliny.

Ludzkość w ostatnim stuleciu znacząco pomogła przyrodzie, wznosząc budynki z tanich materiałów, które są łatwe w montażu i bezpieczne dla zdrowia, ale w porównaniu z granitowymi blokami, wykorzystywanymi przez naszych przodków, okazują się nietrwałe. Sypiąca się zaprawa i tynk podniosą pH gleby, co będzie sprzyjać rozwojowi pnączy, które jeszcze szybciej zniszczą ściany. W takich okolicznościach przyrody oprócz klimatu przeciwnikiem stanie się także biologia – grzyby i bakterie, atakując elementy drewniane i gipsowe, szybko przyczynią się do ich degradacji.

Nowoczesne biurowce i drapacze chmur, zbudowane z betonu, szkła i stali, nie będą w lepszej sytuacji. „Stalowe zbrojenia, niezależnie od tego, którędy woda do nich dotrze, będą rdzewieć, rozszerzać się i rozsadzać okrywający je beton. W efekcie starsze kamienne budynki przeżyją każde nowoczesne pudełko ze szkła i aluminium” – pisze Alan Weisman.

W ciągu 100 lat skoncentrowany atak rdzy, wody, ognia oraz zwykłej siły ciążenia zacznie powalać te wieżowce, które są oparte na słabych fundamentach, wypłukiwanych przez wodę. Przewracając się niczym kręgle, pociągną za sobą następne. W praktyce oznacza to, że istniejące do dziś średniowieczne starówki przeżyją zapewne niejedno nowoczesne miasto, choć i na nie kiedyś przyjdzie pora.

Wszelkiego rodzaju metalowe konstrukcje, jak słynna wieża Eiffla, bez konserwacji staną się pożywką dla rdzy i po góra 300 latach zapadną się pod własnym ciężarem. Taki sam los czeka stalowe mosty, w tym Golden Gate w San Francisco. Trzy wieki to także cezura dla portowych miast, położonych u ujść wielkich rzek, które po tym czasie zostaną spłukane do morza. Londyn stałby się mokradłem. W tym samym czasie miasta takie jak Las Vegas czy Dubaj pochłonie pustynia.

Europejskie Serengeti

Przejmowanie kontroli przez przyrodę na terenach niezurbanizowanych odbywałoby się nieporównywalnie szybciej. Na obszarach typowo rolnych ślady bytności człowieka przestałyby być widoczne już po trzech latach. W drugim roku pola zapełniłyby się chwastami, by rok później zazielenić się paletą traw, zamieniając się w łąki. W strefach klimatu umiarkowanego na potęgę rozrosną się lasy, choć ich charakter będzie znacząco różnił się od tych współczesnych. Dziś dominują drzewa z różnych powodów dla człowieka cenne: świerki hodowane na choinkę czy sosny, buki lub dęby dostarczające dobrego drewna na budulec. Bez ludzi swą dominację rozpoczęłyby lasy liściaste, złożone głównie z jaworów, klonów i jesionów, oraz lasy świerkowe, bardziej ciemne i mroczne, o ubogim poszyciu. Nie minęłoby 500 lat, a Puszcza Białowieska rozrosłaby się aż po samą Warszawę.

Prawdziwą rewolucję przeżyłby świat zwierząt. I nie chodzi o zwykłe przetasowania ról, wynikające z braku największego drapieżnika, jakim jest człowiek. Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak wiele gatunków jest uzależnionych od naszego istnienia, i gdyby nagle nas zabrakło, miałoby to swoje konsekwencje. W pierwszej kolejności zaczęłyby wymierać gatunki udomowione, a przynajmniej te, które nie potrafiłyby się odnaleźć w nowej dzikiej rzeczywistości. Tylko nieliczne odmiany świń czy krów potrafiłyby wrócić do stanu pierwotnego. Świnie prawdopodobnie wymieszałyby się z dzikami, bydło mogłoby zająć dawne nisze ekologiczne żubra i tura, natomiast konie dosyć naturalnie i szybko odnalazłyby się na łonie natury. Kozy, kury, indyki czy gęsi, jeśli nie padłyby z głodu, dosyć szybko urozmaiciłyby dietę zwinniejszym drapieżcom. Gwałtownie za to zaczęłyby się rozmnażać zwierzęta, które zepchnęliśmy do lasów: jelenie, sarny, dziki czy wilki.

Niepewny los czekałby psy. Największe szanse na przetrwanie miałyby rasy myśliwskie, choć nie wiadomo, jak poradziłyby sobie z rosnącą populacją wilków i lisów. Wilki mają tę przewagę, że dysponują lepszą strukturą społeczną i kontrolą łaknienia, dlatego częściej udają im się łowy i nie wyniszczają nadmiernie swojego środowiska. Wiele ras psów zapewne wymieszałoby się ze sobą i zacząłby dominować kundel, być może częściowo podobny do swojego przodka, na pewno bardziej dziki i przystosowany do walki o przetrwanie. Eksperci zgodni są natomiast co do losu psów krótkopyskich i krótkonogich w rodzaju buldogów czy mopsów – te wyginęłyby najszybciej.

Jak przekonują twórcy programu dokumentalnego „Life After People”, realizowanego przez stacje National Geographic i History, wraz z człowiekiem zniknęłyby także szczury, karaluchy, prusaki i inne robactwo domowe. Wymienione szkodniki żywią się głównie tym, co wyprodukuje człowiek. Karaluchy i prusaki w większości wywodzą się ze strefy równikowej i nie znoszą zimnego klimatu. Wystarczyłoby więc kilka ostrzejszych zim, by wyginęły do cna. Szczury z kolei, pozbawione odpadów, zaczęłyby wypuszczać się na otwarte tereny, stanowiąc cenny łup dla chmar wygłodniałych drapieżników.

Naukowcy z duńskiego Aarhus Universitet doszli wręcz do wniosku, że bez ludzi prawie cały świat wyglądałby dziś jak Serengeti. Zdaniem ekspertów to my ograniczamy populację wielkich ssaków zamieszkujących Europę do wilków, łosi, jeleni czy niedźwiedzi. Gdyby tylko na to pozwolić, ziemie naszego kontynentu zamieszkiwałyby także słonie i nosorożce. Zdaniem badaczy Afryka, w której występuje największe zróżnicowanie wielkich ssaków, jest dla nich ostatnim schronieniem tylko dlatego, że stworzono tam dla nich rezerwaty, a nie dlatego, że nie mogłyby żyć i rozmnażać się w innych strefach klimatycznych. Naukowcy oparli swoją teorię na obecnych danych: systemach ekologicznych, umieralności zwierząt danego gatunku, populacji, a także działalności człowieka. „Również różnorodność gatunkowa byłaby znacznie większa niż teraz. W warunkach naturalnych duże ssaki żyłyby także dłużej” – uważa prof. Jens--Christian Svenning, jeden z autorów publikacji zaprezentowanej na łamach czasopisma „Diversity and Distributions”.

Nietrudno zauważyć, że prędzej czy później natura przypomni, kto tu rządzi. Po ludzkości pozostałyby jednak pamiątki, które naszej planecie odbijałyby się czkawką jeszcze przez bardzo długi czas.

Kłopotliwe pamiątki

Zanieczyszczenie powietrza wbrew pozorom nie będzie największym problemem. Bez ludzi bezustannie spalających paliwa CO2 zacząłby znikać z atmosfery natychmiast, za co odpowiedzialne byłyby oceany. Byłoby to naturalne, bo to one zajmują 70% powierzchni naszej planety. Dwutlenek węgla zacznie pochłaniać woda, choć jego część zostanie przetworzona także przez organizmy fotosyntetyzujące. Powoli w miarę nasycania się mórz warstwy z CO2 będą tonąć, a z głębin wynurzą się pradawne nienasycone wody. Całkowity obieg wody oceanicznej potrwa tysiąc lat. Na lądzie proces ten będzie przebiegał podobnie: nadmiar CO2 będzie cyrkulować przez glebę i organizmy żywe. Ale to jeszcze nie oczyści Ziemi do stanu sprzed ery przemysłowej. Nasza biosfera będzie potrzebowała znacznie więcej czasu. Eksperci szacują, że cykl geologiczny sprowadzi stężenie CO2 z powrotem do stanu przedludzkiego dopiero po 100 tys. lat.

Znacznie większy problem będzie stanowiła energia jądrowa. Chodzi głównie o 449 czynnych na całej kuli ziemskiej elektrowni, które bez nadzoru człowieka zaczęłyby eksplodować jedna po drugiej, doprowadzając do globalnej katastrofy. Reaktory wybuchałyby, bo woda chłodząca rdzeń po kilkudziesięciu dniach po prostu by wyparowała. Konsekwencje takich niekontrolowanych wybuchów aż trudno sobie wyobrazić. Wystarczy uzmysłowić sobie fakt, że używany w przemyśle jądrowym uran-235 będzie promieniował średnio aż 704 mln lat. Natura z pewnością się dostosuje, co możemy zaobserwować na przykładzie Prypeci, miasta opuszczonego w 1986 r. po katastrofie w Czarnobylu, trudno jednak wyrokować, ile czasu by jej to zajęło po takich wybuchach jak te. Być może konsekwencje niektórych następstw byłyby nieodwracalne. Tym bardziej że oprócz elektrowni w powietrze wylatywałyby również wszelkiego rodzaju zakłady chemiczne.

Kilka takich miejsc na potrzeby książki odwiedził Alan Weisman. Okazało się, że wiele zakładów chemicznych jest połączonych ze sobą rurociągami w jeden gigantyczny splot przemysłowy. Bez odpowiedniego dozoru stanowią bombę o ogromnej sile rażenia i trudnym do oszacowania zagrożeniu dla środowiska. Produkują wszelkiego rodzaju substancje, by utrzymać maszyny w ruchu, nie dopuścić owadów do naszych domów czy zapobiec niepożądanej eksplozji paliw. To m.in. polichlorowane bifenyle (PCBs) w rozpuszczalnikach i płynach hydraulicznych, oleje, uzdatniacze i środki owadobójcze (DDT). I bez eksplozji nikt nie ma pojęcia, ile tego typu toksyczne substancje będą się rozkładać.

Nie możemy wreszcie zapominać o najbardziej przyziemnym problemie, jakim jest plastik i walające się śmieci. Choć większość z nich dosyć szybko pokryje się roślinnością, nie jest to jednoznaczne z pozbyciem się ich. W rzeczywistości miną setki tysięcy lat, nim ewolucja wytworzy bakterie rozkładające odpady z tworzyw sztucznych. Wiązania chemiczne tworzące plastik oraz gumę wulkaniczną są odporne na większość enzymów trawiennych produkowanych przez bakterie do rozbijania naturalnych polimerów. W przeciwieństwie do metalu plastik nie rdzewieje, a to oznacza bardzo długi czas rozkładu. Jak długi? Zwykła jednorazowa pielucha będzie potrzebowała na to aż 20 lat. To i tak niewiele, jeśli porównamy ją z rozkładem aluminiowej puszki po piwie (250 lat) czy butelką z tworzywa sztucznego (450 lat). Największy problem będą stanowiły plastikowe torby – na ich rozkład trzeba będzie poczekać kilkaset lat. I choć tworzywa sztuczne towarzyszą nam dopiero od połowy XX w., to tylko do końca 2017 r. wyprodukowaliśmy ich 8,3 mld t. Syntetyczne polimery są dziś wszechobecne: począwszy od budownictwa, kadłubów samolotów i elementów samochodów, a na folii spożywczej i szeleszczących reklamówkach, rozdawanych hojną ręką przez sprzedawców nawet w najmniejszych sklepach, skończywszy.

Jeśli o plastiku i śmieciach mowa, nie powinniśmy zapominać o takich pamiątkach ludzkiej egzystencji jak Wielka Pacyficzna Plama Śmieci, dryfująca między Hawajami a Kalifornią. Na powierzchni 1,6 mln km² (to więcej niż powierzchnia Francji, Niemiec i Polski razem wziętych) na wodzie unoszą się setki ton śmieci z tworzyw sztucznych, na które składają się reklamówki, kapsle, sieci rybackie, grzebienie i niemal wszystko, co wytworzył człowiek z syntetycznych polimerów. Cała ta kupa odpadów jest odporna na wiatr, promienie słoneczne oraz słoną wodę i trafia bezpośrednio do żołądków licznych ptaków i ryb, zamieszkujących tamte łowiska. O wielkiej plamie głośno wówczas, gdy dojdzie do jakiegoś skandalu, jak wtedy, gdy przed dziesięcioma laty oceanograf Curtis C. Ebbesmeyer znalazł w żołądku zdechłego albatrosa 100 plastikowych grudek, w tym kawałek bakelitu z amerykańskiego okrętu z czasów II wojny światowej. A to nie wszystko, druga podobna plama dryfuje między Hawajami a Japonią.

Nim Ziemia przestanie istnieć, a według wyliczeń stanie się to za 5 mld lat, kiedy Słońce stopi powierzchnię naszej planety, by kolejne 1,5 mld lat później pochłonąć ją w ostatecznym wybuchu, po większości materialnych pamiątek po ludziach nie będzie już śladu. James Lovelock, brytyjski chemik i badacz ewolucji, lubił powtarzać, że Ziemia to samonaprawiający się mechanizm, a przyrodzie jest obojętne, czy ludzie będą istnieli, czy nie.

Nie każdy aspekt naszej bytności uda się jednak całkowicie wymazać. Kiedy Ziemia przestanie istnieć, przestrzeń kosmiczną nadal przemierzać będzie promieniowanie elektromagnetyczne wytworzone przez nasze radio, satelity i telefony. Nikt nie wie, kiedy zaniknie. Być może istnieć będzie tak długo jak sama przestrzeń kosmiczna.

Kamil Nadolski
dziennikarz, popularyzator nauki

01.03.2020 Numer 3/2020

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną