Człowiek

Świt epoki podróży kobiecych

Numer 3/2020
materiały prasowe
W panteonie odkrywców nowych lądów nie ma kobiet. Wynika to bowiem z ograniczeń, jakie narzucano płci pięknej. W pewnym momencie panie jednak zaczęły podróżować, i to całkiem daleko.

Kobietom nie przysługiwało kiedyś prawo do takiego samego wykształcenia i swobody podróżowania, jakimi cieszyli się mężczyźni. Niewiasta na statku? Nie do pomyślenia. Za sterem operacji finansowych? Niedoczekanie! W takich warunkach nikt by nie powierzył kobiecie organizowania wypraw czy kierowania nimi. Misje wojskowe, handlowe i naukowe były wysyłane przez instytucje z definicji nieprzyjazne paniom. Eksplorację nowych światów uważano za niebezpieczny sprawdzian wytrzymałości fizycznej i zakładano, że delikatna damska konstrukcja by tego nie przetrwała.

Skutki finansowej niezależności

Zanim w połowie XIX w. pojawiły się pierwsze niezależne podróżniczki i europejskie podejście do kobiecych peregrynacji zaczęło się zmieniać, zdecydowanie najsławniejszą pionierką w tej dziedzinie była Maria Sibylla Merian (1647–1717), pochodząca z Niemiec przyrodniczka i ilustratorka, córka znanego rytownika Matthäusa Meriana. W pewnym momencie porzuciła ona męża i założyła własną pracownię. Lokalizację wybrała idealną: do portu zawijały statki ze wszystkich stron świata i codziennie dawało się znaleźć jakieś ciekawe eksponaty do badania. Studia martwych stworzeń jednak jej nie wystarczały – chciała zobaczyć je w środowisku naturalnym. W wieku 52 lat sprzedała 255 swoich prac, zdobywając w ten sposób fundusze na niezależną podróż. Za specjalnym pozwoleniem amsterdamskiego ratusza wykupiła przejazd do kolonii labadystów w La Providence (obecnie Surinam) na północno-wschodnim wybrzeżu Ameryki Południowej.

Samosfinansowanie wyprawy nie miało wtedy precedensu – nie tylko w przypadku kobiety, ale w ogóle żadnego z europejskich przyrodników. Oczywiście Merian cieszyła się uprzywilejowaniem dzięki szanowanemu nazwisku, poza tym społeczeństwo niderlandzkie nie narzucało takich ograniczeń jak gdzie indziej, niemniej w XVII w. porwanie się na tak śmiałe przedsięwzięcie przez kobietę było czymś prawdziwie niezwykłym. Merian spędziła z młodszą córką Dorotheą dwa lata w Gujanie, podczas których zbierała okazy, odkrywała i malowała nieznane gatunki (ponad 90 zwierzęcych i 60 roślinnych). Po powrocie do Amsterdamu opublikowała w 1705 r. rezultaty badań nad przeobrażeniem owadów surinamskich – jedną z najpiękniejszych prac przyrodniczych, jakie kiedykolwiek powstały. Jej zapiski miały odegrać zasadniczą rolę w rewolucyjnej systematyce botanicznej stworzonej przez Karola Linneusza, studia nad cyklami życiowymi owadów zaś przyczyniły się do obalenia wiary w teorię samorództwa, w myśl której życie może się tworzyć samoistnie z materii nieożywionej: owady miałyby się rodzić z błota, robaki z obumarłego ciała. Dziś książka Merian jest bardzo ceniona zarówno ze względu na wartość naukową, jak i zniewalający artyzm wykonania.

Miłością płaskowyż

Jednakże za prawdziwy początek epoki wojaży kobiecych uznawany jest wyczyn Austriaczki Idy Pfeiffer: podróż przez Indie, Bliski Wschód i dalej wokół globu w latach 1846–1848. Jej historia zdobyła w Europie taką popularność, że linie żeglugowe i kolejowe zarzuciły ją ofertami darmowych przejazdów. Korzystając z nich, w latach 1851–1854 Pfeiffer odbyła nową, sponsorowaną globalną peregrynację, tym razem w przeciwnym kierunku. Nie widziała w tym nic nadzwyczajnego i nie rozumiała, o co tyle szumu wokół jej rozchwytywanych książek. Uważała się za zwyczajną kobietę, tylko dotkniętą „nienasyconym pragnieniem podróżowania”. Jej książki przetłumaczono na siedem języków.

Z pewnością podobnie myślała o sobie Isabella Bird, pierwsza kobieta wybrana na członka Królewskiego Towarzystwa Geograficznego. Bird drugą połowę XIX w. spędziła w niemal permanentnej podróży. Zwiedziła wschodnią Azję, Indie, Persję. Przewędrowała też prawie 1300 km przez Góry Skaliste w Kolorado. „Mam tylko jednego rywala do serca Isabelli: wysoki płaskowyż Azji Środkowej” – żalił się John Bishop po latach daremnych próśb o jej rękę.

W 1891 r. Amerykanka May French Sheldon na czele karawany 153 tragarzy niestrudzenie przemaszerowała przez wschodnią Afrykę z Mombasy na ziemie Masajów za Kilimandżaro i z powrotem. Podróż nie była ani łatwa, ani bezpieczna – jednego z tubylców pożarł lew, a sama Sheldon zraniła się w oko cierniem – ale wędrowniczka niezmiennie trzymała fason: nosiła śnieżnobiałe suknie i blond peruki, a nad sobą kazała trzymać transparent z ewangelicznym cytatem łacińskim „Noli me tangere” (Nie dotykaj mnie). Nie towarzyszył jej żaden biały.

Podobna dbałość o ubiór cechowała Mary Kingsley („Nie ma się prawa chodzić po Afryce w rzeczach, w których wstyd byłoby pokazać się w domu”), ostatnią wielką podróżniczkę XIX w. Kiedy jedynymi kobietami, jakie w owym czasie można było spotkać w Afryce Zachodniej, były żony misjonarzy, ona w 1893 r. zwiedziła Sierra Leone, stamtąd zaś udała się do Angoli i miesiącami żyła wśród tubylców, ucząc się miejscowych technik przetrwania. Rok później wróciła do Afryki, by prowadzić badania ludu Fang, posądzanego o kanibalizm. (Typowy wiktoriański stereotyp powstały na podstawie doniesień o ludzkich szczątkach wystawionych na widok publiczny w wioskach. Dopiero później odkryto, że widywane przez podróżników kości pochodzą ze szkieletów zmarłych członków rodzin i są ze czcią przechowywane jako pamiątki).

Kingsley w swoich wspomnieniach chętnie przybierała komiczny wizerunek Angielki rzuconej w obcy świat jak ryba wyjęta z wody. Na wesoło np. opisywała, jak wynurzyła się z porośniętego mangrowcami bagna z naszyjnikiem z pijawek. Oczywiście zasłużyła się na polu przyrodniczym odkryciami nowych gatunków ryb i jaszczurek, cieszyła się dużym autorytetem w dziedzinie etnografii i zasłynęła z orędownictwa na rzecz poznanych plemion. Pływała pirogą po gabońskich rzekach, zdobyła też dziewiczy szczyt wulkanu Kamerun, najwyższej góry tego kraju. Raz jeszcze wróciła do Afryki w 1900 r., zgłosiwszy się na sanitariuszkę w wojnie burskiej, i zmarła tam już po trzech miesiącach. Zgodnie ze swoją wolą miała pogrzeb morski – aby prądy nosiły jej duszę wzdłuż brzegów kontynentu, o którym za życia nigdy nie przestała myśleć.

***

Więcej o pasjonującej historii odkryć geograficznych można przeczytać w książce Edwarda Brooke’a-Hitchinga „Złoty atlas. Największe wyprawy, odkrycia i poszukiwania na mapach”, Rebis 2018.

01.03.2020 Numer 3/2020

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną