Człowiek

Geny: czy wpływają na pozycję społeczną

Czy geny wpływają na pozycję społeczną?

Numer 2/2020
ASDF_MEDIA / Shutterstock
Rozwarstwienie społeczne nie znika. Powstają „wspólnoty merytoryczne” oparte na talentach i potencjale intelektualnym. Jak pokazały badania wielogenowe, osoby z takich grup mają ze sobą dużo wspólnego. /Z archiwum WiŻ/

Jakiś czas temu w „Nature Human Behaviour” pojawił się artykuł „Genetic correlates of social stratification in Great Britain” (Genetyczne korelaty stratyfikacji społecznej w Wielkiej Brytanii), będący wynikiem badań grupy uczonych z różnych krajów – przedstawicieli nauk medycznych, w tym genetyków i psychiatrów, oraz psychologów i ekonomistów. Ten przyciężkawy tytuł anonsuje treści mówiące o tym, że DNA w istotny sposób wpływa na to, jaką ktoś może osiągnąć pozycję społeczną. Według naukowców zaangażowanych w projekt dawne tereny wydobycia węgla, czyli Walia i północna Brytania, należą do najuboższych obszarów Królestwa, a regionalne nierówności ekonomiczne pokrywają się z regionalnymi różnicami w DNA – ludzie z danych obszarów mają podobne zespoły genów wpływających na sposób radzenia sobie z przeciwnościami losu. Dzieje się tak, bo człowiek, oczywiście nieświadomie, ma tendencję do przebywania w społeczności o zbliżonych cechach. Jeśli opuszcza swoich (a robi to niechętnie), szuka podobnych środowisk.

Na przykładzie wspomnianych upadłych regionów górniczych dobrze widać, jak utalentowani ludzie przeprowadzają się do dużych miast i rozwijających obszarów, aby żyć wśród takich jak oni. Natomiast na miejscu, wśród „swoich”, pozostali najbierniejsi, pogłębiając przez to stagnację i degradację danego obszaru. Wygląda na to, że w reszcie świata dzieje się podobnie. Pojawiają się obszary zasobne, skupiające osoby wykształcone, najczęściej są to duże miasta, oraz zabiedzone, z ludźmi gorzej wykształconymi.

Grupowanie genetyczne – jak twierdzą naukowcy – istnieje od dawna we wszystkich społeczeństwach, jednak dawniej wynikało najczęściej z ograniczonej mobilności. Przed epoką transportu zmechanizowanego większość ludzi pobierała się i miała dzieci z kimś w pobliżu. Jest więc pewien sens w mówieniu o polskich, niemieckich, angielskich czy francuskich genach. Ale czasy te coraz szybciej odchodzą w przeszłość. Mapa genów coraz słabiej będzie przystawać do mapy polityczno-narodowościowej Europy. Geny narodowe zaczną zanikać, a na ich miejscu pojawią się geny kompetencyjne i to one będą kształtować mapę Europy i świata oraz określać różnice między ludźmi. Zaczniemy tworzyć wspólnoty merytoryczne, oparte na talentach i potencjale intelektualnym, a nie narodowe, bazujące na pochodzeniu etnicznym, języku, kulturze, historii.

Wiele kropel drąży skałę

Długo próbowano znaleźć konkretne geny, które mogłyby wpłynąć na charakter, osobowość i inteligencję. Badania prowadzono m.in. z udziałem bliźniąt i adoptowanych dzieci. Jednak dowód na to uparcie umykał, a kiedy znajdowano jakąś korelację, kolejne analizy już jej nie potwierdzały. Jak się okazuje, błąd badaczy tkwił w samym założeniu, że istnieją geny z ogromnym wpływem na konkretne cechy. Teraz wiemy, że każdy gen z osobna wykazuje niewielki wpływ i dopiero geny oddziałujące razem mają moc kształtowania konkretnych cech.

Wyniki badań poligenicznych (wielogenowych) sumują zatem wiele drobnych efektów pochodzących od tysięcy lub milionów genów decydujących o określonych cechach, takich jak wzrost, osobowość, skłonności do nałogów, a nawet szansa podjęcia studiów i ich ukończenia. W tym ostatnim przypadku badania oddziaływań wielogenowych pozwalają przewidzieć, jak długo trwać będzie kariera edukacyjna jednostki i na jakim etapie zostanie zakończona. Jak uważają autorzy wspomnianego artykułu, wyniki nie są oczywiście bardzo dokładne, ale mają znaczną moc predykcyjną. Spośród 10% osób z najwyższymi wynikami w próbie, którą wykorzystano w badaniu, prawie połowa miała wykształcenie wyższe. Natomiast spośród 10% z najniższymi wynikami mniej niż jedna piąta ukończyła studia.

Edukacja, ale nie tylko…

Osoby z wysokimi wynikami poligenicznymi określającymi osiągnięcia edukacyjne mają tendencję do życia w pobliżu ludzi z podobnymi wynikami. To grupowanie nie przypomina dawnych rodowych różnic uwidacznianych w DNA. Nie jest też spowodowane brakiem mobilności, ale samą mobilnością – osoby wykształcone przeprowadzają się do dużych miast i innych zamożnych miejsc z konkurencyjnym rynkiem pracy. Podążają tam, gdzie „prowadzą ich geny”, gdzie mogą rozbudzić i w pełni wykorzystać drzemiący w nich (dosłownie!) potencjał intelektualny i rozwinąć inne talenty.

To dlatego takie ośrodki jak brytyjskie miejsca wydobycia węgla, które niegdyś były kwitnącymi obszarami, centrami rewolucji przemysłowej przyciągającymi osoby o „dobrych genach”, po upadku przemysłu węglowego stawały się pustynią nie tylko gospodarczą, ale też intelektualną i kulturową. Ludzie, którzy urodzili się na tych terenach, ale później je opuścili, mają średnio wyższy wynik poligeniczny w zakresie wykształcenia niż mieszkańcy pozostałej części kraju. Te wyniki są znacznie wyższe niż osób, które pozostały na obszarach zdegradowanych lub się do nich przeprowadziły.

Co interesujące, wyniki badań innych parametrów, w tym chorób serca, wskaźnika masy ciała i skłonności do nałogów, najczęściej wykazują ten sam wzorzec. Ci z bardziej pożądanymi cechami opuszczali społeczności, których wyniki owych własności były niskie. Pożądane były: wyższy wzrost, niższy wskaźnik masy ciała (BMI), niewielkie skłonności do nałogów, niższy wskaźnik ADHD i większa otwartość na doświadczenia. Jednak podstawą różnicującą były geny określające zdolności do uczenia się. To one powodowały, że obdarzony nimi człowiek nie tylko wiedział, że odstaje od danego środowiska, ale też coś z tym robił. Lub przynajmniej starał się robić.

Można przeto powiedzieć, że o ile statystyczny człowiek wysoki, szczupły, bez nałogów i gotowy na nowe doświadczenia nie będzie się czuł komfortowo w społeczności palących niziołków z nadwagą, nieprzesadnie ciekawych, co nowego za miedzą, o tyle dopiero wiara w to, że poradzi sobie w zupełnie nowym środowisku, spowoduje, że opuści on miejsce urodzenia i wychowania. A wiara ta „oparta będzie na genach” predestynujących go do lepszych osiągnięć edukacyjnych. W ten sposób tworzy się coraz większe, coraz wyraźniejsze i jednoznaczne rozwarstwienie społeczne, które zakotwiczone jest w biologii. Stąd niezwykle trudne do pokonania. Jeśli w ogóle możliwe.

O co toczy się gra?

Ludzie ponownie stają się plemienni – z jednej strony mieszkańcy wielkich metropolii o ściśle ukształtowanej merytokratycznej hierarchii, z drugiej – mieszkańcy peryferii, na których ci pierwsi zaczynają patrzeć jak na obce szczepy, dziką, prymitywną wspólnotę. Jeśli ktoś ogląda amerykańskie filmy o młodych wykształconych z wielkich miast, którzy – zagubieni gdzieś w Appalachach – napotykają tubylców, wie o czym mowa. Kiedyś ludzi tych łączyło wiele: język, wiara, dziedzictwo, obyczaje, kultura, świadomość wspólnoty losów, co w większym lub mniejszym stopniu skłaniało elity do troski o współobywateli, stwarzania im szansy na odmianę losu, wyrwania się z plebejskości, wyjścia z getta biedy i odtrącenia. Wiara, sumienie, zasada pomocniczości, a niechby nawet zwykły strach przez karą, jaką może zesłać Bóg na człowieka bez serca wobec „braci najmniejszych”, zmuszały do „otwarcia serc i sakiewek” na niedolę tych, którzy żyli w środowiskach zdegradowanych.

Wniosek, jaki wyciągają autorzy wspomnianych badań, brzmi ponuro. Na świecie, niczym w dystopijnych mrocznych filmach o przyszłości, pojawią się społeczności, które różnić się będą nawet nie rasowo czy etnicznie, ale „gatunkowo” – obok „Homo sapiens trzeciego millenium” żyć będą podlegający im i ich nienawidzący „neandertalczycy” XXI w.

Geny genami, ale porządek musi być!

Warto jednak zwrócić uwagę na inne tendencje, zachodzące tym razem w środowisku „zwycięzców”. Otwartość merytokracji z wielkich miast na nowych uzdolnionych przybyszów z prowincji wcale nie musi być tak bezgraniczna. Od pewnego czasu amerykańskie media zwracają uwagę na to, że zasada awansu ze względu na własne osiągnięcia, będące owocem mariażu talentu i wysiłku, z wolna odchodzi w przeszłość, stając się jeszcze jednym amerykańskim mitem. W ciągu ostatnich 20 lat szanse na karierę w tamtejszym społeczeństwie dramatycznie się skurczyły. Coraz częściej na prawdziwy sukces mogą liczyć jedynie ludzie wywodzący się z elit: finansowej, medialnej, biznesowej i politycznej, którzy kończą jedną z uczelni tzw. Ivy League (Liga Bluszczowa), czyli Harvard, Yale, Princeton, Columbia czy Brown.

Na dodatek bogato uposażeni w „dobre geny” rodzice wcale nie muszą obdarzyć nimi potomstwa. Przecież nawet omawiane przed chwilą badania nie mówią o tym, że proces przekazywania pożądanych genów to żelazna reguła, tylko zjawisko genetyczne na tyle statystycznie uchwytne, że można mówić o pewnych tendencjach i za ich pomocą próbować wyjaśnić problemy związane z biedą i wykluczeniem w określonych rejonach świata. Innymi słowy: zdolni rodzice mogą mieć „nieudane” potomstwo, a małżeńskie stadło o dość przeciętnych możliwościach intelektualnych może zostać obdarzone pociechą o ponadprzeciętnym IQ. Dlatego „lepsi” rodzice, nawet ci, którzy gorliwie optowali za nienaruszalnością hierarchii merytorycznej, w takich sytuacjach zwykle machną ręką na dotychczasowe poglądy i zaczną pozamerytorycznie wyrównywać szanse swoim mniej utalentowanym dzieciom kosztem zdolniejszych, ale pochodzących od „gorszych” rodziców.

Kilka lat temu Daniel Golden, były dziennikarz „The Wall Street Journal” oraz laureat Nagrody Pulitzera, opublikował książkę „Cena wstępu” (The Price of Admission). Praca podważa przekonanie o transparentnych, opartych jedynie na ocenie sprawności intelektualnej zasadach przyjęcia na studia, które jakoby panują na amerykańskich uniwersytetach. Golden pokazał, jak bardzo liczą się podczas rekrutacji pozamerytoryczne czynniki oraz czynniki finansowe, które wypierają zdolnych i pracowitych kandydatów, nieposiadających jednak tego typu walorów, jakie ma dziecko „ustawionego” rodzica.

Jeszcze mocniejszy dowód na to, że przyjmowanie tylko najzdolniejszych na prestiżowe studia niekoniecznie musi być niewzruszoną normą amerykańskich szkół, zawiera książka „The Chosen”(Wybraniec) z 2005 r., której autorem jest socjolog z Berkeley Jerome Karabel. Ta gruntowna praca dotyczy polityki przyjęć na studia w ciągu ostatnich 100 lat w trzech najbardziej prestiżowych uczelniach: Harvard, Yale i Princeton. Autor udowadnia niezwykle znamienny fakt, że amerykański złożony i subiektywny system przyjęcia na studia stał się sposobem walki w niejawnej wojnie plemiennej, w której uprzywilejowane grupy ścierają się z przedstawicielami środowisk ulokowanych na niższym szczeblu drabiny społecznej. Książka otrzymała nagrodę Amerykańskiego Towarzystwa Socjologicznego.

01.02.2020 Numer 2/2020

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną