Człowiek

Pokonana zabójczyni

Numer 11/2019
Karolina z Ansbachu Karolina z Ansbachu Wikimedia Commons / Wikipedia
Dzisiaj już nikt nie choruje na ospę prawdziwą. Udało nam się pozbyć największego wroga ludzkości wśród wszystkich chorób. U początków tego ogromnego sukcesu w historii medycyny stoi pewna dociekliwa kobieta – Mary Montagu.
materiały prasowe

Mary Pierrepont urodziła się w 1689 r. w arystokratycznej angielskiej rodzinie, w której przywiązywano wielką wagę do wiedzy i wykształcenia. Dzieciństwo spędziła w eleganckich posiadłościach, gdzie bywali wspaniali i dowcipni goście. Jej możliwości kształcenia i zdobywania wiedzy wykraczały dalece poza wszystko, co było dostępne większości kobiet jej czasów. Wyrosła na śliczną kobietę, jedną z najlepszych partii w kraju, i w pełni wykorzystała dar losu. Była inteligentna i dobrze o tym wiedziała, a rodzina dbała o jej rozwój intelektualny. Jako nastolatka przeczytała mnóstwo książek z rodzinnej biblioteki, sama nauczyła się łaciny, pisała wiersze i korespondowała z biskupami. Chciała jednak czegoś więcej i zamarzyła jej się niezwykła kariera – postanowiła zostać pisarką. Miała dość tego, że wciąż jej mówiono, co ma robić, i nade wszystko ceniła sobie niezależność, więc kiedy ojciec postanowił zaaranżować jej małżeństwo wbrew jej woli, zerwała z kandydatem wybranym spośród wielu ubiegających się o jej rękę konkurentów i uciekła z mężczyzną, którego sama wybrała: Edwardem Wortleyem Montagu. Ten skandaliczny związek był gorącym tematem plotek angielskiej socjety przez cały sezon. Co prawda Mary mogła wybrać gorzej – Montagu przynajmniej pochodził z dobrej rodziny. No i miał ambicje, by zajść wysoko w rządzie Anglii.

Śmierć brata

Mary zaczęła publikować niektóre swoje teksty i zyskała trochę rozgłosu jako poetka. Odznaczała się kąśliwym dowcipem, a niektóre jej wiersze, w których brała na cel osoby ze swego środowiska, były tak zjadliwe, że rozpowszechniała je tylko anonimowo. Zyskiwała reputację jednej z najbardziej błyskotliwych kobiet epoki, a mąż wspinał się po szczeblach kariery politycznej. W 1713 r. urodziło się im pierwsze dziecko. Życie wydawało się idyllą. I wtedy przyszła ona. Najpierw zabrała jej ukochanego brata, który miał raptem 20 lat. Przyszła nagle, powaliła go potwornym bólem oraz silną gorączką i przerażająco oszpeciła. Po kilku tygodniach już nie żył.

Nazywano ją wówczas małą ospą (w odróżnieniu od dużej ospy, czyli kiły). Była czymś oczywistym dla większości świata, a zarazem jego największym zabójcą, rozprzestrzeniała się z szybkością pożaru. Dotknęła miliony, zabijając częściej ludzi młodych niż starych. W ciągu kilku pierwszych dni od zakażenia można ją było pomylić ze zwykłym przeziębieniem – chory skarżył się na bóle głowy i miał lekką gorączkę. Potem jego stan raptownie się pogarszał, serce biło jak szalone, oblewał się potem, miał zaparcia, wymiotował i cały czas chciało mu się pić. Po kilku dniach pojawiała się swędząca wysypka w postaci różowych wyprysków na skórze, które ciemniały, powiększały się i zamieniały w cuchnące, jeszcze bardziej swędzące krosty. Czasem było ich kilkanaście, rozsianych na klatce piersiowej i plecach, innym razem tysiące – cała skóra chorego: wargi, gardło, nozdrza, oczy, narządy płciowe, wszystko pokryte krostami, które paliły jak ogień, powodując swędzące męczarnie. Organizm reagował na ten atak choroby wysoką gorączką. Chorzy puchli do tego stopnia, że ich twarze były nierozpoznawalne. Puchły im także nosy i gardła, blokując dopływ powietrza oraz powodując, że chory nie był w stanie normalnie oddychać i tylko dyszał. Krosty natomiast pęczniały, stawały się wrażliwe na dotyk i pękały w kontakcie z pościelą, wydzielając żółtą cuchnącą ropę. Jakikolwiek odpoczynek lub chwila wytchnienia były niemożliwe.

Niektórzy lekarze sądzili, że należy wypocić to paskudztwo, więc kazali palić w piecu i owijali nieszczęśników w koce. Nie pomagało. Inni, na odwrót, zawijali chorych w mokre prześcieradła i otwierali na oścież okna. To także nie pomagało. Tak jak nie pomagały puszczanie krwi, lewatywy, środki przeczyszczające, prowokowanie wymiotów ani jakakolwiek inna standardowa metoda leczenia tamtych czasów. Medycyna była bezsilna. Nikt nie wiedział, jak walczyć z ospą, ponieważ na początku XVIII w. ludzie nie znali jej przyczyny. Jedyne, co można było robić, to starać się przynieść ulgę choremu, pocieszać zdruzgotaną rodzinę i czekać. Po kilku dniach od pojawienia się strupów mogły się wydarzyć dwie rzeczy. W jednej czwartej przypadków choroba postępowała dalej i zakażona osoba umierała. Pozostali chorzy po jakimś czasie dochodzili do siebie, przestawała ich dręczyć gorączka, krosty zaczynały wysychać i odpadać. Po kilku dniach lub tygodniach rekonwalescencji mogli opuścić łóżko i wrócić do świata. Byli żywi, ale już do końca życia naznaczeni chorobą. U niektórych ospa powodowała ślepotę, a wielu poważnie oszpeciła. Bez mała każdy, kto ją przeżył, miał na skórze głębokie, szpecące blizny – pozostałość po krostach. Takie blizny miała wówczas większość dorosłych mieszkańców Wielkiej Brytanii. Mówi się, że zwyczaj noszenia woalek, gruby makijaż i sztuczne pieprzyki miały właśnie na celu ukryć skutki tej strasznej choroby. Przez jakiś czas wśród kobiet panowała także moda, by najbardziej rzucające się w oczy blizny zaklejać krzyżykami lub gwiazdkami wyciętymi z tkaniny. I tak to wszystko trwało przez całe wieki.

Ospa była bardzo zakaźną chorobą; dzisiaj wiemy, że można się nią zarazić, wdychając drobiny naskórka chorej osoby unoszące się w powietrzu, dotykając krost lub po prostu biorąc do ręki jej odzież. W czasach Mary Montagu pojawienie się w mieście ospy oznaczało, że należało czmychać na wieś, do swojej letniej rezydencji, jeśli się taką miało. Tyle że w przeciwieństwie do innych chorób zbierających w tamtych czasach śmiertelne żniwo (na przykład cholery, której zasięg ograniczał się do rejonów miasta zamieszkiwanych przez biedotę) ospa prawdziwa nie czyniła różnicy między biedakami a bogaczami. Zjawiała się w pałacach i w nędznych ruderach, wysyłając na tamten świat zarówno władców, jak i ludzi pospolitego urodzenia.

Ospa zajmuje pierwsze miejsce na liście wszech czasów chorób zakaźnych i jest największym zabójcą spośród chorób, z jakimi kiedykolwiek zetknęła się ludzkość. W Europie uśmierciła więcej ludzi niż słynna czarna śmierć, średniowieczna plaga dżumy. Gdy europejscy odkrywcy i zdobywcy przynieśli ją z sobą na tereny, które jej wcześniej nie znały, rezultatem była zagłada miejscowej ludności. W Afryce starła z powierzchni ziemi całe ludy, zabiła większość Azteków oraz Inków, a potem razem z Europejczykami rozlała się dalej po kontynencie amerykańskim. W Ameryce Północnej zdziesiątkowała większość plemion – to biologiczne ludobójstwo utorowało drogę białym pionierom. W czasach lady Mary zaczynała wyniszczać Aborygenów w Australii.

Jedyna dobra wiadomość jej dotycząca – jeśli można to nazwać dobrą wiadomością – była taka, że temu, kto się z niej wykaraskał, już nigdy nie groziło powtórne zakażenie. Była w tym pewna pociecha – osoby, które przeżyły ospę, mogły opiekować się tymi, którzy na nią zachorowali, bez obawy, że znowu ich dopadnie. Nikt jednak nie wiedział, dlaczego tak się dzieje; była to jeszcze jedna tajemnica w epoce tajemnic. Takie rzeczy jak choroba, życie i śmierć wykraczały prawie całkowicie poza ludzkie rozumienie. Tylko Bóg mógł zesłać chorobę i tylko On decydował, jaki będzie jej skutek. Tylko Bóg mógł oddzielić żywych od martwych.

Potwór Lady Mary

Dwa lata po śmierci brata lady Mary – mieszkająca teraz w Londynie – źle się poczuła i stwierdziła, że gorączkuje. Jej lekarze nie mieli wątpliwości, na co zachorowała. Położyła się do łóżka, a ospa coraz silniej atakowała jej organizm. Wszystko wskazywało na to, że był to ciężki przypadek. Pacjentka przeszła jednak pomyślnie najgorszy etap choroby i w końcu wróciła do zdrowia. Kilka tygodni później opuściła pokój i pokazała się światu. Straciła rzęsy, skóra wokół jej pięknych oczu była czerwona i podrażniona i miała taka pozostać do końca życia, nadając jej nieco groźny wyraz twarzy. Gładka wcześniej cera była teraz poznaczona bliznami i bruzdami. Ale na szczęście nie straciła wzroku, jak wiele innych ofiar ospy.

Choroba nie złamała także ducha lady Mary. Kiedy mąż został wysłany do Konstantynopola, dzisiejszego Stambułu, ruszyła wraz z nim. Na miejscu zaczęła uczyć się wszystkiego, co tylko było możliwe, o tym dziwnym muzułmańskim świecie. Interesowało ją zwłaszcza życie kobiet. Jej pozycja żony ambasadora pozwoliła jej nawiązać przyjaźń z wieloma wpływowymi kobietami w mieście, eleganckimi i dobrze urodzonymi, które otwarły przed nią – jak przed nikim innym wcześniej – drzwi swoich rezydencji i łaźni, pokazały swoje zwyczaje oraz to, co jedzą i co myślą. Jednym z wielu drobiazgów, które zwróciły jej uwagę, była piękna gładka skóra muzułmanek. Gdzie się podziały wszystkie ślady po ospie?

Okazało się, że ospa była tam całkowicie niegroźna za sprawą tego, co nazywano zaszczepianiem. Zajmowała się tym co jesień grupa starych kobiet. Ta turecka technika polegała na tym, że wykonywało się dzieciom proste zadrapanie, zwykle na ramieniu, na tyle głębokie, by spowodować drobne krwawienie. W miejscu zadrapania umieszczano proszek z wysuszonych strupów po ospie zmieszany z ropą, pochodzących od osoby, u której ospa przebiegła łagodnie – tyle, ile zmieściło się na końcu igły. Ta „treść ospy” wywoływała u zaszczepionej osoby łagodną formę choroby. Po wyzdrowieniu dziecko już nigdy nie musiało się obawiać, że zapadnie na ospę.

Lady Mary była zafascynowana tą techniką i postanowiła (bez wiedzy męża) zaaplikować to „barbarzyńskie” zaszczepienie własnemu synowi. Nakłoniła chirurga pracującego w ambasadzie – opierającego się nieco Szkota Charlesa Maitlanda – by dołączył do niej i wszystko uważnie obserwował. Opłacona starowina przybyła, jak było umówione, z ropą ze świeżego strupa łagodnego przypadku ospy, wyjęła długą (pordzewiałą, jak zauważył Maitland) igłę i rozerwała nią chłopcu naskórek, po czym wymieszała trochę ropy z krwią i wtarła mu w ranę. Wówczas do akcji włączył się Maitland. Aby mieć pewność, że zaszczepienie zadziała, dokonywano nacięcia na obu ramionach, więc chirurg, chcąc oszczędzić chłopcu bólu spowodowanego gmeraniem igłą, naciął mu ramię skalpelem chirurgicznym. Potem sam umieścił w nacięciu odrobinę ropy i opatrzył obie rany.

Jak się spodziewali, tydzień później chłopiec zachorował na ospę, ale choroba miała łagodny przebieg i kiedy kilka dni później wrócił do zdrowia, nie pozostawiła na jego ciele żadnych śladów. Tak oto lady Mary uchroniła swojego syna. Już nigdy nie groziła mu ospa. To właśnie było decydujące. Lady Mary i Maitland nauczyli się w Turcji, jak celowo wywoływać u dziecka łagodną formę ospy po to, by uchronić je przed znacznie poważniejszym, być może prowadzącym do śmierci jej przebiegiem.

Lady Montagu postanowiła, że technikę stosowaną w Turcji zabierze z sobą do Anglii. Niestety angielska społeczność medyczna zareagowała pogardą na jej entuzjastyczne wypowiedzi o tureckim zaszczepianiu na ospę. Jej opór miał przyczynę po części religijną (czegóż to mahometanie mogą nauczyć chrześcijański naród?), po części seksistowską (czegóż to niewykształcona kobieta może nauczyć wykształconego lekarza mężczyznę?), a po części medyczną. Powszechne podejście do leczenia ospy w Anglii w 1720 r. opierało się na wywodzącym się jeszcze ze starożytności przekonaniu o konieczności utrzymywania w równowadze czterech humorów ciała: krwi, flegmy, czarnej żółci i żółci. Zgodnie z tą teorią zaburzenie równowagi skutkowało chorobą, a zatem leczenie miało na celu przywrócenie równowagi humoralnej organizmu. Krosty pojawiające się w ospie były wyraźnym dowodem na to, że organizm stara się odzyskać tę równowagę, wydalając złą materię. Obowiązkiem lekarza było zatem pomóc naturze, aplikując chorym upuszczanie krwi, środki przeczyszczające i wymuszone wymioty. Ci zaś, dodatkowo osłabieni tą udręką, umierali jak muchy.

Eksperymenty na skazańcach

Wiosną 1721 r. rozszalała się w Londynie kolejna epidemia ospy, która tym razem zbierała szczególnie krwawe żniwo. Lady Montagu miała teraz małą córkę. Zdeterminowana matka gotowa była uczynić wszystko, by ją uchronić przed chorobą. Dziewczynka miała trzy lata i był to już odpowiedni wiek na zaszczepienie. Lady Montagu wezwała Maitlanda, który także wrócił do kraju, by przeprowadził zabieg. Szkot znów się ociągał – gdyby coś miało się nie powieść, byłby to poważny cios dla jego zawodowej reputacji. Chcąc go przed tym uchronić, a zarazem zachęcić innych do tej techniki, lady Montagu sprowadziła świadków mających przyglądać się zabiegowi. Chciała, aby był on czymś więcej niż jej prywatnym przedsięwzięciem. Chciała, aby zaszczepienie córki stało się publiczną demonstracją skuteczności tej metody uodporniania na chorobę. Ponieważ nie udało jej się przekonać lekarzy, postanowiła rozpropagować ją wśród innych osób z jej kręgu społecznego, a trzeba wiedzieć, że miała wysoko postawionych przyjaciół i przyjaciółki, m.in. Karolinę z Ansbachu, żonę następcy brytyjskiego tronu. To księżna Karolina postarała się, by jednym ze świadków zaszczepienia był sam nadworny lekarz króla.

Arystokraci w pudrowanych perukach zebrali się i przyglądali, jak zdenerwowany Maitland wykonuje skalpelem drobne nacięcia na skórze dziewczynki i umieszcza w nich ropę ze strupa ospy. Wszystko zakończyło się szczęśliwie. Córka lady Mary – tak jak się spodziewano – szybko przechorowała łagodną postać ospy, a jej powrót do zdrowia obserwowały największe autorytety ówczesnej medycyny. Lady Mary zachęcała znajomych, by przychodzili obejrzeć zdrową córkę, i do jej domu płynął ciągły strumień gości, lekarzy i osób z towarzystwa. Ponieważ zaś w Londynie wciąż szalała epidemia, wkrótce niektóre osoby z kręgu jej znajomych zaczęły prosić o zaszczepienie także ich dzieci. Najważniejszą z nich była sama żona przyszłego króla Jerzego II. Karolina z Ansbachu była już wówczas matką pięciorga małych dzieci, z których jedno miało pewnego dnia odziedziczyć tron Wielkiej Brytanii. Podobnie jak Mary była bardzo inteligentna. Korespondowała z wielkim niemieckim myślicielem i uczonym Gottfriedem Wilhelmem Leibnizem i innymi wybitnymi umysłami swojej epoki. Nie dziwi zatem, że dobrze się rozumiały z lady Mary. Widząc, że jej córka wyszła bez szwanku z tak groźnej choroby, Karolina postanowiła zaszczepić także swoje dzieci, członków rodziny królewskiej. Zaczęła przekonywać do tego teścia, króla Jerzego I, gdy jednak poprosiła go o zgodę, monarcha odmówił. Nie chciał wystawiać linii rodu na ryzyko obcej techniki medycznej bez dodatkowych dowodów potwierdzających jej bezpieczeństwo. Karolina została zmuszona do przeprowadzenia dodatkowego eksperymentu, tym razem na skazańcach ochotnikach z londyńskiego więzienia. W zamian za gotowość poddania się eksperymentowi król miał ich ułaskawić.

Trzej skazani mężczyzni i trzy skazane kobiety poddali się posłusznie szczepieniu na oczach kilkudziesięciu naukowców i lekarzy, a następnie wzięto ich pod ścisłą obserwację. W ciągu paru tygodni u pięciorga z nich rozwinęła się łagodna postać ospy i szybko wrócili do zdrowia (szósta osoba, jak się okazało, przechorowała wcześniej ospę, więc szczepienie nie spowodowało u niej żadnych skutków). No dobrze, ale czy to szczepienie uodporniło rzeczywiście te osoby na „dziką” ospę, która właśnie szalała w Londynie? Aby się o tym przekonać, jednej ze skazanych, dziewiętnastoletniej dziewczynie, rozkazano spać kilkanaście nocy w łóżku dziesięcioletniego chłopca, u którego ospa miała wyjątkowo ostry przebieg. Dziewczyna troszczyła się o niego przez kilka tygodni, mimo to nie zachorowała. Była to obiecująca wiadomość, ale czy aby dostateczny dowód?

Nie dla króla. Zorganizowano kolejną prezentację nowej techniki, tym razem zaszczepiając 11 londyńskich sierot. I tym razem wyniki były pozytywne. Posłużenie się więźniami i sierotami w tego rodzaju demonstracjach stało się popularną formą eksperymentów medycznych w ciągu kolejnych 200 lat. Gdy trzeba było przetestować na ludziach jakiś nowy lek, najłatwiej było wybrać w tym celu osoby, które nie mogły się temu sprzeciwić, których działania i zachowanie można było kontrolować i które mogły być pod dłuższą obserwacją. Doskonale nadawali się do tego więźniowie i sieroty; później doszlusowali do nich pacjenci zakładów dla umysłowo chorych i żołnierze. Kolejną grupą, którą można było wykorzystać w badaniach, byli pacjenci szpitali – także przebywający w zamknięciu i pod obserwacją. We wrześniu 1721 r. otwarto na oścież bramy więzienia Newgate i wymaszerowało przez nie na wolność sześcioro zdrowych, dopiero co zaszczepionych więźniów. Był to historyczny moment.

Pokazy lady Mary i księżnej Karoliny spełniły swe zadanie. Zaszczepianie przeciw ospie spotkało się z zainteresowaniem większej liczby naukowców i lekarzy, którzy powoli i nieśmiało zaczęli stosować tę technikę. Aby jednak przekonać do niej zwykłych ludzi, potrzeba było poparcia jeszcze jednej sławnej osobistości. To nastąpiło wiosną 1722 r., kiedy to księżna Karolina uzyskała wreszcie zgodę króla na zaszczepienie dwóch najstarszych córek. Zgoda, podkreślmy, dotyczyła tylko córek. Ryzykowanie życia męskiego potomka i potencjalnego następcy tronu było dla króla nie do przyjęcia. Dziewczynki zaszczepiono i nie spowodowało to żadnych negatywnych konsekwencji. Wszyscy poddani przyjęli to z radością.

Ruchy antyszczepionkowe

Decyzja księżnej Karoliny miała dwa pozytywne skutki. Po pierwsze, coraz więcej członków angielskiej arystokracji zaczęło także szczepić swoje dzieci, a to uruchomiło efekt domina, gdyż metodę tę zaczęło stosować coraz więcej lekarzy i w ten sposób szczepienia stały się dostępne także dla przedstawicieli niższych klas społecznych. Drugim skutkiem była kontrakcja i sprzeciw wobec szczepień wyrażany przez część opinii publicznej i będący bezpośrednim przodkiem dzisiejszego ruchu antyszczepionkowego. Antyszczepionkowcy epoki georgiańskiej propagowali swoje stanowisko w broszurach i w prasie, w pubach i kawiarniach. Niektórzy twierdzili, że zaszczepianie przeciw ospie to praktyka barbarzyńska i obca; inni z podejrzliwością podchodzili do tego, że propagowały je (a w Turcji nawet wykonywały) kobiety; jeszcze inni uważali je za obrazę Boga, bardzo wielu zaś za rzecz niebezpieczną. Dochodził do tego wymiar polityczny. Ponieważ rodzina królewska była za zaszczepianiem, antyrojaliści automatycznie podchodzili do tego podejrzliwie.

Trzeba dodać, że siły antyszczepionkowe miały dość amunicji, by prowadzić ofensywę. W miarę upowszechniania się szczepień drobny odsetek zaszczepionych zapadał na poważniejszą formę ospy, a niektóre osoby zmarły. Jak wynika z jednego z szacunków, do 1729 r. zaszczepiono w Anglii 897 osób, z których 17 zmarło. Niemniej odsetek śmiertelności 1:50 to i tak wynik znacznie lepszy niż prawdopodobieństwo śmierci wynoszące 25% w wypadku zarażenia się ospą w sposób naturalny i dlatego wielu lekarzy wciąż opowiadało się za szczepieniem. Jednak część społeczeństwa odrzucała je, zachęcana przez duchownych, którzy twierdzili, że tylko Bóg ma władzę nad życiem i śmiercią, toteż zaszczepianie kłóci się z nauką chrześcijańską.

A jakie zdanie mieli lekarze? Otóż starali się wpasować zaszczepianie w stary paradygmat. Zgodnie z nim tworzenie się ropy było dobrym objawem – sygnałem zdrowienia organizmu – dlatego lekarze w Anglii zamiast igieł używali skalpeli, robili głębsze nacięcia, sięgając aż do tkanki mięśniowej, po części po to, by pojawiło się więcej ropy. Pozostałościami dawnego myślenia były upuszczanie krwi, podawanie środków przeczyszczających i surowa dieta, których znaczenie ciągle było podkreślane przez lekarzy. Tak oto narodziła się angielska odmiana tureckiej metody zaszczepiania. Przestało być ono prostą i szybką czynnością polegającą na zadrapaniu igłą skóry, po którym pacjenta izolowano, by krótko przechorował ospę. Lekarze w Anglii upierali się przy tym, że samo zaszczepienie trzeba poprzedzić gruntownymi przygotowaniami, podawali dzieciom przez kilka dni albo tygodni środki przeczyszczające, upuszczali krew i przepisywali specjalną dietę.

W rezultacie cała procedura zabierała więcej czasu – i przynosiła więcej zysków medykom. A ponieważ pierwszymi pacjentami były dzieci bogatej angielskiej arystokracji, rodzice mogli zapłacić tyle, ile zażądał lekarz. On zaś żądał tyle, ile oni mogli zapłacić. Ofiarą tej brutalnej procedury padł także pewien ośmioletni chłopiec, sierota, który pisał potem, że „przygotowywano” go do szczepienia tygodniami, wielokrotnie upuszczając krew, podając środki przeczyszczające i przepisując ubogą dietę opartą na warzywach. Po szczepieniu trzymano go w izolacji w stodole razem z innymi chłopcami. Do tego czasu jego organizm był już tak osłabiony, że bardzo ciężko przechorował ospę i spędził w zamknięciu kilka tygodni, nim go wreszcie wypuszczono. Traumy związanej z tym przerażającym doświadczeniem nie pozbył się do końca życia. Chłopiec nazywał się Edward Jenner, i to jego uznajemy dziś za odkrywcę szczepień ochronnych przeciw ospie. Ale to już inna historia...

***

Więcej na ten temat można dowiedzieć się z książki Thomasa Hagera „Dziesięć leków, które ukształtowały medycynę”, Rebis 2019.

***

Wypadek w laboratorium

W 1977 r. Ali Maow Maalin, 23-letni pracownik medyczny i kucharz szpitalny z Somalii, zapisał się w dziejach ludzkości jako ostatnia osoba na naszej planecie, która zaraziła się naturalnie występującym wirusem ospy. Otrąbiono zwycięstwo. Ospa, najbardziej zabójcza ze wszystkich chorób w dziejach ludzkości, znikła z Ziemi na zawsze. A przynajmniej tak się wszystkim zdawało.

W 1978 r. mieszkająca w Birmingham Janet Parker źle się poczuła. Myślała, że to przeziębienie, ale po kilku dniach pojawiła się u niej wysypka, a potem krosty. Lekarze byli w szoku. Od kilkudziesięciu lat nikt w Wielkiej Brytanii nie zachorował na ospę. Potem okazało się, że Janet Parker była zatrudniona w jednym z miejscowych szpitali, gdzie fotografowała tkanki i narządy do kartotek lekarskich. Wywoływała film w ciemni znajdującej się nad laboratorium, gdzie naukowiec Henry Bedson prowadził badania… nad ospą.

To prawda, że wirusa ospy wyeliminowano ze świata przyrody, zachowano go jednak w postaci zamrożonej dla przyszłości oraz na potrzeby badań naukowych i próbki przechowywano w kilku laboratoriach rozsianych po całym świecie. Jednym z nich było laboratorium Bedsona. Możliwe, że wirus przedostał się kanałami wentylacyjnymi albo został przeniesiony na odzieży lub sprzęcie. W oficjalnym dochodzeniu nie udało się tego ustalić. Był to początek wielkiej medycznej katastrofy. Parker natychmiast poddano kwarantannie, a za nią wszystkich, z którymi mogła być w kontakcie w ostatnich dniach przed chorobą: łącznie 500 osób, w tym jej rodziców i kierowcę ambulansu, który wiózł ją do szpitala.

Stan Parker się pogarszał. Krosty pojawiły się na całym ciele, od głowy przez dłonie po podeszwy stóp. Oddychała z coraz większym trudem. Urzeczywistniał się najkoszmarniejszy scenariusz: jej matka także zachorowała na ospę, a ojciec, przejęty losem córki i żony, dostał podczas odwiedzin u córki ataku serca. Po kilku dniach zmarł. W samym środku tego dramatu Henry Bedson, badacz wirusów ospy, wszedł do szopy w swoim przydomowym ogrodzie i podciął sobie gardło. Dziesięć dni później ospa zabiła Janet Parker. Zmarłą potraktowano jako zagrożenie biologiczne, pogrzeb nadzorowały władze medyczne, a kondukt obserwowała policja w nieoznakowanych samochodach. Żałobnicy nie mieli prawa zbliżać się do zwłok, które spalono w specjalnie monitorowanym krematorium, później dokładnie wyszorowanym i zdezynfekowanym przez techników medycznych.

W ciągu kilku lat od śmierci Janet Parker zniszczone zostały prawie wszystkie próbki wirusa w laboratoriach na całym świecie. Ostatnie przechowywane są dzisiaj w dwóch ściśle zabezpieczonych laboratoriach: pierwsze należy do amerykańskich Centrów Kontroli i Prewencji Chorób i mieści się w Atlancie, drugie zaś do rosyjskiego Państwowego Ośrodka Badawczego Wirusologii i Biotechnologii i znajduje się w Kolcowie na Syberii. Tyle przynajmniej wiadomo oficjalnie. Nie ma gwarancji, że ktoś nielegalnie nie przechowuje wirusa ospy w innych miejscach.

01.11.2019 Numer 11/2019

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną