Człowiek

Bez kontaktu ze światem

Numer 10/2019
Wojownik ludu Dani, mieszkającego na centralnych wyżynach zachodniej Nowej Gwinei. Pierwszy jego kontakt z cywilizacją Zachodu nastąpił w 1920 r. Wojownik ludu Dani, mieszkającego na centralnych wyżynach zachodniej Nowej Gwinei. Pierwszy jego kontakt z cywilizacją Zachodu nastąpił w 1920 r. Sergey Uryadnikov / Shutterstock
W zakamarkach naszego globu żyją plemiona, które izolują się od cywilizacji. Dlaczego?

Plemiona niemające kontaktu z cywilizacją nazywane są plemionami izolowanymi. Choć słuszniej byłoby je nazywać izolującymi się. Bo w tym wypadku separacja jest wynikiem decyzji samych plemion, a nie odgórnie narzuconej i realizowanej polityki rządów państw, na których terenach mieszkają. Jednak najczęściej na określenie takich szczepów używa się niezbyt dobrze brzmiącego w naszym języku słowa „bezkontaktowe”. I jest to efekt tyleż modnego, ile bezmyślnego kalkowania angielskich zwrotów, w tym wypadku uncontacted tribes. Według Survival International, organizacji zajmującej się ochroną praw „narodów plemiennych”, 150 mln ludzi w ponad 60 krajach żyje we wspólnotach klanowych. Najwięcej na niezmierzonych obszarach dżungli amazońskiej w Brazylii, ale również w Peru, Boliwii, Kolumbii i Ekwadorze. „New Scientist” mówi też o lasach deszczowych Malezji i buszu Afryki Środkowej jako miejscach, w których żyją ludzie zorganizowani w plemiona niechętnie kontaktujące się z naszą cywilizacją. Poza tym są w Republice Kongo, Botswanie, Etiopii, w Australii, w Indiach oraz na sąsiadujących z tym subkontynentem archipelagach, takich jak Sentinel Północny w Zatoce Bengalskiej. Są również w Papui-Nowej Gwinei, będącej częścią Indonezji. Zaznaczmy, że nie każda taka wspólnota to „plemię bezkontaktowe” sensu stricto.

Z oczywistych powodów, wszak mówimy o ludach unikających jakichkolwiek więzi ze światem zewnętrznym, szacunki dotyczące liczby takich plemion mogą się znacznie różnić. Na przykład gdy Brazylia twierdziła, że ma 77 izolujących się plemion żyjących w dżungli amazońskiej, „National Geographic” utrzymywał, że jest ich 84.

Trud ustalenia prawdy

W jaki sposób rachowani są ci, którzy zapewne nie mieliby na to najmniejszej ochoty, gdyby oczywiście ktoś ich o zdanie pytał? Źródłem danych są obserwacje dokonywane z samolotów lecących nad odizolowanymi regionami i relacje osób, którym udało się nawiązać kontakt ze szczepami separującymi się od naszej cywilizacji. Co pewien czas prasa informuje o tym, że odkryto kolejne takie plemię. Stąd ich liczba w oficjalnych statystykach się zwiększa. Sky News rok temu podało, że brazylijska agencja rządowa Funai, zajmująca się ochroną interesów i kultury rdzennej ludności kraju, uważa, że w samej Brazylii jest 113 plemion ukrywających się, mniej lub bardziej konsekwentnie, przed światem zewnętrznym.

Tym, którzy postanowiliby skrupulatnie porachować szczepy, być może czasami zbyt nieśmiałe, aby zaprzyjaźnić się z „wielkim światem”, nie pomaga nie tylko to, że żyją one w odległych, trudno dostępnych zakątkach globu. Na przeszkodzie staje też różne rozumienie pojęcia „bezkontaktowe plemiona”. Czy należy do nich zaliczyć jedynie takie szczepy, które izolują się nie tylko od naszej cywilizacji, ale również od innych wspólnot żyjących w dżungli, zwłaszcza mających stały kontakt z nowoczesnością? Takie podejście mogłoby jednak oznaczać, że „bezkontaktowych plemion” nie ma albo jest ich bardzo mało, o wiele mniej niż 100, a taką liczbę szczepów żyjących w odosobnieniu podaje się najczęściej.

Dlatego naukowcy odrzucają tak purystyczne podejście do terminu uncontacted, zakładając po prostu, że nawet najbardziej odizolowane plemię na świecie w jakiś sposób wchodzi w interakcje z osobami z zewnątrz, zarówno twarzą w twarz, jak i poprzez kontakt z nowoczesnymi artefaktami, takimi jak samoloty latające nad głowami czy dostarczanymi przez handel międzyplemienny. Przyjmuje się zatem, że plemiona izolujące się, bez kontaktu ze światem zewnętrznym, to takie, które nie są zintegrowane z globalną cywilizacją, zachowują własną kulturę i zwyczaje i mogą mieć niewielkie zainteresowanie komunikacją ze światem zewnętrznym – lub żywić wobec niego obawy. Ludy te „wiedzą o wiele więcej o świecie zewnętrznym, niż większość z nas sądzi” – powiedziała BBC Fiona Watson, dyrektor ds. badań w Survival International, dodając: „Są ekspertami życia w lesie i doskonale zdają sobie sprawę z obecności osób z zewnątrz”.

Dlaczego wybrali samotność?

Powody, dla których grupa pozostaje w izolacji, mogą być różne, ale w wielu przypadkach po prostu plemiona te chcą zostać same. Może nie są zainteresowane ofertą, którą przedstawia im nasza cywilizacja? Jednak to wyjaśnienie, aczkolwiek zdroworozsądkowe i zapewne prawdziwe w niektórych przypadkach – chyba są plemiona z natury „samotnicze”, tak jak niektórzy ludzie są z natury autsajderami – nie jest wystarczające. Kim Hill, antropolog z Arizona State University, jest pewien, że nie ma czegoś takiego jak grupa, która pozostaje w izolacji, ponieważ myśli, że to fajnie jest nie mieć kontaktu z nikim innym na tej planecie.

Z kolei dr Alex Golub, antropolog z University of Hawai’i w Mānoa, przypomina, że wprawdzie, jak wykazują badania archeologiczne i historyczne, prawie wszystkie społeczności ludzkie utrzymywały ze sobą kontakt, niemniej tak naprawdę nie wszystko zachodzi według prawideł odkrytych przez badaczy. „Ciemne plamy istnieją gdzieś na marginesie i nie da się czasami wyjaśnić, dlaczego – mimo wszystko – istnieją”, mówi dr Golub.

Może więc, pospekulujmy, w pradawnych wierzeniach izolujących się grup jest coś, co przestrzega przed tworzeniem więzi z obcymi i odległymi światami? Jakaś przestroga, nakazująca daleko idącą ostrożność w kontaktach ze światem zewnętrznym, który może przynieść zagładę tak, jak sprowadził ją dawno temu na wielkie imperia Azteków lub Inków? Kiedy Kim Hill i inni antropolodzy rozmawiali z przedstawicielami plemion, które postanowiły wyjść z izolacji, to zauważyli, że w ich opowieściach pojawia się zawsze ta sama historia: od dawna ludzie ci byli zainteresowani nawiązaniem kontaktu ze światem zewnętrznym, ale zbyt się bali. Strach przed okrucieństwem nieznanego świata jako podstawowy motyw izolacji sugerowany jest również przez antropologa Roberta S. Walkera z University of Missouri.

Również lęk przed chorobami mógł stanowić poważną przeszkodę w nawiązywaniu kontaktów. Rząd Brazylii utworzył w latach 70. i 80. ub.w. „miejsca z atrakcjami”. Były to wydzielone tereny, na których zostawiano rdzennym mieszkańcom dżungli amazońskiej metalowe narzędzia i inne przedmioty, mając nadzieję, że skłoni to członków izolujących się plemion do wyjścia z ukrycia, pozostania w tych „atrakcyjnych miejscach” i, w konsekwencji, asymilacji. Doprowadzało to jednak do wybuchów konfliktów między Indianami o nagromadzone „skarby” oraz stało się źródłem chorób. Przybywający z głębokich ostępów leśnych Indianie byli nieodporni na niektóre schorzenia, dla nas dość banalne i stosunkowo łatwe do uleczenia, natomiast dla nich bardzo groźne, a nawet śmiertelne. Survival International podaje, że wiele kłopotów sprawiają przeziębienia oraz inne choroby infekcyjne, jak grypa czy ospa. Jednak najbardziej niebezpieczne są: malaria, której miejscowe komary dotychczas nie przenosiły, oraz odra. Część z tych chorób (odra, grypa, ospa) powodowała śmierć połowy wioski w ciągu kilku tygodni czy miesięcy. Przykładem mogą być Yanomami. Plemię zostało zdziesiątkowane przez odrę i grypę przyniesioną nieopatrznie przez chcących im pomóc w wychodzeniu z izolacji misjonarzy i wysłanników rządu Brazylii. Takie niespodziewane i tragiczne efekty zadzierzgnięcia przyjaźni zapewne wzmacniały w tych leśnych ludach przekonanie, że „poza lasem nie ma życia”.

Współczesnymi odpowiednikami okrutnych konkwistadorów – chociaż, prawdę powiedziawszy, odstręczającymi od kontaktów z naszą cywilizacją mogą być bandy producentów, handlarzy i przemytników narkotyków. Chociaż historia zna również i takie przypadki, że terroryzowani przez owe szajki przedstawiciele plemion, izolujących się do tej pory w gęstwinie tropikalnych lasów, zdecydowali się szukać ratunku u przedstawicieli świata, od którego przez całe pokolenia trzymali się z daleka.

Kontaktować się czy nie kontaktować?

Pojawia się przeto pytanie – czy należy kontaktować się z członkami plemion izolujących się? Opinie na ten temat są różne. Wspomniani wyżej antropolodzy są zdania, że próby takie, oczywiście bardzo subtelne, dalekie od ingerowania w sposób życia tych ludów, powinny być podejmowane. Przyniosą one im bowiem więcej pożytku niż szkód. W „Science” Robert Walker oraz Kim Hill pisali: „Pojedyncze populacje nie są zdolne do przetrwania w dłuższej perspektywie (…) dobrze zorganizowane kontakty są dziś zarówno humanitarne, jak i etyczne. Wiemy, że wkrótce po pokojowym kontakcie ze światem zewnętrznym szanse na przetrwanie rdzennych populacji szybko rosną”.

Argumenty obu naukowców są odrzucane przez większość zwolenników praw rdzennej ludności lasów tropikalnych. Przykładem tego, co może się wydarzyć, gdy do szeroko zakrojonych kontaktów dojdzie, jest historia ludu Matis, zamieszkującego dolinę Javari w Brazylii. Dolina ta obejmuje obszar wielkości Austrii, na którym mieszka ok. 20 rdzennych plemion, czyli ok. 3 tys. osób, przy czym szacuje się, że jakieś 2 tys. z nich uważa się za „bezkontaktowe”. W wyniku chorób, którymi zarazili się członkowie plemienia na skutek kontaktów z obcymi, opustoszały trzy z pięciu należących do nich wiosek – populacja plemienia drastycznie spadła. Rząd brazylijski nie angażuje się już więc w tego typu przedsięwzięcia.

Nie zawsze przyjazne

Istnieją jednak takie grupy ludności, które w sposób nie tylko jednoznaczny i ostentacyjny, ale też groźny dla przybyszów oznajmiają, że nie pragną wcale jakiegokolwiek kontaktu ze światem zewnętrznym. Najsłynniejsi pod tym względem są Sentinelczycy, rdzenni mieszkańcy niewielkiej wyspy Sentinel Północny w archipelagu Andamanów w Zatoce Bengalskiej. Żyją w prawie całkowitej izolacji od dziesiątków tysięcy lat i wcale na to nie narzekają. Niewiele wiadomo na ich temat. Sentinelczycy używają sieci do połowu ryb blisko brzegu swojej wyspy, a poruszają się w tym celu prymitywnymi czółnami z wyciągnikami. Posługują się prostymi narzędziami. Niektóre z nich wyrabiane są z kawałków metalu wyrzucanego na brzeg lub wydobytego z wraków statków, które osiadły na skalistych rafach otaczających wyspę. Uważa się, że ludzie ci nie uprawiają roli, a nawet ponoć nie potrafią rozpalać ognia. Są zdrowi i silni, ale nie wiadomo, co jedzą oprócz ryb. Na pewno są bardzo dobrzy w wyrabianiu włóczni, łuków i strzał. I chętnie ich używają, zwłaszcza wobec nieproszonych gości.

Każdego, kto zbliży się do ich wyspy, odganiają groźnymi okrzykami i strzałami z łuków oraz miotanymi z wielką wprawą dzidami. Tych zaś, którzy przypadkiem lub celowo znajdą się na ich terenie – zabijają. Najprawdopodobniej ostatnią ich ofiarą jest 27-letni podróżnik i misjonarz chrześcijański z Alabamy John Allen Chau. Jak podało BBC jesienią 2018 r., „policja powiedziała, że wyruszył z wynajętymi rybakami pod osłoną ciemności i popłynął kajakiem na brzeg. Podobno przynosił prezenty dla wyspiarzy, w tym małą piłkę nożną, żyłkę wędkarską i nożyczki”. Dwanaście lat wcześniej podobny los spotkał dwóch rybaków. Ich ciał nie udało się odzyskać, ponieważ przybyły w tym celu helikopter został ostrzelany z łuków i obrzucony oszczepami.

Indie przez wiele lat starały się skontaktować z mieszkańcami Sentinelu Północnego. Uważano, że taki kontrolowany i nadzorowany przez władze i uczonych kontakt będzie bezpieczniejszy niż przypadkowy, dokonywany przez marynarzy i rybaków zagnanych przez pogodę lub ciekawość na wyspę. Nie narazi tubylców na przemoc i choroby, na które nie byli odporni. Ale miejscowi z powodzeniem ukryli się przed pierwszą dużą misją antropologiczną z 1967 r., a w kierunku powracających z nieudanej wyprawy eksploratorskiej w latach 1970 i 1973 posłali z ukrycia strzały. W 1974 r. dyrektor „National Geographic” został zraniony w nogę grotem strzały; w 1981 r. załoga osiadłego na mieliźnie frachtowca musiała przez kilka dni zmagać się z podpływającymi na swych dłubankach Sentinelczykami, zanim przybyła pomoc. Dopiero w 1991 r. ekspedycji hinduskiego antropologa o nazwisku Trilokinath Pandit udało się skontaktować z` tubylcami. Spotkanie było wprawdzie pokojowe, ale powierzchowne. „Wyskoczyliśmy z łodzi i stanęliśmy w głębokiej wodzie, rozdając orzechy kokosowe i inne dary. Ale nie pozwolono nam wejść na wyspę”, wspominał antropolog. Takich spotkań było kilka i zawsze odbywały się w morzu. Gdy podczas jednego z nich Pandit, rozdając prezenty w formie orzechów kokosowych i drobnych narzędzi z metalu, nieco odłączył się od przybyłej z nim ekipy badaczy i zaczął zbliżać do wyspy, „jeden młody Sentinelczyk zrobił śmieszną minę, wziął nóż i dał mi znak, że odetnie mi głowę. Natychmiast wezwałem łódź i szybko się wycofałem”. Gest był jednoznaczny: „Wyjaśnił, że nie jestem mile widziany”.

Biorąc pod uwagę straty poniesione do tej pory, rząd Indii ostatecznie zrezygnował z prób przerwania izolacji, powołując się na wyraźną wolę mieszkańców wyspy, niedwuznacznie wyrażaną przez tyle lat. Wokół Sentinelu Północnego utworzono strefę zamkniętą, chroniąc w ten sposób jej mieszkańców przed niechcianymi wizytami.

01.10.2019 Numer 10/2019

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną