Człowiek

Wakacje od rzeczywistości

Numer 7/2019
Miejsce, gdzie stworzono na potrzeby filmu Hobbiton, czyli siedzibę hobbitów, jest dziś w czołówce atrakcji turystycznych Nowej Zelandii. Miejsce, gdzie stworzono na potrzeby filmu Hobbiton, czyli siedzibę hobbitów, jest dziś w czołówce atrakcji turystycznych Nowej Zelandii. K. Roy Zerloch / Shutterstock
W czasach, kiedy Google Earth pokazuje zdjęcia większości powierzchni Ziemi, a nawet kawałek Marsa, zobaczenie odległych krain przestaje być najważniejszym powodem podróżowania. Turystom coraz częściej chodzi o to, żeby przeżyć coś nie z tej ziemi. /Z archiwum WiŻ/
Założona w 2008 r. platforma Airbnb pozwala zarabiać w trakcie urlopu. Jak? Wynajmując własne mieszkanie innym podróżującym.Daniel Krason/Shutterstock Założona w 2008 r. platforma Airbnb pozwala zarabiać w trakcie urlopu. Jak? Wynajmując własne mieszkanie innym podróżującym.
Niemal wszystkie miasta w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii i... Polsce zostały sfotografowane kamerami Google Street View.ChameleonsEye/Shutterstock Niemal wszystkie miasta w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii i... Polsce zostały sfotografowane kamerami Google Street View.
Turystyczne aplikacje AR mają tę przewagę nad książkowymi ­przewodnikami, że pokazują oceny miejsc i obiektów wystawione przez innych zwiedzających.J.M. Image Factory/Shutterstock Turystyczne aplikacje AR mają tę przewagę nad książkowymi ­przewodnikami, że pokazują oceny miejsc i obiektów wystawione przez innych zwiedzających.
Wiernie odtworzony Hogwart można odwiedzić w parku rozrywki Universal Studios Hollywood.Bank Haha/Shutterstock Wiernie odtworzony Hogwart można odwiedzić w parku rozrywki Universal Studios Hollywood.
Odkąd Dubrownik zagrał w „Grze o tron”, władze miasta musiały wprowadzić limity dla turystów ciągnących na starówkę.Nikolay 007/Shutterstock Odkąd Dubrownik zagrał w „Grze o tron”, władze miasta musiały wprowadzić limity dla turystów ciągnących na starówkę.

„Podróżować, podróżować jest bosko!” – śpiewała Kora w wielkim przeboju Maanamu z 1980 r. Od tamtej pory minęło 40 lat i warunkiem boskiego podróżowania przestały być odległy cel, szampan i dyskoteka na plaży. Jak pokazują zeszłoroczne badania CBOS, tylko nieco ponad połowa Polaków wyjeżdża przynajmniej raz w roku na wakacje. Nie są to wyjazdy długie, najczęściej nie przekraczają tygodnia. Ci, którzy nigdzie nie jadą, zazwyczaj tłumaczą to brakiem pieniędzy, ale nie jest to jedyny argument. Coraz częściej rezygnacja z wakacji wynika z nadmiaru obowiązków domowych i zawodowych. Dlatego jeśli już pozwalamy sobie na wyjazd, to – po pierwsze – chcemy, żeby nic nie zepsuło tych kilku dni wypoczynku. Po drugie, oczekujemy po urlopie, że wynagrodzi trudy i rutynę całego roku, więc szukamy wrażeń niebanalnych, którymi można się pochwalić znajomym. Od czego zaczynamy? Od wzięcia w dłoń smartfona i przeszukiwania ofert. Choć 23% badanych uważa, że zbyt często wpatruje się w ekran telefonu, to trudno sobie wyobrazić wakacje pozbawione medialnego wsparcia.

Zobaczyć niewidzialne

Już 30 lat temu brytyjski socjolog John Urry ogłosił, że wkroczyliśmy w erę postturystyki: podróżowania zapośredniczonego medialnie i polegającego raczej na konsumowaniu obrazów dalekich przestrzeni niż na cielesnym ich doświadczaniu. Te przewidywania nie w pełni się sprawdziły, bo wciąż fizyczne przemieszczanie pozostaje istotą podróżowania, ale sam proces planowania i przeżywania wakacyjnych eskapad stał się polem do popisu dla nowych technologii. Turystyka 4.0, bo taką nazwę nosi wiodący trend, opiera się na personalizowaniu oferty turystycznej dzięki analizom wielkich korpusów danych o indywidualnych użytkownikach internetu.

Wszystko zaczęło się od tego, że już na początku XXI w. elektroniczne serwisy rezerwacji lotów i hoteli zaczęły kusić klientów niższymi cenami niż proponowane przez stacjonarne agencje turystyczne. Przy okazji platformy te zapamiętywały wybory internautów, aby przed kolejnymi wakacjami, feriami i długimi weekendami zaoferować im wyjazdy o podobnych parametrach ceny i jakości. Około 2010 r. rynkiem wstrząsnął rozwój tzw. ekonomii współdzielenia (ang. sharing economy), dającej możliwość świadczenia przez indywidualnych obywateli usług takich jak transport czy nocowanie w prywatnych mieszkaniach. Szybko jednak okazało się, że korzystanie z ofert dostępnych w aplikacjach w rodzaju Airbnb wcale nie jest na każdą kieszeń. Hotele i pensjonaty wróciły do gry, ale wyposażone w nowe narzędzia walki o klienta: VR (wirtualną rzeczywistość) i AR (rozszerzoną rzeczywistość, ang. augmented reality). Ta pierwsza to trójwymiarowe wizualizacje atrakcji turystycznych, wirtualne zwiedzanie pokoi hotelowych przed dokonaniem rezerwacji albo symulacje nurkowania w rafie koralowej, zachęcające do zakupu pakietu dla nurków. Natomiast istotą technologii AR jest nakładanie na realną przestrzeń „niewidzialnych” informacji, dodatkowych funkcji i wrażeń zmysłowych w czasie rzeczywistym.

Aplikacje AR znajdują największe zastosowanie, kiedy jesteśmy już u celu podróży. Toskania była jednym z pierwszych regionów, które już 10 lat temu wypuściły na rynek interaktywną aplikację pozwalającą przejść z wirtualnym przewodnikiem spontanicznie wybraną trasę w tej części Włoch. Nie trzeba już skanować kodów umieszczonych na atrakcjach turystycznych, wystarczy skierować w ich stronę kamerę znajdującą się w smartfonie. Na ekranie pokaże się historia zabytku, jego miejsce w rankingu stworzonym przez innych użytkowników aplikacji, a także… informacja, gdzie jest najbliższy hotspot. Dzięki AR znajdujące się w okolicy napisy w obcym języku zostaną przetłumaczone, a na ekranie skanującym realne otoczenie pojawi się strzałka, w którą stronę kierować się na przykład… do najbliższego Starbucksa. Notabene, branża gastronomiczna coraz odważniej korzysta z AR, oferując przed złożeniem zamówienia możliwość zobaczenia trójwymiarowych obrazów potraw (po skierowaniu kamery w telefonie na nazwę dania w karcie), dostosowania wielkości porcji oraz liczby składników. Czekając na posiłek, klient może z kolei obejrzeć w smartfonie, jak jego danie jest przygotowywane.

Na technologiach AR paradoksalnie najwięcej może zyskać trącące myszką zwiedzanie zabytków i muzeów. W kilku muzeach historii naturalnej można już zobaczyć, jak wyglądały żywe zwierzęta, patrząc na szkielety prehistorycznych gatunków przez smartfon lub tablet z zainstalowaną aplikacją. W muzeum znajdującym się w indyjskiej Kurukszetrze „ożywają” mury – za pomocą mobilnej aplikacji obejrzymy na nich sceny wojenne opisane w słynnym eposie Mahabharata, które zgodnie z mitem rozegrały się w tym mieście. Rozszerzona rzeczywistość pozwala też podróżować w czasie po dziejach architektury. Obserwując przez kamerkę telefonu słoweński zamek Rihemberk, spalony w czasie II wojny światowej, widzimy, jak prezentował się kiedyś i jak będzie wyglądać po rekonstrukcji.

Dzięki programom nakładającym trójwymiarowe obrazy na obserwowaną na ekranie telefonu rzeczywistość, takim jak Discover Moscow Photo, spacerując po carskiej Moskwie, turyści zrobią sobie selfie z Piotrem Wielkim, Aleksandrem Puszkinem, a nawet pokonanym tu w 1812 r. Napoleonem Bonaparte. Jest to jedna z wielu aplikacji, którym szlaki przetarła Pokémon Go, miejska gra AR z 2016 r. Ten sam pomysł, związany z szukaniem w przestrzeni realnej wizerunków znanych osób, bajkowych postaci albo legendarnych obiektów, wykorzystują hotele, muzea i lokalne organizacje turystyczne – wszystko po to, by uatrakcyjnić pobyt małym gościom i zblazowanym dorosłym. Takie działania to element szerokiego trendu zwanego grywalizacją, polegającego na przenoszeniu logiki gier i rywalizacji do innych sfer życia (w tym podróżowania). W nieodległej przyszłości do korzystania z AR nie trzeba już będzie mieć przy sobie smartfona lub tabletu z całą gamą aplikacji. Zastąpią je hologramy, projekcje i transmisje w czasie rzeczywistym (ang. broadcast augmented reality), włączane m.in. czujnikiem ruchu. Przewaga telefonu polega jednak na tym, że można go wyłączyć, kiedy chcemy odpocząć od nadmiaru wrażeń.

Od Disneylandu do Westeros

Bo kolekcjonowanie wrażeń jest sednem turystyki. W tym samym czasie, kiedy zespół Maanam podbijał Polskę hitem „Boskie Buenos”, francuski filozof Jean Baudrillard pisał swoje najsłynniejsze dzieło „Symulakry i symulacja”, w którym szczególną uwagę poświęcił Disneylandowi. Pierwszy park rozrywki inspirowany filmami Walta Disneya powstał w 1955 r. w Kalifornii. Baudrillard po wizycie w tym najstarszym Disneylandzie nazwał go symulacją idealną, ale perfidną. Drobiazgowo i z przepychem odtworzona scenografia popularnych kreskówek wcale nie sprawia, że wierzymy, iż świat dziecięcych fantazji istnieje naprawdę. Jesteśmy za to przekonani, że to, co znajduje się na zewnątrz baśniowych parków dla turystów, jest rzeczywiste i że mamy na to wpływ. Nierealność i polukrowana sztuczność Disneylandu ma być dla nas dowodem na to, że reszta świata, po którym się poruszamy, jest prawdziwa i na serio. Tymczasem, jak twierdzi Baudrillard, cała zachodnia kultura opiera się na symulowaniu swojej realności, podczas gdy faktycznie jest wytworem mediów oraz społecznego obowiązku bycia szczęśliwym i zadowolonym z siebie.

Te słowa bardzo szybko okazały się prorocze dla globalnych trendów turystycznych. Na przełomie XX i XXI w. w udanym podróżowaniu chodziło o to, żeby przeżyć coś niezwyczajnego, wyjętego żywcem z filmu albo gry komputerowej. Jak grzyby po deszczu wyrastały parki ekstremalnej rozrywki, sztuczne miasta-wyspy przeznaczone głównie dla turystów albo biura oferujące takie usługi jak symulacja porwania przez piratów na pełnym morzu. Za odpowiednią cenę turysta mógł uciec od rzeczywistości i zanurzyć się w specjalnie przygotowany dla niego świat fantazji, by po wakacjach znowu przybrać maskę statecznego realisty. Dzisiaj symulacja podróżowania obiera odwrotny kierunek. Wielbiciele turystycznych nowinek nie chcą spędzać urlopu w sztucznie zaprojektowanych lokalizacjach. Nowy trend polega na tym, żeby to fikcję urzeczywistnić, a więc zobaczyć na żywo plenery i architekturę oglądane wcześniej na ekranie – w ulubionym filmie, serialu czy grze.

Już kilkanaście lat temu modne stały się wycieczki śladami bohaterów powieści i seriali. Oblężenie zwiedzających przeżywało niewielkie portowe miasto Ystad, gdzie przy ul. Mariagatan miał mieszkać komisarz Kurt Wallander, bohater poczytnych i kilkukrotnie sfilmowanych szwedzkich kryminałów autorstwa Henninga Mankella. Do dziś agencje turystyczne oferują „Millenium Tour”, wycieczkę po Sztokholmie śladami Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista, postaci z bestsellerowej trylogii Stiega Larssona. Ułożenie trasy takiej eskapady nie jest niczym trudnym, bo są to fabuły realistyczne. Ich bohaterowie chodzili do faktycznie istniejących barów, spali w naprawdę działających hotelach albo pracowali w fizycznie stojących budynkach. Wkrótce okazało się, że w realnych światach jest przemysłowi turystycznemu za ciasno. Nastał czas fikcjonalnego mapowania rzeczywistości.

Przełomem dla fanturystyki (podróży tropem ulubionych prawdziwych i fikcyjnych bohaterów popkultury) stał się globalny sukces powieści, a następnie filmów o nastoletnim czarodzieju Harrym Potterze. Chętnych do zobaczenia szkoły magii Hogwart, rodzinnego domu Harry’ego i zagrania w powieściową grę quidditch było bardzo wielu. Ale jak mugol (zwykły człowiek pozbawiony zdolności magicznych) ma podróżować po świecie czarodziejów? Nic prostszego! Wystarczy znaleźć budynki i plenery przypominające opisy z książki, a jeśli powstał na jej podstawie film, to poszukać informacji o tym, gdzie był kręcony. To dlatego tłumy fotografują skromny dom w angielskim miasteczku Bracknell, który posłużył za dom ciotki Pottera, i pozują na londyńskim dworcu King’s Cross przy tabliczce z numerem peronu 9 i 3/4, skąd odjeżdżał pociąg do szkoły magii. Gorzej z odszukiwaniem samego Hogwartu, który był kręcony w kilku lokalizacjach, m.in. w Oksfordzie, opactwie Gloucester czy katedrze w Durham. Oczywiście można też spędzić dzień w jednym z parków tematycznych w Anglii, Stanach Zjednoczonych lub Japonii, gdzie pieczołowicie odtworzono dekoracje z filmów o Potterze. Współczesny fan-turysta nie daje się jednak łatwo skusić ostentacyjnie komercyjnymi atrakcjami. Woli wierzyć, że sam może urzeczywistnić to, co baśniowe, np. zwiedzając Nową Zelandię wraz z mapą Śródziemia, krainy wymyślonej przez J.R. Tolkiena. To tam kręcono „Władcę pierścieni” i „Hobbita”. W tym sezonie wakacyjnym bezapelacyjnym hitem jest kierowanie się na Westeros, czyli fantastyczny świat z książek George’a R.R. Martina, a przede wszystkim z kultowego serialu HBO „Gra o tron”, który właśnie doczekał się finału. To, co nie zostało w nim wykreowane komputerowo, można zobaczyć w chorwackim Dubrowniku (grał Królewską Przystań), w wąwozach Islandii, na skalistych wybrzeżach Hiszpanii, w irlandzkich zamkach (kilka z nich złożyło się na Winterfell) i w siedzibie prezydenta Malty, gdzie umieszczono w serialu żelazny tron.

Po co wybierać się w podróż po realnych miejscach, kierując się fantastyką? Staliśmy się kulturowymi wszystkożercami (określenie Richarda Petersona) i żeby nadać sens zwiedzaniu średniowiecznych zamków i katedr, wielu z nas woli w nich widzieć zamiast martwego zabytku wciąż żyjące w popkulturze dziedzictwo. Przyszłością będzie przeżywanie przygód w świecie zaludnionym przez humanoidalne roboty wcielające się w postaci historyczne. Miast tworzyć grupy rekonstrukcyjne, złożone z ludzi, którzy odgrywają wydarzenia z przeszłości, będzie można historię dosłownie przeżyć na nowo – ale z gwarancją wyjścia z tej przygody całym i zdrowym. Czy takie szczęście będą miały androidy? Serial „Westworld”, rozgrywający się w nieodległej przyszłości, w wykreowanym dla turystów westernowym świecie ukazał relację ludzi i zbudowanych dla ich rozrywki robotów jako bardzo brutalną i podporządkowaną najniższym ludzkim instynktom. Jedno jest pewne: od podróży w czasie, odbywanych w towarzystwie sztucznej inteligencji, nie będziemy oczekiwać tego, że uczynią z nas lepszych ludzi, ale raczej tego, że pozwolą nam na głębsze doznawanie skrajnych emocji, takich jak strach, złość i euforia, których stosunkowo rzadko doświadczamy w coraz bardziej bezpiecznym świecie.

Podróż bez prądu

Obok wirtualnie wspomaganego podróżowania rozwija się niszowy, ale konkurencyjny nurt. Chodzi o odpoczynek od… technologii mobilnych oraz ubieralnych (jak smartwatch, okulary VR i AR, zdalne pulsomierze i wszystko, co można na siebie założyć, a jest przyłączone do internetu). Pierwsze przypadki uzależnienia od internetu zdiagnozowano już w latach 90. XX w., dzisiaj za powszechny problem uznaje się technostres. Pod tą nazwą kryje się zespół zaburzeń psychosomatycznych, poczucie niepokoju i dyskomfortu związane albo z tym, że nie wyobrażamy sobie życia bez nowych mediów, albo z tym, że inni ludzie oczekują od nas, że w świecie wirtualnym będziemy się czuć jak ryba w wodzie.

Do najczęstszych przejawów technostresu zalicza się nomofobia i FOMO. Ta pierwsza oznacza irracjonalny strach przed utratą smartfona. Zazwyczaj ludzie obawiają się nie tyle tego, że nie będą mogli dzwonić, ale że nie będą korzystać z ulubionych aplikacji. Dlatego nomofobii często towarzyszy FOMO (ang. fear of missing out) – imperatyw bycia na bieżąco z tym, co znajomi publikują w mediach społecznościowych, i strach przed tym, że coś ważnego nas ominie, jeżeli nie będziemy stale monitorować cyfrowych platform komunikacyjnych. Technostres przejawia się także w odczuwaniu presji, by dobrze się prezentować w mediach społecznościowych i regularnie aktualizować informacje na swoich profilach. Jak szeroki to problem, starali się przekonać globalną publiczność twórcy World Record Egg, czyli postu ze zdjęciem zwykłego kurzego jajka, który to post zdobył na początku 2019 r. rekordową w historii Instagrama liczbę polubień. Okazało się, że jajko było częścią kampanii Mental Health America, jednej z najstarszych w Stanach Zjednoczonych organizacji zajmujących się promocją zdrowia psychicznego, która chciała w ten sposób nagłośnić zagrożenia związane z uzależnieniem od serwisów społecznościowych.

Współczesne społeczeństwo jest coraz bardziej świadome technostresu, ale nie radzi sobie w walce z nim. Kilka milionów osób zainstalowało już wtyczki lub aplikacje blokujące trwale albo na określony czas dostęp do mediów społecznościowych, aby ograniczyć prokrastynację. Większość z nich po pewnym czasie rezygnuje z samodyscypliny albo wyłącza blokery na weekendy i wakacje. Z odsieczą dla słabej woli internautów przychodzi przemysł turystyczny. W ślad za chińskimi i wschodnioazjatyckimi letnimi obozami oferującymi pełny technologiczny detoks pojawiła się moda na podróżowanie unplugged – tam, gdzie nie ma zasięgu telefonicznego, nie ma telewizji ani bezprzewodowego internetu. Jeśli ktoś sądzi, że jest to tania forma spędzenia urlopu, będzie srodze rozczarowany. Brak internetu jest zwykle rekompensowany gościom luksusem i tym, że obsługa jest zawsze do dyspozycji „odłączonych” klientów.

Radykalniejszym wariantem wakacji unplugged jest pobyt w miejscach, gdzie nie ma elektryczności, np. w oazach na marokańskich pustyniach. Turyści są zachęcani, aby nie gapić się w ekran, ale zwiedzać okolicę z analogową mapą i papierowym przewodnikiem, uprawiać sport, a w razie deszczu… grać w gry planszowe. Philip Pearce, badacz turyzmu z australijskiego James Cook University, uważa, że podróżowanie bez cyfrowego wspomagania (ang. digital-free tourism) będzie w najbliższych latach szybko rosnącą gałęzią globalnej turystyki. „Przemysł turystyczny zdaje sobie sprawę z tego «nowego eskapizmu» – tłumaczy Pearce. – Ludzie nie tylko chcą oddalać się od własnego domu, ale także chcą się odłączyć od rutyny pracy i życia społecznego”. Jego analizy z 2018 r. pokazują, że już dziś taka forma wakacji jest popularna wśród mieszkańców Ameryki Północnej i Zjednoczonego Królestwa. Daje szanse na rozwój turystyki w egzotycznych, izolowanych miejscach, do tej pory omijanych przez turystów jako mało dostępne. Z kolei polscy internauci szukający ucieczki od cyfrowej komunikacji najchętniej wybierają rodzime strefy bez technologii (ang. technology dead zones) jak kraniec Bieszczad lub roztoczańskie wioski.

Podróżowanie bez prądu jest bliskie idei zrównoważonej turystyki i slow travel – przeżywania wypoczynku bez pośpiechu, z szacunkiem dla lokalnej kultury i środowiska naturalnego. W wakacjach od internetu tkwi jednak haczyk. Ci, którzy faktycznie potrzebują cyfrowego detoksu, najczęściej szukają informacji o nim w internecie, rezerwują noclegi dzięki aplikacjom bookingowym, a o lokalnych restauracjach czytają na portalach rankingowych. Żeby się odłączyć, muszą się najpierw mocno podłączyć do sieci. I koło się zamyka. Podróżować jest bosko, ale bez internetu ani rusz.

dr Magdalena Nowicka-Franczak
Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny Uniwersytetu Łódzkiego

01.07.2019 Numer 7/2019

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną