Człowiek

Złota era konlangera

Numer 7/2019
ivosar / Shutterstock
Dzięki internetowi tworzenie sztucznych języków jeszcze nigdy nie było tak popularne. Dla lingwistów valyriański, mandaloriański, quenya czy khuzdûl to wyzwanie, dla zapaleńców – sztuka.
„Star Trek III: The Search for Spock”. Dla ­fanów serialu to film kultowy, bo zapoczątkował erę języka klingońskiego. Jego próbka.Wikipedia „Star Trek III: The Search for Spock”. Dla ­fanów serialu to film kultowy, bo zapoczątkował erę języka klingońskiego. Jego próbka.
Tekst w języku quenya spisany na jedwabnym materiale.Luca Lorenzelli/Shutterstock Tekst w języku quenya spisany na jedwabnym materiale.
Ludwik Zamenhof dał początek najpopularniejszemu konlangowi świata, czyli esperanto. Do dziś wydawane są książki i czasopisma tylko w tym języku.Wikipedia Ludwik Zamenhof dał początek najpopularniejszemu konlangowi świata, czyli esperanto. Do dziś wydawane są książki i czasopisma tylko w tym języku.
Ludwik ZamenhofWikipedia Ludwik Zamenhof
Obecnie najpopularniejszym konlangerem jest David J. Peterson. Na potrzeby ­filmów i seriali opracował ponad 30 sztucznych języków.Wikipedia Obecnie najpopularniejszym konlangerem jest David J. Peterson. Na potrzeby ­filmów i seriali opracował ponad 30 sztucznych języków.
Sztucznych ­języków ­coraz częściej ­można się uczyć ­poprzez ­aplikacje. Duolingo udostępnia anglo­języcznym użytkownikom naukę esperanto i valyriańskiego. Pe3k/Shutterstock Sztucznych ­języków ­coraz częściej ­można się uczyć ­poprzez ­aplikacje. Duolingo udostępnia anglo­języcznym użytkownikom naukę esperanto i valyriańskiego.

Fanom SF nie trzeba przedstawiać serialu „Star Trek”. To jedna z najbardziej kasowych produkcji w historii kina i telewizji. Nie każdy zdaje sobie jednak sprawę, że wytwórnia Paramount Pictures posiada prawa nie tylko do historii o przygodach załogi statku „Enterprise”, ale także do języka stworzonego na potrzeby filmu. Mowa o klingońskim, języku wojowniczych kosmitów z planety Qo’noS, który powstał jako artystyczny zabieg scenarzystów. Po raz pierwszy język Klingonów widzowie mogli usłyszeć w roku 1984 w filmie „Star Trek III: The Search for Spock”. Jego twórcy, reżyser Leonard Nimoy i scenarzysta Harve Bennett, chcieli obdarzyć charakterystycznych bohaterów równie charakterystyczną mową, dlatego do jej stworzenia zaprosili profesjonalnego lingwistę. Tak do zespołu dołączył dr Marc Okrand z University of California w Berkeley.

Językoznawca oparł stworzony przez siebie język na profesjonalnej gramatyce, składni i leksyce, wzorując się m.in. na dialekcie ludu Ohlone, Indian z Kalifornii. Początkowo było to tylko kilka zdań, jednak wytwórnia szybko zwietrzyła interes i niedługo po premierze filmu zleciła Okrandowi stworzenie całego słownika, który rozszedł się w nakładzie 250 tys. egzemplarzy. Tak klingoński zaczął żyć własnym życiem, stając się jednym z najpopularniejszych sztucznych języków w historii.

Swoją działalność do dziś prowadzi Klingoński Instytut Językowy, a dzięki jego inicjatywie na klingoński przetłumaczono arcydzieła światowej literatury, m.in. „Hamleta”, „Małego księcia” czy „Biblię”. Społeczność posługująca się językiem klingońskim cieszy się rozgłosem. Swego czasu tworzono nawet wersję Wikipedii w tym języku, a Google udostępnia klingońską wersję swojej wyszukiwarki. W ten oto sposób klingoński stał się pełnoprawnym językiem. Jednym z wielu, bo według ostrożnych wyliczeń sztucznych języków istnieje dziś co najmniej 500.

Mowa w służbie idei

Sztuczne języki to takie, które w przeciwieństwie do naturalnych nie ewoluowały samoistnie, lecz powstały spontanicznie i są świadomą kreacją człowieka. Nazywane są konlangami (ang. conlang), a osoby je tworzące – konlangerami. Istnieje wiele powodów ich powstawania: może to być sposób artystycznego wyrazu, oryginalna metoda wyróżnienia danej wspólnoty lub społeczności, lingwistyczne wyzwanie pozwalające eksperymentować w zakresie semantyki, forma gry językowej, a niekiedy próba stworzenia nowego ponadnarodowego języka, by ułatwić komunikowanie się ze sobą ludzi z całego świata.

Samo zjawisko nie jest niczym nowym. Za najstarszy sztuczny język uchodzi obecnie lingua ignota, stworzony w XII w. przez frankońską mistyczkę Hildegardę z Bingen. Niemiecka benedyktynka i święta Kościoła katolickiego zapisywała za jego pomocą własne wizje i hymny. Przetrwał do naszych czasów dzięki dwóm średniowiecznym rękopisom – „Kodeksowi Wiesbaden” i „Kodeksowi Cheltenhamensis”. Ów tajemniczy język składa się z 23 liter i pod względem gramatyki i składni wygląda na próbę połączenia łaciny z niemieckim, z uwzględnieniem nowego słownictwa. Nie wiemy natomiast, do czego mógł służyć i czy ktoś poza Hildegardą się nim posługiwał.

W tamtych czasach wszelkie próby tworzenia języków miały wymiar ideologiczny – za ich pomocą starano się skonstruować język uniwersalny, znacznie prostszy niż antyczna greka czy łacina. Na początku XIV w. Dante Alighieri napisał traktat zatytułowany „De vulgari eloquentia”, w którym postulował stworzenie nowego języka ludowego, przeznaczonego do wykorzystania w piśmiennictwie naukowym, literackim i religijnym. Zdaniem autora „Boskiej komedii” można by go oprzeć na dialektach włoskich.

Inny projekt stworzenia „boskiego” języka, za którego pomocą można byłoby nawracać niewiernych na chrześcijaństwo, przedstawił Rajmund Llull w dziele „Ars magna et ultima”. Misjonarz z Majorki, ukamienowany za przekonania, oparł swój język na kombinatoryce, stosując symbole i diagramy pojęciowe. W tym przypadku każda forma komunikacji była ograniczona do schematycznych form pojęciowych. Z kolei na Bliskim Wschodzie duży wkład w rozwój języków sztucznych ma balaibalan zapoczątkowany w XIV w. przez mistyka Fazlallaha Astarabadiego. Pod względem gramatycznym jest to mieszanka perskiego, tureckiego i arabskiego, bazująca na wymyślonym leksykonie. Najprawdopodobniej balaibalan służył do spisywania ksiąg uznanych za święte, choć nie wyklucza się też, że mógł być językiem tajnym, wykorzystywanym przez bardzo wąską grupę wykształconych kapłanów.

W kolejnych stuleciach niemały udział w tworzeniu sztucznych języków mieli filozofowie, jednak dopiero w XIX w. zaczęły powstawać konlangi z prawdziwego zdarzenia. Wielu językoznawców debatowało nad stworzeniem międzynarodowego języka, który byłby w równym stopniu łatwy do nauczenia dla wszystkich. Prymat języka francuskiego, a później angielskiego, miał wyłącznie podłoże ekonomiczne. „Językowy imperializm” nie wynikał z pragmatyzmu, lecz pozycji mocarstw, które nim władały. Wychodzono przy tym ze słusznego przekonania, że osoby, dla których język międzynarodowy jest językiem ojczystym, są uprzywilejowane. Najuczciwszym rozwiązaniem byłoby więc stworzenie nowego języka z maksymalnie uproszczoną gramatyką i zasadami wymowy, który byłby jednakowo łatwy do nauczenia dla wszystkich. Tak powstał esperanto.

Językowy imperializm

Twórcą esperanto był Polak, Ludwik Zamenhof, mieszkający na co dzień w Białymstoku. Choć z zawodu był okulistą, wolny czas poświęcał lingwistyce. Uważał, że jedną z głównych przyczyn sporów i nieporozumień między ludźmi jest bariera językowa. Mógł tego doświadczyć, obserwując, jak pod jednym zaborem żyli Polacy, Żydzi, Niemcy i Rosjanie. Postanowił stworzyć język, który w jednakowym stopniu ułatwiłby komunikowanie się wszystkim. W roku 1887 opublikował pracę zatytułowaną „Język międzynarodowy. Przedmowa i podręcznik kompletny”, służącą do nauki esperanto. Jego leksykę oparto na językach romańskich i germańskich, a składnia nawiązywała do języków słowiańskich. Do granic możliwości uproszczono gramatykę, która zawierała się w 16 regułach, a z 900 rdzeni wyrazowych można było utworzyć wiele tysięcy słów. Nazwa języka wzięła się wprost od pseudonimu, jakim podpisał się Zamenhof – Dr Esperanto, co w stworzonym przez niego języku znaczyło tyle co „ten, który ma nadzieję”.

Zamenhof nigdy nie miał ambicji, by esperanto zastąpił języki narodowe, miał to być jedynie język pomocniczy. Czy mu się to udało? I tak, i nie. Z jednej strony esperanto nigdy nie dorównał popularnością francuskiemu czy angielskiemu, z drugiej – nigdy żadnym sztucznym językiem nie mówiło tylu ludzi co esperanto. Według różnych źródeł mogą nim władać nawet 2 mln osób na świecie. Powstaje poezja i proza w tym języku, a także liczne tłumaczenia. Organizowane są festiwale filmów i muzyki nagrywanej w esperanto. Legendą esperantystów jest horror „Incubus” (1965), nagrany w całości w języku Zamenhofa. Esperanto pojawił się również w produkcjach fantastyczno-naukowych: serialu „Czerwony karzeł” (1988) oraz filmach „Gattaca” (1997) i „Blade: Trinity” (2004). Co roku organizowany jest Światowy Kongres Esperanto, a od czasu do czasu powraca nawet postulat, by esperanto stał się jednym z języków urzędowych Unii Europejskiej. Takim dorobkiem nie może się pochwalić żaden konlang, nawet klingoński.

Sztucznych języków, które miały ułatwiać międzynarodową komunikację, powstało oczywiście więcej. W 1817 r. kompozytor François Sudre stworzył solresol, język oparty na skali muzycznej, który pozwalał na ułożenie 75 226 słów. W 1879 r. duchowny Johann Martin Schleyer skonstruował volapük, w którym wszystkie przymiotniki kończyły się na -ik. Był to konlang oparty na połączeniu języka angielskiego, niemieckiego, francuskiego i łaciny, a osoby chcące się go uczyć koncentrowały się wokół gazety „Volapükabled”, w całości wydawanej w tym oryginalnym systemie. W okresie międzywojennym popularnością cieszył się z kolei occidental (interlingue) – język stworzony przez estońskiego nauczyciela Edgara de Wahla. Oparł on swoje dzieło na językach zachodnioeuropejskich – po prostu przekształcał bezokoliczniki w rzeczowniki i przymiotniki, by maksymalnie uprościć gramatykę. Próbowano nawet uprościć sam język angielski, tworząc jego okrojoną wersję – basic english. Do jego opanowania wystarczyła znajomość zaledwie 18 czasowników i w sumie 850 wyrazów. To kropla w morzu 615 tys. wyrazów, zawartych w „Oxford Dictionary”.

Żaden z tych języków nie zbliżył się jednak do sukcesu, jaki osiągnął esperanto. Przyczyn było kilka. Największy problem polegał na tym, że nie wszystkie systemy były tak proste do nauczenia, jak by się wydawało, czy – jak w przypadku volapük – miały sztywną formułę, która nie pozwalała na żadną modyfikację. Zamenhof wyciągnął wnioski z porażki volapüka i w przeciwieństwie do Schleyera, który był nieustępliwy i na mocy posiadanych praw autorskich zabraniał jakiejkolwiek ingerencji w stworzony przez siebie język, zrzekł się wszelkich praw osobistych do esperanto. Nie chciał być postrzegany jako twórca, lecz inicjator języka międzynarodowego. Doskonale wiedział, że aby język się rozwijał, musi mieć szansę ewoluować. Chodziło o to, by każdy, kto miał pomysł na jego ulepszenie, mógł dołożyć własną cegiełkę. Ostatecznie efekt był nieco inny, bo owe cegiełki doprowadziły do wyodrębnienia dwóch dodatkowych języków powstałych na bazie esperanto – ido (1908) i novial (1928).

Poczucie wspólnoty i troski o tworzone języki stało się główną przyczyną ich popularności w literaturze i szeroko pojętej fantastyce. Nikt nie ma dziś wątpliwości, że to języki filmowe i literackie wiodą prym wśród lingwistycznych utopii. „Żaden z setek języków wymyślonych z pobudek socjologicznych i ideowych nie zdobył takiej popularności” – twierdzi Arika Okrent, autorka książki „In the Land of Invented Languages”.

Popkulturowa wieża Babel

Mistrzem współczesnego konlangu do dziś pozostaje J.R.R. Tolkien, autor wydanej w 1954 r. trylogii „Władca pierścieni”. Życiową pasją pisarza, uznawanego za ojca literatury fantasy, była lingwistyka. Jako profesor filologii klasycznej i literatury staroangielskiej na Oksfordzie oddawał się jej bez reszty. Znał 30 języków obcych, a na potrzeby własnych powieści wymyślił 20 sztucznych. Wszystkie znalazły zastosowanie w mitycznej krainie Śródziemia, stanowiącej uniwersum dla tworzonych przez pisarza powieści. Najbardziej dopracowanym i rozwiniętym językiem jest quenya, którym we „Władcy pierścieni” posługiwały się elfy. Sam Tolkien tłumaczył, że chciał stworzyć dla nich najpiękniejszą mowę na świecie, dlatego oparł się na kombinacji realnych języków: fińskiego, łaciny i greki. Wykorzystał je zarówno pod kątem akcentu, dźwięków, jak i gramatyki. Popularność trylogii Tolkiena sprawiła, że fani powołali do życia Elfickie Towarzystwo Lingwistyczne, które wydaje branżowe czasopisma, a na quenya przetłumaczono nawet grę komputerową Minecraft. Wśród innych języków stworzonych przez angielskiego pisarza warto wymienić: sindarin, westron, valarin, telerin, rohirricki, khuzdûl, iglishmęk, drúedainicki, adûnaicki, doriathrin i nandorin. Nie dziwi zatem, że to właśnie Tolkienowi zawdzięczamy popularność sztucznych języków w popkulturze.

Innym językiem stworzonym na potrzeby powieści jest laádan, wykorzystany w książce „Native Tongue” z roku 1984. Jej autorka, Suzette Haden Elgin, profesor lingwistyki na University of San Diego, stworzyła wizję utopijnej przyszłości, w której kobiety – pozbawione praw wyborczych – organizują ruch oporu, a umożliwia to m.in. język zarezerwowany wyłącznie dla wtajemniczonych. Elgin miała ambicję stworzenia języka kobiecego, oddającego całą gamę emocji, dla których brakuje wyrazów w znanych jej systemach. W efekcie w laádan znajdziemy słowa wyrażające takie stany jak „bycie szczęśliwym bez powodu”, „bycie szczęśliwym z jakiegoś powodu”, „bycie wściekłym bez powodu i kiedy nie można nic na to poradzić” etc. W przeciwieństwie do klingońskiego, który autorka uważała za wybitnie męski, laádan nie odniósł jednak sukcesu, pozostając znaną jedynie lingwistom ciekawostką.

Równolegle z literaturą języki zaczęto tworzyć na potrzeby przemysłu filmowego. Nim świat usłyszał o klingońskim, w 1974 r. lingwistka Victoria Fromkin stworzyła język ludu Pakuni, występującego w serialu „Land of the Lost”. Opowieść dla dzieci o przenosinach do epoki dinozaurów była tłem dla języka opartego na dialektach Afryki Zachodniej. Później był jeszcze city speak w „Blade Runner” (1982) i cała paleta języków z kultowej serii „Gwiezdnych wojen” (ewocki, sithański, huttese, jawaese, mandaloriański, shyriiwook). Nawet mieszkańcy księżyca Pandora w „Avatarze” (2004) posługiwali się na’vi. Dziś każda duża produkcja ma ambicję stworzenia własnego języka, a widok zespołu lingwistów na planie filmowym, który dba o to, by poszczególne słowa były właściwie intonowane, nikogo już nie dziwi. – Żyjemy w złotej erze dla konlangów – podsumowuje na łamach „New Republic” dr Josephine Livingstone z New York University, która zawodowo odszyfrowuje język staroangielski.

Nietaktem byłoby przy tej okazji pominąć nazwisko Davida J. Petersona, naczelnego lingwisty Hollywood i godnego następcy Tolkiena. Ma na koncie ponad 30 stworzonych przez siebie języków i wszystkie zostały wykorzystane w filmach i serialach. Wspomnijmy shiväisith („Thor: Mroczny świat”), nelvayu („Doktor Strange”), draene („Warcraf: Początek”), azrán („Kraina bezprawia”), verbis diablo („Dom grozy”) czy trigedasleng („The 100”). Największe uznanie przyniosło mu jednak opracowanie języków dothraki i valyriańskiego, wykorzystanych w serialu „Gra o tron”. George R.R. Martin zachwycił się nimi tak bardzo, że poprosił Petersona o przygotowanie specjalnych słowników, które autor wykorzystuje podczas pisania kolejnych tomów „Pieśni lodu i ognia”. Ambitny konlanger nie próżnuje i właśnie kończy prace nad językiem chakobsa, który w przyszłym roku zobaczymy w filmie „Dune”.

Język a postrzeganie świata

Czy konlangi mają szansę stać się czymś więcej niż tylko tymczasową ciekawostką? Niestety dotychczasowe doświadczenia pokazują, że z nielicznymi wyjątkami po śmierci ich twórców trafiają na śmietnik historii. Problem jest zresztą znacznie szerszy, bo wymieranie języków dotyczy również tych naturalnych. Według różnych szacunków na Ziemi używa się dziś blisko 7 tys. języków, z czego połowę stanowią takie, którymi posługuje się najwyżej 10 tys. osób. Według najbardziej pesymistycznego scenariusza do końca tego stulecia 90% z nich umrze. Globalizacja sprawia, że zostaną tylko najpopularniejsze.

Aby język się rozwijał, potrzebuje społeczności posługującej się nim biegle, a nie jest to możliwe, jeśli zabraknie ludzi, dla których będzie znany od urodzenia. W przypadku systemów sztucznych poza esperanto takich przykładów można szukać ze świecą. Osobliwego eksperymentu podjął się kilka lat temu d’Armond Speers. Należy on do nielicznych, którzy biegle posługują się klingońskim, i próbował tego języka nauczyć swojego dwuletniego syna, dla którego miał on być językiem naturalnym. Przez pierwsze trzy lata Speers zwracał się do dziecka wyłącznie po klingońsku, podczas gdy matka mówiła do niego po angielsku. Chłopiec odpowiadał i ponoć jego wymowa była „doskonała”. Gdy dziecko ukończyło pięć lat, przestało jednak rozmawiać z ojcem w jego języku, ponieważ wyraźnie mu się to nie podobało. Wobec porażki Speers przestawił się na angielski. Eksperyment zakończył się niepowodzeniem, bo w języku klingońskim zabrakło słów zapewniających swobodną komunikację (np. stół czy pielucha). Dziś chłopiec w ogóle go nie pamięta.

Zasób słownictwa danego języka jest szalenie ważny, a według części badaczy nawet najważniejszy. Wielką dyskusję na ten temat zainicjowało na początku XX wieku dwóch językoznawców: Edward Sapir i Benjamin Lee Whorf. Ich nazwiskami nazwano hipotezę, z którą lingwiści mierzą się do dzisiaj. Zakłada ona, że język oddziałuje na myślenie, a w konsekwencji – na zachowanie ludzi. Chodzi ni mniej, ni więcej o to, że im bogatszy język, pozwalający na opisywanie rzeczywistości, tym mądrzejszy rozmówca. W konsekwencji „lepszy” język powinien pozwolić mówiącemu nim myśleć jaśniej, inteligentniej i pojmować szerszy punkt widzenia. Hipoteza Sapira-Whorfa nie została nigdy ani potwierdzona, ani odrzucona, pozostając do dzisiaj osią sporu.

Nie ma badań, których przedmiotem byłaby korelacja pomiędzy inteligencją poszczególnych narodów a używanymi przez nie językami. Bo i jak ocenić poziom języka? Według kryterium stopnia trudności przyswojenia gramatyki? A może zasobu słów? Tylko że w różnych częściach świata poszczególne określenia będą miały inną wagę. Jakie znaczenie ma dla Etiopczyka fakt, że Jupikowie z Alaski mają ponad 90 określeń na lód, a dla Greka – równie bogate słownictwo związane z hodowlą reniferów, jakim posługuje się lud Tofa zamieszkujący Syberię?

Prof. Steven Pinker, wieloletni pracownik Department of Brain and Cognitive Sciences w Massachusetts Institute of Technology (MIT), w książce „Language Instinct” przekonuje, że idee istnieją niezależnie od języka i mają charakter biologicznego instynktu. To nie język jest więc jedynym kryterium determinującym postrzeganie świata. Jeszcze dalej poszedł Noam Chomsky, tworząc koncepcję gramatyki uniwersalnej. Zakładała ona rozumienie gramatyki jako określonego zbioru reguł. Według lingwisty podstawowe uposażenie genetyczne stanowi źródło zbioru twierdzeń, w którym można formułować konkretne gramatyki. Chomsky postrzega język jako nieskończony zbiór zdań, generowanych za pomocą skończonej liczby reguł i słów.

Trudno jednak całkowicie zanegować stwierdzenie, że język nie ma wpływu na naszą osobowość. Tym bardziej że istnieją analizy potwierdzające, że może być dokładnie na odwrót. Najlepiej dokumentują to badania przeprowadzone na osobach dwujęzycznych. W 2015 r. prof. Panos Athanasopoulos z Lancaster University przeprowadził badania na osobach płynnie posługujących się językiem angielskim i niemieckim. Ich zadaniem było opisanie przedstawionych im sekwencji zdarzeń. Okazało się, że kiedy badani opisywali je w języku niemieckim, skupiali się na wyniku ludzkich działań, a kiedy opowiadali o tym po angielsku, więcej uwagi poświęcali opisaniu samej akcji.

Niespełna 10 lat wcześniej podobne badania przeprowadziła prof. Nairán Ramírez-Esparza z University of Texas w Austin. Poprosiła Amerykanów mających meksykańskie korzenie, by rozwiązali test osobowości. Podczas opisywania siebie w języku hiszpańskim badani mówili o sobie w kontekście swoich rodzin, związków i sposobów spędzania wolnego czasu, gdy w języku angielskim – większe znaczenie miały dla nich własne osiągnięcia. Nie ma wątpliwości, że atrakcyjność danego języka zależy od tego, jak postrzegamy posługującą się nim społeczność.

Czy warto zatem uczyć się sztucznych języków, wiedząc, że nie przyniesie nam to większych ekonomicznych korzyści? Oczywiście. To nie tylko trening szarych komórek, ale niejednokrotnie ułatwienie sobie nauki języków naturalnych. Mówi o tym tzw. reguła teleskopu: nauka języka naturalnego postępuje szybciej, jeśli wcześniej uczyliśmy się konlangu, który pod względem wymowy i składni był do niego podobny. Z kolei satysfakcja z opanowania oryginalnego języka – bezcenna.

Kamil Nadolski
dziennikarz, popularyzator nauki

01.07.2019 Numer 7/2019
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną