Człowiek

Kanibalizm w Europie

Numer 1/2019
kamnuan / Shutterstock
Uważamy, że ludożercy żyli gdzieś tam daleko, na nieodkrytych lądach. Tymczasem praktyki kanibalistyczne jeszcze nie tak dawno zdarzały się również w naszym kręgu kulturowym.

W jednym z wierszy Johna Donne’a, angielskiego poety żyjącego na przełomie XVI i XVII w., czytamy, że kobiety to nie tylko osoby pełne słodyczy i dowcipu, ale również istoty „owładnięte mumią”. Na ten dziwny wers zwróciła uwagę Louise Noble, wykładowczyni języka angielskiego na University of New England w Australii. Próbując wyjaśnić sens zdania, dokonała niezwykłego odkrycia: podobny zwrot ze słowem „mumia” powtarzał się wielokrotnie w literaturze nowożytnej Europy. Dlaczego? Ponieważ sproszkowane fragmenty mumii i niektóre zachowane i świeże ludzkie szczątki były powszechnym składnikiem środków leczniczych tamtych czasów. Krótko mówiąc: nie tak dawno temu Europejczycy uprawiali kanibalizm… hmm… zdrowotny?

Brzydsza twarz renesansu

W 2011 r. ukazały się dwie ważne książki dotyczące kanibalizmu w Europie. Jedna to „Medicinal Cannibalism in Early Modern English Literature and Culture”, autorstwa wspomnianej wykładowczyni Luise Noble, druga – „Mummies, Cannibals and Vampires: The History of Corpse Medicine from the Renaissance to the Victorians” Richarda Sugga z Durham University w Anglii. Ich prace ujawniły, że w wiekach XV–XVII wielu Europejczyków, w tym członkowie rodzin królewskich, księża i naukowcy, rutynowo przyjmowało leki zawierające ludzkie kości, krew i tłuszcz jako środek na wszystko – od bólu głowy po epilepsję. A szczyt popularności tego typu kuracji przypadł na XVI i XVII w.

Kanibalizm medyczny nie bez powodu rozkwitł w czasach renesansu i tuż po nim. Bo odrodzenie kultury antyku oznaczało nie tylko powrót do społecznego obiegu pięknych artystycznie, szlachetnych moralnie i głębokich intelektualnie dokonań starożytnych, ale również ich zabobonów, takich jak wiara w magię i czarownice, oraz inklinacji w kierunku ezoteryzmu, okultyzmu czy astrologii. Doradcą Katarzyny Medycejskiej, królowej Francji, był wówczas Nostradamus, słynny przepowiadacz przyszłości i okultysta. W antycznym Rzymie pito krew gladiatorów, aby wchłonąć siły witalne młodych zdrowych mężczyzn. Być może dlatego inspirowany myślą antyku XV-wieczny filozof Marsilio Ficino, twórca renesansowej Akademii Florenckiej, sugerował schorowanym starszym ludziom spożywanie krwi z ramienia młodej osoby. Nawet Leonardo da Vinci powiedział: „Zachowujemy nasze życie ze śmiercią innych. Szczątki zmarłych, trafiając do naszego żołądka, odzyskują swą witalną i duchową moc”. Krew musiała zostać spożyta zaraz po wytoczeniu jej z ciała, ponieważ tylko wówczas zachowywała walory. Jeden z uczniów Paracelsusa, słynnego renesansowego lekarza i przyrodnika, radził, aby pobierać krew z żywego ciała i natychmiast ją wypijać.

Choć nie była to powszechna praktyka, to zdarzało się, że biedni ludzie, nie mając pieniędzy na zakup drogiego krwawego panaceum, ustawiali się pod szafotem, aby pobrać do naczynia krew ściekającą po egzekucji z rusztowania. Dla tych, którzy woleli gotować krew i spożywać skrzepłą, jeden z aptekarzy przygotował w 1679 r. przepis na marmoladę z posoki.

Thomas Willis, XVII-wieczny pionier nauki o mózgu, opracował wywar stosowany w przypadku apopleksji, czyli udaru mózgu. Należało tu użyć sproszkowanej ludzkiej czaszki i czekolady. Z kolei mech, który wyrósł nad zakopaną czaszką, noszący łacińską nazwę usnea, był używany do leczenia krwawień z nosa i prawdopodobnie epilepsji. Do dziś roślina ta, zwana brodaczką, jest stosowana w leczeniu stanów zapalnych i zakażeń układu oddechowego czy pokarmowego, a także infekcji skóry. Jednak współcześni zielarze nie upierają się przy tym, że usnea, aby być skuteczna, powinna wyrastać nad ludzkimi szczątkami.

Król Anglii Karol II pił „królewskie krople” (king’s drops), czyli sporządzaną tylko dla niego nalewkę, która zawierała sproszkowane fragmenty czaszki zmieszane z alkoholem. Mikstura miała pomagać na dręczące monarchę epizody melancholii. Ludzki tłuszcz był używany do leczenia ran. Jeśli trudno się goiły, niemieccy lekarze zalecali owijanie ich nasączonymi takim tłuszczem bandażami. Wcieranie tłuszczu w skórę uznawano za lekarstwo na podagrę, niezwykle bolesne zapalenie stawów.

W miarę jak nauki medyczne postępowały naprzód, owe metody leczenia stawały się coraz rzadsze, a zanikły w XVIII w., kiedy mniej więcej w tym samym czasie Europejczycy zaczęli regularnie używać sztućców i mydła do kąpieli. Nie znaczy to jednak, że od tej pory nie pojawiały się już próby leczenia za pomocą ludzkich szczątków. W 1847 r. pewnemu Anglikowi zalecono zmieszanie sproszkowanej czaszki z melasą i nakarmienie tak przyrządzonym specyfikiem córki chorej na padaczkę. Przekonanie, że dym unoszący się z płomienia magicznej świecy z ludzkiego tłuszczu, zwanej świecą złodziei, może oszołomić i sparaliżować człowieka, przetrwało do lat 80. XIX w. W niemieckim katalogu medycznym z początku zeszłego stulecia widnieje mumia jako lekarstwo na różne dolegliwości. Została ona w tym charakterze sprzedana. W 1908 r. podjęto ostatnią w Niemczech próbę wypicia ciepłej krwi sączącej się z szafotu.

Złość tłumu

27 maja 1610 r. w Paryżu na placu de Grève (obecnie plac de L’Hôtel de Ville), gdzie od początku XIV w. tracono ważnych przestępców, rozpoczęła się publiczna egzekucja François Ravaillaca, zabójcy Henryka IV, króla Francji i Nawarry. Tłum, wściekły na zbrodniarza, posiekał jego ciało szablami, pomimo że zostało już rozerwane końmi. Jak notował w swym pamiętniku („Peregrynacja po Europie”) świadek wydarzenia Jakub Sobieski, ojciec przyszłego króla: „Siła ich była co one sztuczki tego Rawaliaka w chustki uwinąwszy, z sobą brali do domów”. Jednym z tych paryżan był gospodarz domu, w którym mieszkał Piotr z Ruszczy Branicki. „Ten gospodarz, na pozór stateczny (…) przyniósł też był kilka sztuczek ciała tego Rawaliaka i z furii wielkiej, z jadu, smażył je w jajecznicy i jadł je”, próbując częstować obecnego tam Branickiego oraz Jana Sobieskiego. Obaj magnaci polscy, „w oczy plunąwszy” Francuzowi, opuścili jego dom. „Ja rozumiem, że się ten chłop od srogiego jadu na ten czas wściekł był jako pies jaki”, konkludował całe to wydarzenie ojciec Jana III Sobieskiego.

Podobna do opisanej „wścieklizna” musiała opanować zbuntowanych przeciwko Rzeczypospolitej Kozaków w czasie powstania Chmielnickiego. Jak pisał w swym „Pamiętniku dzieje Polski zawierającym (1648–1679)” Mikołaj Jemiołowski, uczestnik tej wojny, na Ukrainie dochodziło wówczas do gwałtów i bestialstwa wręcz niebywałego: „Dziatki małe w oczach rodziców na rożnach pieczone, a rodzicom na pokarm dawane i cokolwiek szalony jad wściekłego rodu chamskiego skonfederowany na zgubę chwały Bożej i stanu szlacheckiego z piekła najgorszego mógł wymyślić, wszystkiego bez pomsty dokazował”. Jak widać, niezależnie od tego, gdzie dochodziło do aktów ludożerstwa, czy w centrum Paryża, czy też w głębi niezmierzonych stepów Ukrainy, w naszych przodkach przypadki te zawsze budziły silną odrazę.

Jaś i Małgosia

Jan z Trokelowe był angielskim benedyktynem, który w swych „Rocznikach” opisał wielki głód panujący na Wyspach w latach 1315–1317. Cała Europa Zachodnia cierpiała wówczas z powodu kilkuletnich nieurodzajów, wywołanych ulewami, trwającymi nierzadko przez kilka miesięcy. W ciągu tych lat Stary Kontynent stracił z powodu głodu 15–25% populacji. „Zwykłe rodzaje mięsa, nadające się do jedzenia, były zbyt rzadkie; mięso końskie było cenne; pulchne psy dawno zostały zjedzone. Według wielu relacji mężczyźni i kobiety w wielu miejscach potajemnie zjadali własne potomstwo”, czytamy w „Rocznikach”. Częściej jednak rodzice, którzy nie mogli wykarmić dzieci, zostawiali je na rozstajach dróg, mając nadzieję, że może jacyś miłosierni podróżni ulitują się nad nimi i podzielą się jedzeniem. Różnie z tym bywało. Czasami to nie z nimi, ale nimi się dzielono podczas kanibalistycznej uczty. Niektórzy badacze folkloru uważają, że te wydarzenia stały się kanwą baśni o Jasiu i Małgosi (z niem. Hänsel und Gretel), porwanych przez czarownicę żyjącą w lesie, która zamierzała ich zjeść. Baśń powstała w średniowieczu, ale zapisali ją i opublikowali w 1812 r. dopiero bracia Grimmowie.

„Roczniki” Jana z Trokelowe opowiadają również o tym, jak w czasie wielkiego głodu osadzeni w więzieniu złodzieje z powodu braku żywności zaciekle atakowali nowych więźniów i pożerali ich na pół żywych.

Oprócz nieurodzajów i wybuchów epidemii również przeciągające się na danym obszarze wojny powodowały, że leżąca odłogiem ziemia nie przynosiła plonów. Na dodatek wszelkie zapasy z lepszych lat były zabierane ludności przez grasujące w okolicy zbrojne oddziały. I tak wojna litewsko-rosyjska, tocząca się w latach 1558–1570 pomiędzy wspieranym przez Polskę Wielkim Księstwem Litewskim a Rosją, sprawiła, że na ogołoconych z pożywienia pogranicznych terenach już w 1571 r. wybuchła wielka epidemia morowego powietrza połączona z występowaniem ludożerstwa. Oczywiście to niejedyny przypadek, kiedy „powietrze, ogień, głód i wojna” powodowały, że będący u kresu wytrzymałości ludzie dopuszczali się aktów bestialstwa, w tym kanibalizmu. I przykładów takich wcale nie trzeba szukać tylko w zamierzchłej przeszłości. Mówi się o przypadkach spożywania ludzkiego mięsa przez zdesperowanych ludzi w Irlandii w czasie głodu spowodowanego przez zarazę ziemniaczaną w latach 1845–1849 oraz hołodomoru (wielkiego głodu) na Ukrainie (1932–1933), celowo wywołanego przez rosyjskich komunistów. Głód także sprawił, że członkowie nieudanej ekspedycji Johna Franklina do Arktyki w 1845 r. spożywali mięso zmarłych współuczestników wyprawy, a w 1972 r. ciała towarzyszy zabitych podczas katastrofy lotniczej w Andach jedli ci pasażerowie samolotu, którzy tę katastrofę przeżyli.

***

Słowo „kanibal”

Po raz pierwszy pojawiło się w języku angielskim w połowie XVI w. za sprawą hiszpańskich odkrywców. Gdy w 1492 r. Krzysztof Kolumb przybił do wysp archipelagu Bahama, dowiedział się od tubylców, że rywalizujące z nimi plemiona Caribs (Karaibowie) jedzą ludzi. Od nazwy tych domniemanych ludożerców (zlatynizowane Canibales) wzięło się słowo „kanibal” oraz „kanibalizm”. Trzeba przyznać, że informatorzy wielkiego odkrywcy z przerażeniem i dezaprobatą mówili o okrutnych praktykach swoich, było nie było, ziomków, uważając to za złamanie tabu.

01.01.2019 Numer 1/2019

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną