Człowiek

Psychodeliczny król

Numer 12/2018
Sandratsky Dmitriy / Shutterstock
Kontrowersyjny chemik Alexander „Sasha” Shulgin był odkrywcą starej daty. Interesowały go nieznane lądy, lecz nie te na mapie, ale wewnątrz nas. Odkrywał je dzięki nowym, często zakazanym substancjom psychodelicznym.
Tabletki ecstasy. Miały poszerzać świadomość, a stały się imprezową używką.Couperfield/Shutterstock Tabletki ecstasy. Miały poszerzać świadomość, a stały się imprezową używką.
Jazgrza Williamsa (pejotl). Te produkujące meskalinę, święte dla Azteków sukulenty Shulgin hodował w ogródku.kakteen/Shutterstock Jazgrza Williamsa (pejotl). Te produkujące meskalinę, święte dla Azteków sukulenty Shulgin hodował w ogródku.

Dawka: 80–150 mg. Czas działania: 4–6 godzin.

100 mg: Byłem w dobrym, lekkim nastroju, lecz kryło się pod tym przekonanie, że wydarzy się coś ważnego. Nastąpiła zmiana w perspektywie, zarówno w bliskim polu widzenia, jak i dali. Mój zazwyczaj słaby wzrok się wyostrzył. Widziałem odległe szczegóły, których nie dostrzegałem normalnie. Po tym, jak szczyt doświadczenia minął, moim głównym stanem była głęboka relaksacja.

120 mg: Czuję się absolutnie czysty wewnątrz, nie ma niczego prócz nieskażonej niczym euforii. Nigdy nie czułem się tak wspaniale ani nie wierzyłem, że to możliwe. Czystość, jasność i cudowne uczucie wewnętrznej siły trwało przez resztę dnia, wieczór i przez następny dzień (...). Przez cały następny dzień czułem się raczej jak obywatel wszechświata niż obywatel planety, zupełnie odłączony od czasu, płynnie przechodząc od jednego zajęcia do drugiego (...). Każdy powinien doświadczyć tak głębokiego stanu. Jestem całkowicie spokojny. Moje życie zmierzało do tej chwili i czuję się, jakbym wrócił do domu. Jestem spełniony”.

To fragment książki „PiHKAL”. Skrót w tłumaczeniu rozwinąć można jako „Fenyloetyloaminy, które poznałem i pokochałem: Chemiczna historia miłości”. Ten konkretny opis dotyczył syntezy i – jak można zauważyć, niezwykle pozytywnego – doświadczenia z 3,4-metylenodioksymetamfetaminą, znaną szerzej pod nazwą MDMA lub, częściej, ecstasy.

„PiHKAL” jest wyjątkową książką. Nie sposób tego dzieła zakwalifikować jako publikacji naukowej (pierwsza część to romantyczne spojrzenie na małżeństwo autora), nie jest też podręcznikiem ani fikcją literacką. Być może najprościej zdać się w kwestii kategoryzacji na podtytuł wydawnictwa: „Chemiczna historia miłości”.

Niewydany wciąż po polsku „PiHKAL” stanowi pozycję kultową dla psychonautów, badaczy odmiennych stanów świadomości za pomocą m.in. substancji psychodelicznych, a autor, Alexander „Sasha” Shulgin, był w tym środowisku traktowany jak półbóg. Wysoki, lekko przygarbiony brodaty mężczyzna z chmurą śnieżnobiałych włosów stał się dla psychonautów Tolkienowskim Gandalfem Białym psychodelików, chemicznym szamanem, poszukiwaczem i twórcą nowych substancji zmieniających świadomość, testującym je najpierw na sobie, później na żonie, psychoterapeutce Ann, a finalnie – na grupie kilkorga przyjaciół. Był jedynym chemikiem zeszłego stulecia traktowanym jak gwiazda rocka – otoczonym wianuszkiem fanów na amerykańskim festiwalu Burning Man, rozdającym autografy na konferencjach naukowych. Jednym słowem, Shulgin został legendą za życia.

Dla przeciwników zaś był po prostu ojcem chrzestnym ecstasy, szalonym naukowcem, pośrednio odpowiedzialnym za upowszechnienie się niebezpiecznych substancji, takich jak wspomniane ecstasy, ulubiony narkotyk miłośników muzyki klubowej lat 90., czy STP, za którego sprawą przedstawiciele amerykańskiej kontrkultury lat 60. trafiali na oddziały pogotowia ratunkowego (wedle mediów jeden z nich popełnił seppuku po zażyciu substancji).

W rzeczywistości zmarły w 2014 r. Alexander Shulgin nie był ani jednym, ani drugim. Nie był ani demonem szalejącym wśród kolb i menzurek, ani zbawcą świata z halucynacyjną aureolą. Był znakomitym rzetelnym chemikiem zainteresowanym rzadką dziedziną tej nauki, a jednocześnie prawdziwym mistykiem XX w.

Kilka godzin uniesienia

Północnoamerykańskie wiewiórki z gatunku Sciurus griseus przez lata były największym – oprócz antynarkotykowej agencji rządowej DEA – wrogiem Shulgina. Nie okazując należytego szacunku wobec dorobku naukowca, wchodziły przez komin do jego zakurzonej, ciasnej pracowni, położonej na jednym z malowniczych wzgórz obok San Francisco, rozbijały sprzęt laboratoryjny i buteleczki opatrzone wzorami chemicznymi nowych psychodelików. Na odpowiednie zabezpieczenia przed nimi naukowiec nie miał pieniędzy – mimo sławy pod koniec życia małżeństwo ledwo wiązało koniec z końcem, opłacając rachunki dzięki wynajmowi ziemi firmie telekomunikacyjnej i datkom od wdzięcznych fanów. Shulgin po prostu więc zasłaniał komin kawałkiem deski.

Teoretycznie mógłby pracować w ogromnym laboratorium ze sprzętem wartym miliony dolarów, asystentami i sekretarkami i nie przejmować się jakimiś lokalnymi gryzoniami – bo w latach 60. wiele wskazywało na to, że tak będzie. „Sasha”, wówczas młody doktor biochemii, weteran II wojny światowej, był obiecującym pracownikiem firmy Dow Chemical, zajmującej się m.in. produkcją środków do ochrony roślin. Jednak pewnego wiosennego dnia wszystko się zmieniło: przyjaciele poczęstowali go meskaliną, świętym wśród ludów Ameryki Południowej związkiem chemicznym zawartym w niektórych kaktusach. Shulgin miał objawienie. Zdał sobie sprawę, że to, co przeżył, zobaczył i usłyszał po zażyciu meskaliny, nie mogło mieścić się w samym narkotyku – wizje, doznania i dźwięki wyprodukowały jego własne „umysł i dusza”.

Odezwała się w nim żyłka eksploratora. „Oto niebywale bogaty i niezbadany obszar, który muszę zgłębić” – postanowił sobie. Miał pasję i talent, nie dysponował jednak odpowiednimi warunkami ani pieniędzmi na badania. Te ostatnie przyszły wkrótce, kiedy Shulgin stworzył dla Dow pierwszy biodegradowalny pestycyd o nazwie zectran. Środek przyniósł firmie ogromne zyski i ta w podzięce dała chemikowi wolną rękę w prowadzeniu badań. Przed naukowcem otworzyły się nowe możliwości.

„Jestem całkowicie przekonany, że mamy w sobie całe pokłady informacji, z milami intuicyjnej wiedzy upchniętymi w materiał genetyczny każdej z naszych komórek. Coś, co przypomina bibliotekę z niezliczonymi tomami atlasów, słowników, encyklopedii, lecz bez widocznego wejścia do niej. A bez jakichś drzwi nie sposób nawet zgadywać zakresu i znaczenia tego, co znajduje się wewnątrz. Narkotyki psychodeliczne pozwalają na eksplorację tego wewnętrznego świata i wgląd w jego naturę” – tłumaczył Shulgin we wstępie do „PiHKAL”. „Nasze pokolenie jest pierwszym w historii, które uczyniło poszukiwanie samoświadomości przestępstwem, jeśli tylko środkiem do otwarcia psychicznych drzwi są rośliny lub związki chemiczne”.

Jedną z dróg do „wewnętrznej biblioteki” mogłoby być dawno zapomniane MDMA, opatentowane w 1914 r. przez niemiecką firmę Merck. O narkotyku wspomniała Shulginowi jedna z jego studentek. Shulgin był jednak rozczarowany wynikiem przeprowadzonego na sobie „testu”. „To niskokaloryczne martini” – stwierdził, ale jednocześnie docenił potencjał substancji. Zażycie MDMA skutkowało bowiem wzrostem empatii i ciepłych uczuć (w tym roku potwierdziły to badania nad tą substancją, podawaną... ośmiornicom) przy braku halucynacji wizualnych i dźwiękowych. Wkrótce MDMA zaczęto stosować w gabinetach terapeutycznych jako znakomity „wyzwalacz emocji” u pacjentów. Ludzie, którzy zazwyczaj potrzebowali miesięcy, by otworzyć się na sesji, teraz robili to po kilku godzinach.

Dziś badania nad leczeniem za pomocą MDMA wciąż trwają, choć nie są tak intensywne jak w latach 70. Głównie za sprawą złej sławy narkotyku, który szybko wydostał się z gabinetów i trafił na parkiety klubów. Sam Doktor Ecstasy, jak ochrzcił Shulgina „New York Times”, był zdegustowany takim obrotem sprawy. W „PiHKAL” porównał psychodeliki do telewizji: jeśli racjonalnie przełączasz kanały, masz szansę wiele się dowiedzieć, ale dla innych ludzi to tylko rozrywka. „A jeśli nie szuka się niczego głębokiego, to – zazwyczaj – niczego głębokiego się nie doświadcza”. Shulgin natomiast zainteresowany był tylko tym, co głębokie, a czasem leczące. Ma na swoim koncie zsyntetyzowanych ok. 800 psychodelicznych związków chemicznych. Imponujący wynik, gdy weźmie się pod uwagę, że na początku XX w. świat zachodni znał tylko dwa takie: meskalinę i marihuanę.

Wśród odkryć Shulgina są substancje psychoaktywne, które dodają energii i które usypiają, które kurczą mięśnie i zapewniają poczucie jedności z kosmosem, które dodają humoru i wydłużają szczytowanie do kilku godzin. Swoją drogą, to ostatnie doświadczenie zdaniem Shulgina nie jest aż tak wspaniałe, jak by się mogło wydawać, ale badania łączące oddawanie się miłości i psychodeliki były dla małżeństwa Shulginów niezwykle ważne: „Jeśli jakiś narkotyk nie wywołuje u ciebie podniecenia, to coś z nim jest nie tak”, mawiała Ann.

Zalegalizować wszystko!

Hobbystyczna produkcja nowych narkotyków nie jest zajęciem, które w USA uznaje się za normalne i moralne, mimo to relacje Shulgina i antynarkotykowej agencji rządowej Drug Enforcement Administration były przez dziesięciolecia wyśmienite. Od lat 60. Shulgin pracował jako konsultant DEA, szkolił agentów z zakresu farmakologii, służył im jako biegły sądowy, dostarczał agencji próbek narkotyków, przyjaźnił się nawet z szefem Zachodniego Laboratorium DEA Bobem Sagerem, który udzielał ślubu Shulginom, a potem brał swój na ich posesji. DEA odznaczało Shulgina za jego zasługi, zezwalając mu na posiadanie substancji formalnie zakazanych przez amerykańskie prawo.

Sielanka trwała do 1993 r. Wtedy, dwa lata po wydaniu „Chemicznej historii miłości”, agencja uznała, że Shulgin napisał „książkę kucharską z przepisami, jak przygotować nielegalne substancje”, cytując jej rzecznika, i że skoro można ją znaleźć w podziemnych laboratoriach, to nie pozostaje nic innego jak skończyć z pobłażliwością dla „Sashy”. W tym samym roku agenci najechali posiadłość Shulginów, zarekwirowali wszystko, co wydawało im się podejrzane, i ukarali chemika grzywną 25 tys. dol., opłaconą zresztą szybko przez jego fanów i możnych znajomych (a miał takich w San Francisco wielu). Opisane w książce substancje z miejsca trafiły na rządową czarną listę.

Czy działalność słynnego chemika miała swoje ciemne strony? Bez dwóch zdań. Zawarte w „PiHKAL” i jej kontynuacji z 1997 r. „TiHKAL” („Tryptaminy, które poznałem i pokochałem”) informacje posłużyły narkotykowym bossom do zbicia fortun. Znany jest przypadek zgonu po zażyciu substancji, którą autor uznał za bezpieczną. Ecstasy stało się z czasem plagą dyskotek – choć należy być uczciwym: badania pokazały, że tabletki na imprezach rzadko zawierały MDMA; częściej był to dowolny i niebezpieczny koktajl chemiczny.

Shulgin bronił się przed oskarżeniami, mówiąc, że tylko dlatego, że jakaś grupa ludzi nieodpowiedzialnie korzysta z psychodelików, nie oznacza jeszcze, że należy ich zakazywać. „Wszystkie narkotyki powinny być legalne. Wybór jest kwestią osobistą. Po legalizacji związana z handlem narkotykami przestępczość spadnie, pieniądze przeznaczone na walkę z nimi będzie można zaoszczędzić, a liczba uzależnień się zmniejszy bez całej tej otoczki owocu zakazanego”, argumentował w wywiadzie dla „Guardiana” w 1997 r. Wyjątki: prawo powinno zabraniać jazdy samochodem na haju i odurzania nieletnich.

On sam był dowodem, że eksperymenty z narkotykami nie zawsze muszą czynić szkody – mimo przeprowadzenia na sobie ponad 2 tys. „testów psychodelicznych” do końca życia zachował umysł przejrzysty jak powietrze w czerwcowy poranek. Grał na fortepianie i skrzypcach, pisał książki i pracował w ciasnym, zakurzonym laboratorium. Do końca też szukał kolejnych „drzwi percepcji”. Na stworzonej przez niego skali intensywności psychodelików najwyższą notą są cztery plusy. Jest to „rzadki i cenny stan transcendentalny”, inaczej „boska transformacja”, „stan samādhi”. Gdyby znalazł narkotyk zapewniający taki stan trwale, byłby to prawdopodobnie koniec wszystkich eksperymentów.

Alexander Shulgin zmarł na raka 2 czerwca 2014 r. i nikt się nigdy nie dowie, czy po śmierci odnalazł swoje cztery plusy.

Paweł Bolesław Franczak
filozof i psychoterapeuta

***

Macki i MDMA

Badania Shulgina nad MDMA (ecstasy) pojawiły się ostatnio w niecodziennym kontekście za sprawą naukowców z Johns Hopkins University i Marine Biological Laboratory. Podali oni MDMA dwóm ośmiornicom z gatunku Octopus bimaculoides znajdującym się w osobnych zbiornikach z wodą. Stworzenia te nie są zazwyczaj wobec siebie zbyt przyjazne. To raczej samotniki, bardzo inteligentne, lecz niekiedy agresywne wobec niechcianych towarzyszy. Tymczasem po 10 min kąpieli w wodzie z psychodelikiem badane głowonogi chętnie przebywały z sobą, a nawet się dotykały. – To przypomina zachowanie ludzi pod wpływem MDMA, ludzie także dotykają się częściej – mówi jeden z badaczy, dr Gül Dölen.

Wyniki eksperymentów opublikowano w „Current Biology”. Autorzy są ostrożni w wyciąganiu wniosków, jako że to dopiero pierwsze takie badanie, ale ich zdaniem mamy więcej wspólnego z ośmiornicami, niż do tej pory uważano, mimo że nasze ewolucyjne ścieżki rozeszły się dobre 500 mln lat temu.

– Nasze badania sugerują, że niezbędne do tego typu zachowań społecznych związki chemiczne w mózgu, neurotransmitery przenoszące sygnały między neuronami, nie zmieniły się w drodze ewolucji – wyjaśnia dr Dölen.

01.12.2018 Numer 12/2018

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną