Człowiek

Śmierć pod śniegiem

Numer 11/2018
Tak ­transportuje się w ­górach osobę poszkodowaną. Tak ­transportuje się w ­górach osobę poszkodowaną. CandyBox Images / Shutterstock
Tatrzańskie lawiny zabijają. Zazwyczaj ginie się w nich z uduszenia. 25% przypadków to jednak śmierć na skutek urazów odniesionych w trakcie spadania, co wynika z rzeźby terenu. Jak wygląda praca ratowników w tych trudnych warunkach?
materiały prasowe

W polskich Tatrach nie ma dużych otwartych pól śnieżnych, a mówiąc ściślej, jest ich procentowo mniej niż ostrych, drapieżnych skał. Dlatego nawet niewielkie lawiny, z małą ilością śniegu, stanowią duże zagrożenie – tłumaczy Marcin Józefowicz, szef szkolenia Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (TOPR). – Według statystyk najwięcej wypadków zdarza się przy drugim, a więc umiarkowanym, stopniu zagrożenia lawinowego, choć były śmiertelne zdarzenia nawet przy lawinowej jedynce! Tatrzańskie lawiny, żeby zabić człowieka, nie muszą go zasypać, wystarczy, że strącą go w przepaść lub w bardzo skalisty teren. Są, mówiąc brutalnie, jak maszynki do mięsa: schodząc wąskimi skalistymi żlebami, dosłownie mielą swoją ofiarę.

Piętnaście minut

W latach 90. XX w. po raz pierwszy została wykreślona przez ratowników górskich tzw. krzywa przeżycia. Najpierw Szwajcarzy, a później Kanadyjczycy przeanalizowali kilkaset przypadków zasypania, tworząc wykres, w którym zaznaczone były punkty czasowe określające moment zasypania, moment wezwania służb, moment odkopania zasypanego oraz czas pomiędzy zasypaniem a udzieleniem pomocy i w końcu skutki, czyli ile osób przeżyło. Wykres bardzo wyraźnie pokazał, że jeżeli pomoc nadejdzie w pierwszych 15 minutach, to szanse na uratowanie ma aż 90% zasypanych. 10% z tej grupy ginie zazwyczaj z powodu śmiertelnych urazów. Po 15 minutach szanse na wyciągnięcie żywych ludzi gwałtownie spadają.

Te analizy wpłynęły na zmianę standardów i schematów postępowania ratowników, którzy zaczęli koncentrować się na jak najszybszym dotarciu na miejsce zdarzenia, przy czym Szwajcarzy na podstawie swoich obserwacji stwierdzili, że ratowanie ludzi z lawin jest najbardziej skuteczne wtedy, gdy robią to towarzysze zasypanych lub świadkowie zdarzenia. Nikt inny bowiem nie jest w stanie odnaleźć zasypanych w pierwszych kluczowych 15 minutach, czyli w czasie, w którym ofiary mają największe szanse na przeżycie. Ratownicy w najlepszym przypadku znajdą się na lawinisku pod koniec tego złotego kwadransa, jeśli będzie śmigłowiec i lotna pogoda. Każda następna minuta skazuje zasypanych na śmierć, dlatego ratunkiem dla nich są ci, którzy znajdują się na miejscu i mogą błyskawicznie przystąpić do akcji. Pod warunkiem że wszyscy (i zasypani, i poszukujący) mają odpowiedni sprzęt i potrafią się nim posługiwać.

– Nigdy nie zapomnę „mojej” pierwszej lawiny, o której dowiedziałem się z… telewizji – wspomina ratownik TOPR Jerzy Maciata. – Był luty 1987 r. Siedziałem w domu i oglądałem wiadomości, gdy dziennikarz nagle podał, że w Tatrach zeszła lawina ze Świńskiego Kotła, porywając ludzi. Nie dosłuchałem reszty wiadomości, bo natychmiast się spakowałem i pojechałem do centrali, gdzie już rozpoczęła się organizacja wyprawy. To, co zobaczyliśmy na miejscu, przerosło nasze najgorsze wyobrażenia. Lawinisko miejscami miało 11 m głębokości! Masy śniegu zeszły z Goryczkowej Czuby po tym, jak dwóch niemieckich turystów, nieświadomych zagrożenia, podcięło masy śniegu. Panowie chcieli sobie skrócić drogę na Giewont, przetrawersowali więc Pośredni Goryczkowy Wierch i wpadli prosto w szpony żywiołu. Ten, który szedł pierwszy, dostał się w główny nurt lawiny, drugiego zaś wyrzuciło na jej obrzeża, dzięki temu przeżył. Został tylko lekko zasypany, zdołał się samodzielnie odkopać i ruszył po pomoc.

Akcja poszukiwawcza trwała trzy dni. Trzy długie dni bez nadziei na uratowanie mężczyzny, a potem także bez nadziei na odnalezienie jego ciała. Trudno przesondować jedenastometrową warstwę śniegu, skoro sondy lawinowe mają zaledwie 4 m długości. W poszukiwaniach brali udział żołnierze i ratownicy z podhalańskiej grupy GOPR-u. Na miejscu pracowało ponad 100 osób. W końcu zrobiło się trochę pospolite ruszenie ludzi, z których część była do tego totalnie nieprzygotowana. Mróz tymczasem trzymał sakramencki, minus 32°C! Ludzie poodmrażali sobie nogi, ręce, twarze. Walka z tym śniegiem była prawdziwym piekłem. Kopaliśmy dwumetrowe rowy, licząc, że natkniemy się na jakiś ślad zasypanego. W końcu daliśmy za wygraną. Znaleźliśmy go dopiero w maju. Kiedy śnieg częściowo się wytopił, dyżurni z Kasprowego Wierchu wypatrzyli dziwną aktywność lisów w tym terenie, na lawinisko poszła więc grupa poszukiwawcza z psem, który błyskawicznie znalazł ciało. Okazało się, że turysta był 9 m pod śniegiem!

W czepku urodzony

Dawniej, jeśli z lawiny nie wystawała jakaś część ciała zasypanego, odnalezienie go trwało tak długo, że nikt nie wierzył w ocalenie ofiary. Żywych ludzi udawało się wydobyć niezwykle rzadko, i to właściwie tylko wtedy, gdy sprzyjało im szczęście. Gdy znaleźli się w miejscu, gdzie była wystarczająco duża przestrzeń, by dało się oddychać, gdzieś pod skałą lub blisko potoku, a jednocześnie mieli tyle farta, żeby spadając, nie rozbili się o skały.

– Pamiętam chłopaka, którego wyciągnęliśmy z lawiny po dwóch godzinach od zasypania – wspomina ratownik TOPR Andrzej Blacha. – To było w Świstówce. Przyszło zgłoszenie z Pięciu Stawów, że właśnie dotarł do schroniska turysta, którego razem z kolegą porwała lawina. On zdołał się wykopać sam, ale kolegi nie odnalazł. W pierwszym rzucie poleciałem ja i Marcin Józefowicz. Chcieliśmy obejrzeć lawinisko ze śmigłowca, ale wiało tak potwornie, że nie było szans, dlatego pilot podszedł od Doliny Roztoki, wysadził nas na czole lawiniska i poleciał po następnych ratowników. Weszliśmy na śnieg, idziemy i nagle Marcin mówi: „Cicho!”. Nie wiem, jakim cudem… usłyszeliśmy coś spod śniegu. Chłopak był w czepku urodzony. Nie mam pojęcia, ile było takich przypadków na świecie, ale ten dziewiętnastolatek z Krakowa wyraźnie był w maleńkiej grupce wybrańców. Zasypało go w pozycji pionowej na tyle szczęśliwie, że ręka została przy twarzy, dzięki czemu miał poduszkę powietrzną. Był także znakomicie ubrany, co uchroniło go przed wychłodzeniem. Zaraz po zejściu lawiny stracił przytomność, dlatego nie słyszał szukającego go kolegi, odzyskał świadomość, gdy już nikogo nie było w pobliżu. Później dotarł do niego dźwięk nadlatującego śmigłowca i nasze głosy, dlatego zaczął krzyczeć. Dokopaliśmy się do niego błyskawicznie. Miał nad sobą 80 cm śniegu, w miarę lekkiego, dlatego przechodziło przez niego powietrze. Od pasa w dół był jednak strasznie zabetonowany. Dosłownie skała – łopaty nie chciały się wbić. Gdyby śnieg tak bardzo stężał na wysokości jego klatki piersiowej, nie zdołałby oddychać. W szpitalu spędził tylko dobę. Po kilku dniach jego wdzięczna mama przywiozła nam w podzięce pudło ciastek.

– 15 lat temu odkopaliśmy gościa, który siedział w lawinie trzy i pół godziny! To było na Słowacji – wspomina Jerzy Maciata. – Akurat byliśmy u nich na szkoleniu psów, gdy z rejonu Żółtej Ściany spadła lawina, porywając jedną osobę. Natychmiast ruszyliśmy na pomoc, tyle że warunki były tak straszne, że długo szliśmy na miejsce wypadku. Śnieżyca, zawierucha, sakramencki mróz. Łatwo nie było. Na szczęście psy szybko oznaczyły zasypanego, który, jak się okazało, wygrał los na loterii. Śnieg wbił go pod skałę, obok potoku, dlatego miał dostęp do powietrza. Leżał odwrócony do góry nogami, jedną ręką mógł trochę ruszać, kiedy więc ratownik wbił sondę lawinową, chcąc go dokładnie namierzyć, natychmiast ją złapał i zaczął nią nerwowo szarpać. Ratownik, zaskoczony niespodziewaną reakcją z dołu, o mało z przerażenia nie wyzionął ducha. Nigdy wcześniej nie zdarzyła mu się taka bezpośrednia interakcja z zasypanym, ten z kolei bał się, że sondujący go ominie. Uratowany okazał się ratownikiem, który szedł z kolegą do Chaty Téry’ego. Miał ze sobą radio i wszystko przez nie słyszał, wiedział więc, że po niego idziemy, i jak potem powiedział, to trzymało go przy życiu.

Miał szczęście, bo wtedy na szkoleniu było chyba ze 20 psów lawinowych i wszyscy ruszyli na lawinisko. Leżał 2 m pod śniegiem. Te opowieści pokazują, że cuda się zdarzają, ale należy je rozpatrywać właśnie w kategorii cudów. Zdecydowana większość porwanych przez lawiny ginie z powodu zbyt późno nadchodzącej pomocy, mimo że teraz mamy już narzędzia, by szybko zasypanego odnaleźć i jak najszybciej odkopać. Nieprzypadkowo używam tu pierwszej osoby liczby mnogiej, wracam bowiem do idei ratowania ofiar przez świadków wypadku, którymi możemy być także my. Wszyscy zatem w razie konieczności możemy pomóc, jeśli będziemy wiedzieć jak i jeśli będziemy do tego przygotowani.

Recco

Ratownicy i specjaliści od lawin od zawsze zastanawiali się, jak zwiększyć efektywność poszukiwań zasypanych, wiedząc, że największym ich wrogiem jest szybko upływający czas. Sięgano więc po nowoczesne technologie, które rozwijały się w jeszcze bardziej nowatorskie rozwiązania, dzięki czemu kilka lat temu pojawił się systemem Recco. Specjalne płytki wszywane w spodnie, kurtki i buty odbijają fale radiowe, co pozwala namierzyć zasypanego za pomocą specjalnych anten. Te jednak posiadają wyłącznie służby górskie, wciąż więc ta pomoc uzależniona jest od ich czasu przybycia na miejsce zdarzenia. Mimo postępu wróciliśmy zatem do punktu wyjścia, czyli wyścigu z czasem. Tego prawdopodobnie nigdy nie uda się wyeliminować. Obecnie najskuteczniejszym narzędziem są detektory lawinowe (pierwsze pojawiły się na rynku w 1972 r.), a właściwie tzw. zestaw lawinowy, w skład którego dodatkowo wchodzą sonda i łopatka lawinowa. Każda z tych rzeczy jest ważna, a brak którejś z nich może uniemożliwić ratunek.

Detektor lawinowy to urządzenie elektroniczne służące do szybkiego lokalizowania zasypanych. Może pracować w trybie nadawania lub odbioru. W momencie wyjścia na wycieczkę OD RAZU zakładamy detektor w specjalnej uprzęży – bezpośrednio na tułów – i OD RAZU włączamy go na tryb nadawania, przy czym słowa: „od razu zakładamy” i „od razu włączamy” są tu kluczowe. Bywały na świecie przypadki odnalezienia turystów, którzy, owszem, mieli detektory, ale albo wyłączone (bo jeszcze za wcześnie, jeszcze nie tu), albo włożone do plecaka. Lawina zerwała plecak, rzuciła gdzieś daleko i w efekcie ratownicy szukali nie człowieka, lecz pikającego sprzętu.

Sonda lawinowa to nic innego jak długi składany drut, który pozwala nakłuwać śnieg, dzięki czemu można bardzo precyzyjnie namierzyć zasypanego. To ma znaczenie, bo odkopywanie wcale nie jest łatwe. Lawina po zatrzymaniu się błyskawicznie tężeje, jak to mówią ratownicy, „betonuje się”. To niezwykle plastyczne określenie tego, co faktycznie się dzieje. Siła rozpędu i masa śniegu powodują, że biały puch natychmiast przestaje być puchem, a staje się sprasowaną lodowo-śnieżną masą, w którą trudno wbić łopatę. Nie mówiąc już o dłoniach. Wszystkie filmowe historie, pokazujące rzekomo udane dokopanie się gołymi rękami do zasypanego, są wierutną bzdurą. Nikomu nigdy to się nie udało, choć wielu próbowało. Dlatego łopatka lawinowa jest niezbędna! Na szczęście producenci sprzętu lawinowego doskonale o tym wiedzą, dzięki czemu współczesne wersje są składane i lekkie.

Zestaw lawinowy kosztuje od sześciuset do tysiąca kilkuset złotych, ale można go też wypożyczyć zarówno w Zakopanem, jak i w schronisku w Pięciu Stawach Polskich. Samo posiadanie go nie jest jednak gwarancją sukcesu. Tym sprzętem trzeba się umieć posługiwać, stąd specjalne kursy lawinowe organizowane od dziesięciu lat m.in. w Pięciu Stawach Polskich i na Hali Gąsienicowej. Ratownicy TOPR-u pokazują, jak przygotować się do wycieczki w zimie, unikać lawin i w razie wypadku pomóc zasypanym.

– Zaczynamy od podstaw, czyli od tego, jak rozpocząć akcję ratunkową, będąc świadkiem zdarzenia. To wbrew pozorom wcale nie jest proste. Lawinisko to potężna masa śniegu i jeśli nie wystaje spod niego nic, co mogłoby wskazać lokalizację osoby zasypanej, mamy przed sobą bezbrzeżną białą połać. I tyle. Dlatego szkolenia obejmują obsługę detektora lawinowego, sondy lawinowej, a nawet naukę odkopywania zasypanej osoby, co także jest sztuką. Ratowanie ludzkiego życia może wymagać podjęcia bardzo trudnych decyzji. Okazuje się, że odnalezienie kogoś pod śniegiem nie jest równoznaczne z jego natychmiastowym wykopaniem.

– Jeśli podejrzewamy lub wiemy, że zasypanych jest kilka osób, najpierw próbujemy wszystkie je zlokalizować, o ile umiemy szybko to zrobić. Jeśli nie, skupiamy się na tych, które udało się odnaleźć najszybciej – tłumaczy Józefowicz. – Nie szukamy pozostałych bez końca, bo to byłaby strata czasu. Jeśli detektor wskazuje nam dwie lub trzy osoby zasypane obok siebie, a na lawinisku jesteśmy sami lub w dwójkę, to musimy dokonać selekcji ratowanych, kierując się zasadą, że najpierw odkopujemy tych, którzy mają największe szanse na przeżycie, czyli są najpłycej zasypani. Patrzymy także, jak przebiega tor lawiny. Jeśli część śniegu zeszła łagodnym szerokim żlebem, a reszta spadła nad przepaścią albo w bardzo skalistym terenie, to można przypuszczać, że osoby zasypane w skalistej części mają mniejsze szanse na przeżycie. Natomiast osoby, które znalazły się w szeroko rozsypanej masie śniegu, z łagodniejszym torem lawiny, mają większe szanse na przeżycie. Dlatego najpierw odkopujemy tych, którzy naszym zdaniem nie mieli kontaktu z przeszkodami i którzy są płycej zasypani. Niektóre detektory informują o funkcjach życiowych osoby znajdującej się pod śniegiem, ale – paradoksalnie – tę informację bierze się pod uwagę na końcu. To znaczy, że jeśli ktoś na dwóch metrach daje oznaki życia, a obok mamy kogoś na głębokości metra bez informacji o jego funkcjach życiowych, to i tak najpierw ratujemy płycej zasypanego. Odkopywanie trwa, dlatego trzeba założyć, że będąc w pojedynkę lub w dwie osoby, nie zdążymy wyciągnąć obu ofiar – dajemy więc szansę tej, która jest bliżej powierzchni.

Brzmi to brutalnie, ale to jest typowy triaż medyczny. Oczywiście stosujemy go wyłącznie wtedy, gdy na lawinisku nie ma wystarczającej liczby ludzi do niesienia pomocy, co nie zmienia faktu, że być może podjęte decyzje skazują kogoś na śmierć. Niezależnie od tego, jak dramatyczne są to rozstrzygnięcia, należy je podjąć, bo błędem jest próba jednoczesnego odkopywania kilku osób, jeśli na lawinisku wciąż jest za mało ludzi. Jedna osoba nie jest w stanie we właściwym czasie, czyli w ciągu pierwszych 15 minut, samodzielnie wydobyć człowieka spod śniegu. Te siły muszą być podwojone, a nawet potrojone. Oczywiście odium tych dramatycznych decyzji i poczucie, że ktoś przez naszą decyzję nie przeżyje, spadają na nas, ale trzeba mieć świadomość, że na lawinisku nie bawimy się w Pana Boga. Tu karty zostały już rozdane!

Lawinowce

Ratownicy TOPR-u mają w tej chwili detektory cyfrowo-analogowe, które charakteryzują się dużym zasięgiem, dzięki czemu wyłapują sygnały dźwiękowe ze sporej odległości. Od lat współpracują ze Szwajcarami, którzy wprowadzają nowe, ulepszone modele, prosząc różne grupy górskie o sprawdzanie ich w terenie. Zasięg i poziom technologiczny detektora mają ogromne znaczenie i dobrze byłoby, gdyby turyści o tym wiedzieli i w miarę możliwości wybierali lepszy sprzęt. To naprawdę może uratować życie im i ich współtowarzyszom. Ratownicy oczywiście zdają sobie sprawę, że to wygórowane oczekiwania, zważywszy na to, że przeciętny turysta nie czyta nawet komunikatów lawinowych. Te zaś w sezonie zimowym przygotowywane są codziennie przez dyżurnego ratownika, członka grupy oficjalnie zwanej służbą prognozowania zagrożenia lawinowego, potocznie zwanej „lawinowcami”. Ich zadaniem jest obserwacja zmian zachodzących w pokrywie śniegu oraz analiza prognoz pogody.

„Lawinowiec” w ramach dyżuru wychodzi w góry, by z bliska przyjrzeć się sytuacji w terenie. Korzysta m.in. z metody nivocheck (czyli ocenia tzw. potencjał zagrożenia, posługując się określonym zestawem pytań), zbiera też informacje od kolegów dyżurujących w schroniskach oraz od tych, którzy idą na szkolenia lub na akcję. Wszyscy mają się bacznie rozglądać i obserwować zmiany zachodzące w pokrywie śnieżnej oraz pogodzie.

– Te informacje zestawiamy z danymi synoptyków i ich przewidywaniami, co pozwala nam dość precyzyjnie określić zagrożenie lawinowe – mówi ratownik TOPR Witold Cikowski, podkreślając jednocześnie, że choć komunikat lawinowy jest jednolity dla całych polskich Tatr, to nie wszędzie stopień zagrożenia jest taki sam. – Bywają miejsca mniej lub bardziej niebezpieczne, to oczywiste, ale nie ma zwyczaju dzielenia Tatr na kawałki, by dla każdego z nich podawać inny komunikat. Ogłoszony stopień zagrożenia lawinowego to maksymalny przewidywany stopień na obszarze prognozowania (na całe Tatry ustalane są stopnie zagrożenia dla trzech obszarów: Wysokie Tatry słowackie, Tatry Zachodnie słowackie i Tatry polskie). To, co dzieje się w pokrywie śnieżnej, zależy od bardzo wielu czynników. Inne czynniki istotne są w pełnej zimie, a inne wiosną, gdy słońce zaczyna mocniej przygrzewać. Wtedy normą jest, że rano śniegi są zmrożone, a po południu na nasłonecznionych stokach wszystko zaczyna się topić i spadać z tzw. lawinami gruntowymi.

Ratownicy TOPR-u ogłaszają stopień zagrożenia lawinowego raz dziennie około osiemnastej. Słowackie służby tymczasem robią to rano, ich komunikat pojawia się o 8:30. Tym samym ich informacje są świeższe, tyle że nie bardzo użyteczne w planowaniu wycieczki, jeśli założyć, że robi się to co najmniej dzień przed wyprawą, a w góry powinno się wychodzić o wczesnej porze.

– Dlatego tak ważne dane lepiej mieć wieczorem, zgodnie z międzynarodowymi ustaleniami w tym względzie – przyznaje Witold Cikowski. – Oczywiście rano trudno mówić o nich „świeżynka”, ale mając to na uwadze, prognoza stopnia zagrożenia ustalana jest na podstawie przewidywań synoptyków.

Hipotermia

– Już po godzinie spędzonej pod lawiną możemy myśleć o hipotermii. Im dłuższy jest czas przebywania pod śniegiem, tym wychłodzenie jest bardziej prawdopodobne, wobec tego, jeśli widzimy, że zasypany nie ma widocznych urazów, nie ma unieruchomionej lub wręcz zmiażdżonej klatki piersiowej, a więc miał szansę oddychać, to przyczyną jego śmierci być może jest hipotermia – tłumaczy doktor Kosiński, ratownik TOPR-u, pomysłodawca i współtwórca Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej. – Jeśli zasypany ma temperaturę ciała poniżej 30°C, zaczynamy się zastanawiać, jaki był prawdopodobny przebieg wydarzeń: czy odnaleziony udusił się, a potem wychłodził, czy odwrotnie – najpierw wychłodził, a później zabrakło mu powietrza. Oczywiście nie znamy odpowiedzi na te pytania, ale zawsze zakładamy, że trzeba dać człowiekowi szansę. Od kilku lat mamy specjalne termometry, którymi mierzymy temperaturę ciała, i od tego m.in. uzależniamy dalsze działania. Zasada „nikt nie jest martwy, dopóki nie jest ciepły i martwy”, bierze się z założenia, że nie można stwierdzić zgonu osoby, która jest głęboko wychłodzona.

Hipotermia powoduje, że metabolizm wszystkich ważnych dla życia narządów, a przede wszystkim mózgu, zmniejsza się o kilka procent z każdym stopniem spadku temperatury, jeżeli więc przy normalnej temperaturze ciała, czyli 36,6°C, mózg umiera po 5–6 min niedotlenienia, to okienko czasowe w hipotermii wynosi godzinę i więcej. A to daje nam czas i szansę na to, żeby próbować przywrócić zasypanego do życia, jeśli jego mózg jest wychłodzony, a nie niedotleniony.

Nie każda odkopana osoba kwalifikuje się jednak do takiego postępowania. Czynnikiem dyskwalifikującym są obrażenia ciała. Jeżeli widzimy, że ktoś ma śmiertelne urazy, to nie pozostaje nic innego, jak stwierdzić zgon. Nie sposób się pomylić. Nie wchodząc w szczegóły, powiem tylko, że obraz jest straszliwy, ciała bywają zmiażdżone. Natomiast jeżeli osoba odkopana nie ma obrażeń, a szybkość spadania temperatury jej ciała wskazuje, że być może oddychała pod śniegiem, to jest to potencjalny kandydat do ogrzewania pozaustrojowego. Temperatura ciała człowieka pozwala dość precyzyjnie określić przebieg zdarzenia. Dopóki krąży krew, czyli dopóki bije serce, organizm wychładza się stopniowo, nie ma gwałtownego spadku temperatury. Jeśli ktoś ginie od razu, spadek temperatury jest błyskawiczny.

Wyprowadzenie człowieka z hipotermii to wyższa szkoła jazdy. Przez całe lata proces ten był na tyle nieskuteczny, że mało kogo udawało się uratować. Wlewanie ciepłych płynów do żołądka i do pęcherza moczowego, okładanie pakietami grzewczymi i elektrycznymi kocami było walką z góry skazaną na porażkę. Takimi metodami udawało się podnieść temperaturę co najwyżej o stopień lub półtora stopnia na godzinę, co wydłużało proces ogrzewania do kilku godzin. W tym czasie obumierały lub ulegały poważnemu uszkodzeniu ważne narządy wewnętrzne, które po doprowadzeniu ciała do normalnej temperatury nie podejmowały już pracy. Słowem – człowiek był ciepły, ale martwy.

Jedyną skuteczną metodą wyprowadzenia człowieka z głębokiej hipotermii jest podłączenie go do „starego” dobrego i od lat używanego w kardiochirurgii płucoserca. To maszyna ze specjalnym układem pomp, dzięki którym po chirurgicznym otwarciu klatki piersiowej wypompowuje się krew człowieka, by przepuścić ją, poza jego organizmem, przez oksygenator, w którym dwutlenek węgla zastępowany jest tlenem, później przez system filtrów oczyszczających krew z toksyn i w końcu przez wymiennik ciepła podgrzewający krew! Tak „obrobiona” krew ponownie wpompowywana jest do organizmu człowieka, przy czym pompa tłoczy ją z odpowiednią siłą i energią, imitując w ten sposób pracę serca.

Maszyna używana m.in. do leczenia hipotermii nazywa się ECMO i jest zminimalizowaną wersją płucoserca, a krew może być wypompowywana i wprowadzana ponownie do ciała przez żyłę i tętnicę udową – po małym nacięciu w okolicy pachwiny i bez konieczności otwierania klatki piersiowej.

– ECMO jest w stanie w ciągu godziny podnieść temperaturę ciała o sześć stopni (a nie o jeden, jak w tradycyjnych metodach), co pozwala na szybkie wyprowadzenie człowieka z hipotermii. Ten proces, w zależności od stopnia wychłodzenia, może trwać trzy, cztery godziny, ale trzeba pamiętać, że w tym czasie dzięki maszynie organizm ma wszystko, czego potrzebuje – krew jest ogrzana, utlenowana i wyczyszczona – tłumaczy Kosiński.

Otrzeć się o śmierć

Chyba nie ma ratownika, zwłaszcza w gronie tych z długim stażem, którego choć raz nie porwałaby lawina. Są wśród nich prawdziwi rekordziści, którzy spadali ze śniegiem co najmniej kilka razy. Opowieści na ten temat jest mnóstwo, zarówno z dawnych czasów, jak i całkiem współczesnych. Wszystkie mają swoją dramaturgię, nawet jeśli przekazywane są w lekki sposób.

– Poszukiwaliśmy raz zaginionych pod Mięguszowieckim Szczytem – wspomina Kazimierz Gąsienica--Byrcyn. – Poszliśmy na rekonesans we trzech, ale zeszła lawina i wszystkich nas zabrała. Nawet psa lawinowego „Ujka” Uznańskiego, Cygana, któremu na szczęście wystawał spod śniegu ogon, dzięki czemu mogłem go namierzyć. Mnie lawina wyrzuciła na zewnątrz, zdołałem więc wyciągnąć Cygana, Cygan odnalazł „Ujka”, a Maciek Gąsienica wygrzebał się sam, choć przez chwilę był mocno zdezorientowany, bo wykrzykiwał: „No, gdzie są te herbaty, bo zamówiłem trzy!”.

– Pod koniec lat 70. poszliśmy po chłopaka i dziewczynę, którzy wczesną jesienią wspinali się filarem Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego – wspomina inny ratownik, Adam Marasek. – Przyszło straszne załamanie pogody, w ciągu kilku godzin zrobiła się potworna zima. Spadło mnóstwo śniegu, dlatego dwójka turystów utknęła w ścianie. Postanowili przeczekać tam noc, ale, niestety, chłopak zmarł z wyczerpania i wychłodzenia, a dziewczyna już od świtu krzyczała ile sił w płucach, błagając o ratunek. Nie mogliśmy jednak do niej dojść. Podejście Mnichowym Żlebem skończyło się podcięciem lawiny. Śnieg porwał nas wszystkich – 17 ratowników!

– Jasiek Roj przejechał 200 m – mówi Kazimierz Gąsienica-Byrcyn, który był szefem tej wyprawy. – Całe szczęście, że chwilę wcześniej zdecydowałem, żebyśmy wypięli się z jego liny. Jasiek miał iść przodem poręczować trasę. Jak spadł, to tylko mignął nam w oczach, a nam przed oczami mignęło to, co stałoby się z nami, gdybyśmy wisieli z nim na jego linie. Jasiek pofrunął w dół z taką siłą, że linę wyrwało ze ściany! Najpierw wyleciał ponad masy śniegu, a potem wbił się w nie z impetem. Na szczęście nic mu się nie stało, nas z kolei przysypało tylko częściowo, dlatego wszyscy zdołaliśmy się samodzielnie odkopać. Błyskawicznie jednak zrozumieliśmy, że nie damy rady podejść do dziewczyny. Zawróciliśmy więc, a schodząc, zobaczyliśmy, jak wielkie to było lawinisko i jak ogromne mieliśmy szczęście, że w nim nie zginęliśmy. Wróciliśmy do Morskiego Oka, by o świcie ruszyć ponownie. Tym razem próbowaliśmy podejść przez Zadnią i Małą Galerię, brodząc w śniegu po pas. Ten, który szedł pierwszy, robił za miotłę, czyli zakładał gdzieś stanowisko i podcinał małe lawiny, czyszcząc w ten sposób żleb, ale i to nic nie dało. Doszliśmy do miejsca, którego przekroczenie oznaczało niechybną śmierć. Potężne pole śnieżne tylko czekało na obciążenie, by wyjechać z całą mocą. Wiedzieliśmy, że to koniec, że nie mamy szans, by bezpiecznie dotrzeć do dziewczyny. Kiedy sytuacja wydawała się naprawdę beznadziejna, przyszła wiadomość, że turystka spadła. Wypięła się ze stanowiska, próbując się poprawić, i wtedy zjechała w dół. Na szczęście świeży śnieg zamortyzował upadek i owszem, złamała nogę, ale tym upadkiem ocaliła sobie życie. Gdyby została na półce skalnej, być może nie zdołalibyśmy jej uratować. Po ciało chłopaka poszliśmy, gdy poprawiła się pogoda, ale także podczas tej wyprawy zeszła lawina, porywając jednego ratownika. Przeżył, ale ta akcja poważnie nas przestraszyła.

– Ja z kolei przeżyłem chwilę grozy w Morskim Oku – wspomina Krzysztof Długopolski. – Poszliśmy na Kazalnicę po chłopaka, który miał skręconą kostkę. Niby nic wielkiego, ale następnego dnia zmarł w szpitalu, a my podczas wyprawy dwa razy uciekliśmy kostusze z łap. Były potworne opady śniegu, znajdowaliśmy się w samym środku Bańdziocha, czyli Mięguszowieckiego Kotła, gdy ruszyła lawina. Gdy śnieg wyjechał nam spod stóp, mieliśmy wrażenie, że unosimy się nad nim. Pierwsza myśl, jaka mnie dopadła, to uciekać! Jak najszybciej odskoczyć w bezpieczne miejsce, zejść z toru lawiny. Ale jak? Gdzie? W którą stronę? Żywioł tymczasem się rozpędza i nagle dociera do ciebie, że nic nie możesz zrobić, że jedyne, co pozostaje, to w imię Ojca i Syna, i… stał się cud! Lawina dosłownie przejechała nam po palcach, ale nas ominęła. To było pierwsze ostrzeżenie i pierwszy sygnał, że mamy darowane życie, a jednak my szliśmy dalej. Śnieg sypał tak mocno, że nasze ślady błyskawicznie znikały pod jego kolejnymi warstwami, których przybywało w astronomicznym tempie. W drodze powrotnej nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że igramy z losem, a śmierć depcze nam po piętach. Co rusz zsuwały się mniejsze lawinki, a śnieg zaczął wyjeżdżać nam spod stóp. Nie wiem, jak udało nam się bezpiecznie dotrzeć do schroniska w Morskim Oku. Tam wpakowaliśmy chłopaka do karetki, a sami samochodem toprowskim zjechaliśmy na dół. Ledwo dotarliśmy do centrali, gdy dyżurny z Morskiego Oka zgłosił przez radio, że zaraz po naszym wyjeździe na drogę dojazdową do schroniska spadła potężna lawina ze Żlebu Żandarmerii. Gdybyśmy ociągali się z wyjazdem, prawdopodobnie zginęlibyśmy w niej. Jednym słowem, dwa razy w ciągu jednego wieczoru otarliśmy się o śmierć, a właściwie wyrwaliśmy się z jej łap.

Ratownicy TOPR-u robią oczywiście wszystko, co możliwe, by zminimalizować ryzyko porwania przez lawinę. Głównie opierają się na własnych doświadczeniach i umiejętnościach oceny terenu, ale z pomocą przychodzą także różne wynalazki. Kilkanaście lat temu na rynku pojawiły się tak zwane plecaki ABS, wyposażone w system poduszek powietrznych, których zadaniem jest utrzymać człowieka porwanego przez lawinę na jej powierzchni. Poduszki wyglądają i działają podobnie jak te montowane w samochodach, z tym że nie są uwalniane automatycznie. Idea jest taka, że w momencie ruszenia lawiny porwany sam odpala system, pociągając specjalny uchwyt (jak w spadochronie), który uwalnia gaz znajdujący się w butli, dzięki czemu po bokach plecaka rozkładają się poduchy, tworząc coś na kształt powietrznych skrzydeł. W ten sposób zwiększa się objętość „obiektu”, nie zwiększając jednocześnie jego masy. I właśnie to ma zapobiec wciągnięciu porwanego pod śnieg. I faktycznie tak się dzieje. Toprowcy stwierdzili, że ten sprzęt doskonale się sprawdza, dlatego już przy drugim stopniu zagrożenia lawinowego wszyscy ratownicy wychodzący na akcję muszą być spakowani do plecaków z systemem ABS.

***

Fragmenty pochodzą z książki Beaty Sabały-Zielińskiej „TOPR. Żeby inni mogli przeżyć”, Prószyński i S-ka, która ukazała się na rynku 30 października.

01.11.2018 Numer 11/2018

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną