Człowiek

Podręcznik wakacyjny: Wstydliwa historia bielizny

Wstydliwa historia bielizny

Numer 10/2018
Frank Fiedler / Shutterstock
Bielizna to część garderoby tak bardzo wstydliwa, że dawne teksty praktycznie na jej temat milczą. Także w źródłach ikonograficznych jest zazwyczaj ukryta pod odzieżą wierzchnią. Przez całe wieki była niemalże zbroją chroniącą przed pokusami ciała, a zmieniano ją częściej, niż się myto.
Albrecht Dürer w białej ­koszuli, autoportret.Wikimedia Commons/Wikipedia Albrecht Dürer w białej ­koszuli, autoportret.
Portret Marii Antoniny (1783) w muślinowej sukience wywołał skandal w Paryżu. Uważano, że była to po prostu bielizna.Wikimedia Commons/Wikipedia Portret Marii Antoniny (1783) w muślinowej sukience wywołał skandal w Paryżu. Uważano, że była to po prostu bielizna.

Naturalnym początkiem prezentowanej historii są oczywiście listki figowe, które wyratowały z kłopotliwej sytuacji naszych prarodziców. Prawdziwym jednak zaskoczeniem dla współczesnych stało się odkrycie w latach 90. XX w. starożytnego bikini, które podziwiać możemy na mozaikach w wilii niedaleko Piazza Armerina na Sycylii, przedstawiających antyczne gimnastyczki. Z braku dowodów – źródeł ikonograficznych czy pisanych – utarło się przyjmować, że wraz z upadkiem cesarstwa na długie wieki zapomniano o bieliźnianych wynalazkach i pod eleganckimi sukniami wierzchnimi oraz spodnimi giezłami skrywano „rajską” nagość.

W rzeczywistości od średniowiecza zarówno kobiety, jak i mężczyźni jako bieliznę nosili długie, najczęściej płócienne koszule. Były one egalitarnym elementem odzieży, ale już jakość materiału, z którego je wykonywano, zależała od zamożności kupującego. Najbogatsi przywdziewali koszule jedwabne czy wykonane z delikatnych przezroczystych tkanin, które niczym mgiełka otulały, co tu ukrywać... brudne ciała.

Iluzja czystości

W dobie renesansu, a także w kolejnych stuleciach koszula wystająca spod odzieży wierzchniej miała swą bielą zwiększać wrażenie odświętności stroju. Biel była też doskonałym tłem do prezentowania kolorowych okryć wierzchnich. Fragmenty koszul widoczne były w rozcięciach rękawów damskich sukien, wystawały też spod męskich kaftanów. Męskie koszule, jak widzimy to choćby na jednym z autoportretów (s. 26) Albrechta Dürera, obficie marszczono i dodatkowo przewiązywano kolorowymi sznurkami, aby stworzyć iluzję rozbudowanej i umięśnionej klatki piersiowej.

Bielizna, jak sama nazwa wskazuje, powinna być biała. Jej kolor był symbolem czystości ciała i statusu społecznego. Bielizna – jak pisał Georges Vigarello w „Historii czystości i brudu” – myje bez wody. Oczywiście na takie myślenie mogli pozwolić sobie jedynie najbogatsi, których kufry skrywały wiele sztuk odzieży spodniej i którzy nie musieli szczędzić środków na utrzymanie jej w czystości. Dawne rachunki i inwentarze są dla nas świadectwem, że bielizna nie była kiedyś artykułem pierwszej potrzeby. Nawet bogaci mieszczanie i szlachta mieli jej zaledwie po kilka lub najwyżej kilkanaście sztuk. W inwentarzach mieszczańskich znajdujemy także wyjątki od tej reguły; żona poznańskiego rymarza Józefa Kolacznego trzymała w swych kufrach aż „koszul 6, koszulek 50 dobrych, koszulek 5 na robotny dzień”. Jednak już w wyprawie królowej Bony znalazło się ponad 100 koszul z cienkiego włoskiego i flamandzkiego płótna, a niektóre haftowane złotem i jedwabiem. W zdobieniu królewskiej bielizny, szczególnie tej reprezentacyjnej, nie szczędzono bowiem drogich kamieni i pereł, oczywiście w miejscach, w których koszula wystawała spod odzieży wierzchniej. Młode dziewczęta wychodzące za mąż otrzymywały bieliznę w posagu, a jeśli po latach użytkowania była w dobrym stanie, przekazywały ją także w spadku lub przerabiały dla dzieci. Ubodzy ludzie przy pracy fizycznej często podwijali bądź wręcz zdejmowali cenną odzież wierzchnią i pracowali w samej bieliźnie, jak widzimy to choćby na miniaturze przedstawiającej bednarzy przy pracy z „Kodeksu Baltazara Behema”.

Nie oznacza to oczywiście, że ówczesne zasady savoir-vivre’u, a tym bardziej wewnętrzna potrzeba nakazywały codzienną zmianę koszuli. I tak np. w dawnych zakonach sprawa ta była uregulowana odgórnie. W XVII w. urszulanki miały wyznaczoną osobę, zwaną bieliźniarką, której zadaniem była troska o bieliznę tych osób, które z jakichś powodów same nie mogą dopilnować jej zmiany. Wydawała ona bieliznę dwa razy w tygodniu – w środy i soboty – lub częściej, jeśli matka przełożona uznała to za konieczne.

Nawet najdelikatniejsza bielizna nie chroniła najbogatszych przed odorem, który wydzielały ich ciała i ciała ich bliskich. O królu Henryku IV Burbonie mówiono wprost: „cuchnie jak ścierwo”. Jeszcze w połowie XVIII stulecia w Anglii w hrabstwie Sussex, jak odnotowuje Katherine Ashenburg w „Historii brudu”, uważano, że człowiek powinien kąpać się regularnie, to znaczy „raz każdej wiosny, przy okazji corocznego puszczania krwi”.

Niewymowne

Nas jednak dręczy ciekawość, czy pod owymi koszulami noszono jeszcze jakieś elementy bielizny. W przypadku mężczyzn sprawa jest jasna. Już choćby w ikonografii średniowiecznej spotykamy się z różnymi fasonami gaci – jak nazywano u nas przez całe stulecia dolną część męskiej bielizny. Ogromną pomocą dla kostiumologa są sceny ukrzyżowania czy męczeństwa przedstawiane przez dawnych malarzy. Patrząc choćby na ukrzyżowanie z dyptyku Jana van Eycka (dzisiaj Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku), widzimy, że biodra Jezusa spowite zostały tradycyjnie w perizonium, a więc przepaskę, a wiszący po dwóch stronach łotrzy noszą różne fasony bielizny. W gacie z epoki ubrał dobrego i złego łotra także Andrea Mantegna w scenie kalwarii, którą możemy oglądać w Luwrze.

Nie wszyscy kostiumolodzy zgadzali się jednak z tym, że także nasze antenatki nosiły ową niewymowną część garderoby, choć wyraźne dowody jej obecności odnaleźć możemy choćby w inwentarzach. Zgodnie z moralnością minionych wieków wszystkie części ciała kobiety od pasa w dół stanowiły tabu. Kilka warstw sukni, zakrywających często nawet czubki butów właścicielki, stanowiło swoisty postument, na którym usadowiony był kobiecy tors. Mówiło się również, że przyzwoita kobieta nie powinna odsłaniać, a także myć niczego poza twarzą i dłońmi. Stąd damskie majtki wkroczyły w świat mody z nie najlepszą reputacją, stanowiąc wręcz atrybut kobiet lekko się prowadzących. Jak pisze Anna Drążkowska w „Historii bielizny”: „Spodnie i bielizna były zawsze uważane za symbol męskiej siły, a noszące je kobiety postrzegane były jako awanturnicze białogłowy, próbujące uzurpować sobie władzę mężów lub jako kobiety o niskiej moralności”. Przyzwoita dama, nawet jeśli już je nosiła, to z pewnością ich nazwy nie wymawiała. Stąd w Anglii mówiono o nich „niewymowne”, we Francji – „niezbędne”, w Niemczech – „strój na nogi”, a w Polsce – „spodnie białogłowskie”.

Dużym zaskoczeniem dla francuskiego dworu królewskiego były z pewnością pantalony, zwane calzoni, które wkładała do jazdy konnej Katarzyna Medycejska. Do tej pory ten element stroju nosiły jedynie włoskie kurtyzany, wabiąc w ten sposób potencjalnych klientów. Usługi zaś świadczone przez panie w pantalonach miały być o jedną czwartą droższe. Moda jednak na owe calzoni zagościła także na innych dworach europejskich. Majtki eleganckiej damy nadawały sylwetce kształty zgodne z aktualną modą, a w dodatku rozchylały się w miejscu, w którym trzeba. Brantôme, autor „Żywotów pań swawolnych”, twierdził nawet, że damy „mogły oddawać się kochankom, nie fatygując się nawet, by spuścić kalesony”. Z pewnością już jednak przyzwoite białogłowy nie nosiły owej części garderoby, a zacne polskie niewiasty do takowych należały. Zabawnym tego dowodem jest anegdota opowiadająca o tym, co zdarzyło się na dworze Wazów jednej z dwórek. Kiedy dama przysłuchiwała się obradom sejmu koronacyjnego, stojąc na drewnianym ganku piętra pałacu, spróchniałe deski załamały się i białogłowa wpadła do dziury, zawieszając się na ciężkiej sukni i licznych halkach. Niestety, brak bielizny tym razem okazał się znaczący, gdyż posłowie ujrzeli pannę „jako się urodziła”.

Obywały się wciąż bez majtek kobiety w czasach dyrektoriatu. Sama Józefina pod pięknymi sukniami, których miała bez liku, raczej ich nie nosiła; miała ponoć zaledwie trzy pary kalesonów z haftowanego płótna i dwie pary jedwabnych – do jazdy konnej. Dopiero moda na krynoliny okazała się sprzymierzeńcem niewymownego elementu stroju. W obawie przed przeziębieniami, a może i kompromitacją w czasie tańców, panie zaczęły wkładać kalesony. Wystające spod sukienki pantalony stały się także symbolem mody dziecięcej, ówczesny savoir-vivre nie przewidywał ich jedynie w dniu Pierwszej Komunii; przypominano matkom, aby nie dopuściły, „by dziewczynka nosiła pantalony w dniu, w którym przyjmuje tak ważny sakrament”.

Zmiany w modzie bieliźniarskiej nabrały tempa z początkiem XX w., a wpływ na to miały z pewnością także wynalazki techniczne (choćby upowszechnienie maszyny do szycia) i odkrycia technologiczne (sztuczne i syntetyczne włókna). Jeszcze na początku tego wieku kobieta wkładała kilka warstw bielizny, a była to koszula do kolan, majtki zakrywające kolana, gorset, stanik gorsecikowy i do dwóch półhalek. Taki komplet bielizny, wyłączając gorset, nazywano garniturem i szyto często na zamówienie w wyspecjalizowanych pracowniach. Po pierwszej wojnie światowej kobiety wyzwoliły się z gorsetów, a bielizna znacznie się uprościła, a także coraz większy wpływ wywierała na nią moda. W latach 20. panie nosiły figi bądź majtki zwane motylkami, szyte ze sztucznego jedwabiu lub trykotu. Jadwiga Suchodolska w wydanym w latach 30. XX w. poradniku „Sztuka ubierania się” à propos owej mody radziła: „Niejedna z pań zapomina o tym, iż zbyt kuse i lekkie ubieranie się «od spodu» bywa powodem zaziębienia organów wewnętrznych i nieraz długotrwałych chorób kobiecych. Należy więc raczej pamiętać o zdrowiu i ochronie swego organizmu, niż o przesadnych wymaganiach mody. Dlatego szczególnie ważnym zagadnieniem jest wybór majteczek odpowiednio do pory roku i klimatu, w jakim przebywamy. Rozpowszechnione obecnie bardzo krótkie majteczki, tak zwane figi, niezależnie od względów przyzwoitości nie dają żadnego zabezpieczenia przed wilgocią i chłodnymi podmuchami wiatru, których przecież w naszym klimacie nie sposób uniknąć, nawet w lecie. Tym bardziej praktykowany przez niektóre osoby zwyczaj obywania się w lecie bez tej, tak niezbędnej, części garderoby, jest całkowicie niedopuszczalny”. Stąd, według autorki, nieodzownym elementem zimowej garderoby powinny być wełniane lub bawełniane ciepłe majtki zwane reformami, wprawdzie nielubiane przez elegantki, ale za to będące dobrym sposobem, by zadbać o zdrowie. Suchodolska zwraca kobietom uwagę, jak ważnym elementem jest bielizna: „Zbyt często lekceważymy bieliznę, uważając ją za rzecz mniejszej wagi, której «nie widać»! Tymczasem naprawdę estetyczne i eleganckie ubranie obejść się nie może bez starannie utrzymanej bielizny. (…) Większość pań nosi obecnie bieliznę kolorową, należy jednak zaznaczyć, iż najbardziej dystyngowany ze wszystkich kolorów na bieliznę jest delikatny odcień różowego, a dla starszych pań – jasna lila. Wszelkie odcienie jaskrawe, a także kolory: niebieski, zielony i żółty – na bieliznę mniej się nadają”.

Dziś nikogo nie zaskakuje bielizna w najróżniejszych kolorach, także ciemnych, czy z barwnym nadrukiem. Bielizna z czasem stała się też bliższa ciału, na co pozwoliły nie tylko nowe materiały ze stretchem czy lycrą, ale przede wszystkim nakaz mody. Bielizna bowiem miała być niewidoczna pod dopasowanymi do figury ubraniami. Niekwestionowanym przebojem lat 90. minionego wieku były z pewnością stringi, także te z koronki koniakowskiej. Na szczęście minęły czasy, gdy słowo „majtki” kalało uszy słuchacza, a dziś już reformy są zasadniczo parlamentarne.

01.10.2018 Numer 10/2018

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną