Człowiek

Podręcznik wakacyjny: Lepiej być wysokim i ubranym

Lepiej być wysokim i ubranym

Numer 7/2018
Olena Yakobchuk, Q-stock / Shutterstock
Wystarczą setne sekundy, żeby na podstawie twarzy, koloru skóry, wzrostu i wagi wyrobić sobie zdanie o czyjejś inteligencji, uczciwości i sympatyczności. Ile jest prawdy w takich sądach, a ile uprzedzeń?
W XVIII w. Wschód zaczynał się tam, gdzie na wzór Tatarów no­szono podgolone ­głowy i sumiaste wąsy, czyli... w I Rzeczypospolitej.Wikipedia W XVIII w. Wschód zaczynał się tam, gdzie na wzór Tatarów no­szono podgolone ­głowy i sumiaste wąsy, czyli... w I Rzeczypospolitej.
Moda upodabnia nas do siebie, ale kolor skóry wciąż jest źródłem uprzedzeń.OlegD/Shutterstock Moda upodabnia nas do siebie, ale kolor skóry wciąż jest źródłem uprzedzeń.
W Azji Południowo--Wschodniej nagość, kołtun i długa broda to oznaki świętości.Sandor Szmutko/Shutterstock W Azji Południowo--Wschodniej nagość, kołtun i długa broda to oznaki świętości.
Broda stała się też obiektem kultu hipsterów. Dzięki nim odżyła zapomniana profesja barbera.oneinchpunch/Shutterstock Broda stała się też obiektem kultu hipsterów. Dzięki nim odżyła zapomniana profesja barbera.
W religiach monoteistycznych nakrycie głowy to symbol pod­porządkowania się Bogu.Ilya Zuskovich/Shutterstock W religiach monoteistycznych nakrycie głowy to symbol pod­porządkowania się Bogu.
W teokracjach nakrycie głowy jest także normą obyczajową.image bird/Shutterstock W teokracjach nakrycie głowy jest także normą obyczajową.
Bezdomność wszędzie wygląda podobnie. Cały dobytek nosi się na własnych barkach.Circlephoto/Shutterstock Bezdomność wszędzie wygląda podobnie. Cały dobytek nosi się na własnych barkach.

Od małego uczymy się, że nie szata zdobi człowieka, że liczy się dusza, a nie ciało. Ale na co dzień rzadko kierujemy się tymi humanistycznymi zasadami. Kiedy spotykamy kogoś pierwszy raz, polegamy na zmysłach i wyposażonym w skrypty poznawcze umyśle, który wrażenia wywierane przez cudzą powierzchowność zamienia w wartościującą informację o czyimś charakterze, kompetencjach i motywacjach. Jednak inaczej niż w popularnej piosence oczy mogą kłamać, a wróżenie z sylwetki i ubioru zwykle prowadzi na manowce.

Wpływ wyglądu na ocenę innych zaczęto intensywnie badać po II wojnie światowej. Impulsem do tego stały się gwałtowne przemiany zachodnich społeczeństw. Kobiety, które podczas wojny przejęły część męskich zawodów, w czasach pokoju nie zamierzały opuszczać z trudem zdobytego rynku pracy. Strukturą społeczną zachwiała z kolei rewolucja kulturalna lat 60., kiedy na tych samych festiwalach i demonstracjach spotykali się przedstawiciele wszystkich klas, a długie włosy, brody i powiewne szaty zdawały się zacierać różnice między nimi. W USA pastor Martin Luther King walczył z segregacją rasową (w tym roku mija 50 lat od jego zabójstwa), a dekolonizacja doprowadziła do fali migracji młodych ludzi o innym kolorze skóry do Europy Zachodniej. Mimo że ludzie o różnej płci, kolorze skóry, włosach, wzroście, budowie ciała i stroju codziennie mijali się w pracy, metrze i restauracjach, sen Johna Lennona o świecie bez uprzedzeń nie chciał się ziścić. Stereotypy umacniały się, zamiast słabnąć. Ich siła zafrapowała socjologów i psychologów społecznych.

Nieuchronność szufladkowania

W badaniach nad źródłami stereotypów ciała dominuje stanowisko adaptacyjne. Preferencje co do wyglądu, wyższa ocena inteligencji ludzi atrakcyjnych oraz uprzedzenia wobec odmieńców wynikają z ewolucji naszego gatunku i praw doboru naturalnego. Uznajemy osoby ładne, wysokie i silne za posiadaczy lepszej jakości genów oraz chcemy, żeby kolejne pokolenia miały ciała coraz lepiej dostosowane do rosnących wymagań dynamicznego świata. Za to szczegółowe przesądy, np. że rudzi są złośliwi, a otyli leniwi, mają społeczny rodowód.

Na przełomie lat 50. i 60. XX w. Erving Goffman, kanadyjsko-amerykański socjolog, pisał o nieuchronności szufladkowania, czyli upraszczającego kategoryzowania osób i ich działań. Pozwala ono zapanować nad wielością informacji i bodźców zbieranych przez zmysły. Dla ekonomii poznawczej kluczowa jest rola pierwszego wrażenia, na którego podstawie dokonujemy roboczej (ale zwykle bardzo trwałej) oceny innych. A za pierwsze wrażenie odpowiada fasada osobista człowieka (jego sylwetka, ubiór, fryzura, maniery, sposób zabierania głosu, stosunek do innych), którą w pewnej mierze można wykreować i kontrolować, oraz wrażenia wywoływane na publiczności bezwiednie (np. pot na najelegantszej koszuli może zniweczyć fasadę człowieka schludnego i pewnego siebie). Jeśli nieznajomy wpisuje się w rolę, której otoczenie od niego oczekuje, to drobne rysy na fasadzie nie zaszkodzą jego społecznej twarzy: uprzejmy i życzliwy urzędnik będzie się cieszył sympatią, nawet jeśli poci się i ma przetłuszczone włosy, a elokwentna i przygotowana do zajęć wykładowczyni zdobędzie szacunek studentów, nawet jeśli jest niska i ma nadwagę.

Gorzej, gdy ktoś jest nosicielem fizycznego piętna, czyli jak pisze Goffman, atrybutu dotkliwie dyskredytującego. Starożytni Grecy wycinali lub wypalali na ciele znaki hańbiącego statusu moralnego i społecznego. Współcześnie nie potrzebujemy takich znamion, żeby niektórych ludzi unikać, odwracać wzrok lub posyłać spojrzenia pełne politowania. Wystarczy, że ktoś porusza się o kulach, nie panuje nad tikami, jąka się, ma porażone kończyny bądź walczy z chorobą skóry. I już nie pasuje do wyobrażenia o „normalsach”, a zawstydzenie wobec nietypowego ciała lub niechęć do niego przekładają się na przeświadczenie, że osoba z defektem fizycznym ma też defekty psychiczne i intelektualne. Wpływ piętna na krzywdzące sądy bada się jednak trudno, bo respondenci świadomi krytyki uprzedzeń nie chcą się do nich przyznawać, nawet jeśli na co dzień się nimi kierują.

Co widać na pierwszy rzut oka?

Nie ma poważnych dowodów naukowych na to, że kolor włosów i oczu czy jąkanie korelują z inteligencją, usposobieniem i zamożnością ani że są widzialnym znakiem lepszej jakości genów. Ale poglądy, jakoby blondynki były mniej inteligentne niż kobiety ciemnowłose, a osoby o śniadej karnacji mniej godne zaufania niż te o alabastrowej cerze, są na tyle żywotne, że mogą działać jak samospełniająca się przepowiednia. Najbystrzejsza osoba pod wpływem uporczywych żartów traci pewność siebie w relacjach społecznych. W skrajnych przypadkach zaczyna cierpieć na agorafobię (strach przed publicznym zabieraniem głosu) czy wykazywać niechęć do inicjowania kontaktów towarzyskich, a nawet wrogość wobec przypadkowych osób. I etykietka gbura, szarej myszki lub tchórza zostaje jej przypięta na trwałe. Z kolei faworyzowanie ludzi ładnych uczy ich przebojowości i asertywności. A ponieważ są przez innych odbierani właśnie jako tacy, utwierdzają stereotyp, że piękni są skazani na sukces. Mechanizm samospełniającej się przepowiedni potwierdziły już badania Marka Snydera, Elizabeth D. Tanke i Ellen Berscheid, opublikowane w 1977 r. Najpierw uczestnikom eksperymentu pokazywano zdjęcia nieznajomych i pytano o ich atrakcyjność. Następnie badani odbywali rozmowę telefoniczną z osobą „ze zdjęcia”. Tym, których oceniono na wstępie jako ładnych, częściej przypisywano pozytywne cechy charakteru. Przebieg rozmowy miał drugorzędne znaczenie dla oceny ledwo co poznanej osoby.

Choć odmawianie zalet na podstawie niepożądanego wyglądu jest wynikiem uprzedzeń, to zadbana twarz i smukła sylwetka są nieprzypadkowo kojarzone z wyższą inteligencją i statusem społecznym. Ale trzeba powiedzieć, że kierunek zależności prowadzi od inteligencji do urody, a nie na odwrót. Ludzie inteligentni statystycznie lepiej zarabiają, a w konsekwencji stać ich na uprawianie sportów, zdrową dietę oraz zabiegi kosmetyczne. Ten kapitał cielesno-kulturowy jest dziedziczny. Dzieci zadbanych rodziców zwykle same są zadbane i otrzymują lepsze niż przeciętnie wykształcenie.

Podobnie rzecz ma się ze wzrostem. To nie centymetry determinują inteligencję, lecz edukacja i dobrobyt (a także geny i ewolucja) wpływają na to, że kolejne generacje rosną wyższe. Michał Kopczyński z Uniwersytetu Warszawskiego przekonuje, że wysokość ciała „odzwierciedla poziom życia w pierwszych 18–20 latach życia, a jej zmiany są miernikiem dobrostanu społeczeństwa. Na ziemiach polskich trwały wzrost wysokości ciała rozpoczął się w latach 60. XIX w.”. Wojny i kryzysy mogą przynieść przejściowy regres w tym względzie, lecz od kiedy Polska wjechała na tory modernizacji, kolejne pokolenia są średnio o jeden, dwa centymetry wyższe niż przodkowie i lepiej wykształcone. Kilkanaście lat temu Monika Krzyżanowska przeprowadziła badania wśród 2800 wrocławskich studentów. Pytała ich o to, ile sami mierzą oraz o wzrost i wykształcenie rodziców, babć i dziadków. Najniżsi byli przodkowie po szkole podstawowej, a najwyżsi mieli ukończone studia. Studenci o lepszym wykształceniu niż rodzice byli wyżsi niż osoby, które zakończyły edukację równie szybko jak ojcowie. Najwyższe kobiety pochodziły z dobrze wykształconych rodzin i same studiowały. W trzecim pokoleniu największy skok wzrostu dotyczył dzieci, których matki awansowały społecznie. Słabością tej teorii jest jednak to, że najlepiej działa ona w krajach ekonomicznie stabilnych i merytokratycznych, czyli tam, gdzie lepsze wykształcenie rzeczywiście przekłada się na wyższy poziom życia.

Kto ocenia surowiej

Kobiety bardziej przejmują się wyglądem niż mężczyźni i to one są surowszymi sędziami cudzej aparycji. Szczególnie wśród młodych kobiet umacnia się skłonność do wyrokowania o wadach i zaletach charakteru na podstawie czyjegoś wyglądu. Kobiety mają gorzej, jeśli chodzi o wagę, co potwierdziły wyniki eksperymentu badaczy z Macquarie University w Sydney, opublikowane w 2016 r. Dzięki programowi komputerowemu badani obojga płci tak długo manipulowali zdjęciami innych ludzi, odchudzając ich i dodając muskulatury, aż otrzymali wizerunek osoby atrakcyjnej i zdrowej. Ich zdaniem zdrowe były przeciętnie umięśnione, ale wyjątkowo chude kobiety (czyli niezdrowe wg norm światowych) oraz zdrowi tak pod kątem wagi, jak i mięśni mężczyźni. Nie było wielkich różnic między sylwetkami preferowanymi przez kobiety i mężczyzn: większość premiowała wychudzone panie i przeciętnie ważących panów.

Polskie badania rzucają nieco odmienne światło na tę kwestię. Martyna Krogulec z Uniwersytetu Łódzkiego zapytała ludzi w wieku 18–30 lat o to, kto może być postrzegany jako osoba z nadmierną masą ciała i w jaki sposób takie osoby są odbierane. Poprosiła też respondentów o wyliczenie własnego wskaźnika BMI (ang. body mass index), czyli podzielenie wagi wyrażonej w kilogramach przez wzrost podany w metrach i podniesiony do kwadratu. Badanym okazano szereg męskich i damskich sylwetek nieróżniących się wzrostem, lecz wagą. Uczestnicy eksperymentu wskazywali sylwetki osób (ich zdaniem) z nadmierną masą ciała. Kobiece ciała zostały surowiej ocenione przez kobiety, które podawały niższą granicę nadwagi, ale równie bezwzględnie odniosły się do ciał męskich. Po zsumowaniu wyników okazało się, że męskim sylwetkom postawiono bardziej wyśrubowane widełki zdrowej wagi, a cięższym panom częściej przypisywano lenistwo, niechlujność, niezaradność życiową i niską wydajność w pracy. Analiza BMI respondentów wykazała, że najmniej łagodne w ocenie innych są osoby z niedowagą, a otyłe – najbardziej pobłażliwe. Prawdopodobnie wynika to z tego, że te ostatnie na własnej skórze odczuwają raniącą siłę uprzedzeń.

Obcy, bo nosi brodę

Problemy, jakich doświadczają osoby z nadwagą, bledną przy uprzedzeniach wobec ludzi o innym kolorze skóry, innych rysach czy kształcie głowy. Hierarchie rasowe, w których świetle biali aryjczycy mieli być najinteligentniejszą i najbardziej ucywilizowaną rasą, a czarnoskórzy – najbardziej ograniczoną umysłowo, zostały w połowie XX w. potępione jako owoc szowinizmu. Badacze, którzy w ostatnich dekadach próbowali ożywić naukowy rasizm, jak Charles Murray i Richard Herrnstein, autorzy kontrowersyjnego bestsellera The Bell Curve, czy noblista James Watson, odkrywca struktury DNA, spotkali się z ostracyzmem. Mimo to stereotypy rasowe są najstabilniejszymi przejawami dyskryminacji. Kolor skóry jest cechą praktycznie niezbywalną i (jeśli nie będziemy pokazywać się publicznie wyłącznie w stroju nurka) widoczną na pierwszy rzut oka, a więc kluczową dla efektu pierwszego wrażenia. Dlatego nawet osoby, które zapytane o stereotypy rasowe odrzucają je jako krzywdzące, kiedy mijają kogoś ciemnoskórego albo o bliskowschodnich rysach twarzy, mocniej ściskają torebkę lub przechodzą na drugą stronę ulicy.

Choć Homo sapiens pochodzi z Afryki, to jej mieszkańcy są obiektem najdotkliwszych stereotypów. Już określenie „murzyn” wywodzi się od słowa „murzać”, czyli „brudzić”. Ciemna skóra kojarzy się Europejczykom z brudnymi myślami i wrogością, a czarne włosy i zarost są symbolem nieetycznych motywacji. Nawet w krajach, gdzie mieszka trzecie lub czwarte pokolenie imigrantów, osoby o ciemniejszej skórze są traktowane jak obcy. Jeśli nie spotykają się z jawnym rasizmem, to z aluzyjnymi pytaniami o to, skąd pochodzą i czy mają pracę – są podejrzewane o lenistwo i niezaradność tylko na podstawie pigmentacji skóry.

Bycie obcym i gorszym jest odbiciem perspektywy tego, kto wydaje taki osąd. W XVIII w. modelowymi „dzikimi” w Europie byli… polscy szlachcice. Cudzoziemców odwiedzających I Rzeczpospolitą zadziwiały owłosienie i rysy twarzy sarmatów, kojarzące się z ludami Azji i Orientu. Kurlandzki baron von Heyking tak pisał o jednym z nich: „Polski strój, podgolona głowa i wąsy nie pozwalały mi rokować wielkich nadziei co do jego inteligencji”. Polacy z kolei tak postrzegali Tatarów, uznając ich skośne oczy i długie brody za znak zwierzęcej brutalności, barbarzyństwa i kulturowego zapóźnienia. Amerykanie do dziś z podobnych powodów śmieją się z polskich wąsaczy. W Stanach Zjednoczonych wąsy są blamażem na salonach i kojarzą się z migrantami ekonomicznymi.

Z kolei długa broda, wynaleziona przez ludy skandynawskie i germańskie, a w czasach chrześcijańskich zarezerwowana dla pustelników i kaznodziei, w nowożytności stała się atrybutem statecznego mężczyzny oraz rzekomo leniwego żebraka. Reformatorzy wschodnich rubieży Europy widzieli w niej znak zacofania, a ojciec nowoczesnej Turcji, Mustafa Kemal Atatürk, zakazał swoim poplecznikom i urzędnikom jej noszenia. Wreszcie hipisi, a potem hipsterzy uczynili z niej symbol młodości i wolności. W 2016 r. Caroline Schmitt i Matthias D. Witte z Johannes-Gutenberg--Universität w Moguncji zapytali młodych Niemców o ich doświadczenia z noszeniem brody. Choć daje im ona poczucie indywidualności, większość z nich zapuściła ją z lenistwa lub poddała się modzie. Brodacze uważają innych brodaczy za ludzi przyjaznych, ale sami bywają stygmatyzowani jako radykałowie i potencjalni terroryści. Z kolei pracownicy socjalni kierowani do islamskiej młodzieży powinni nosić brodę, bo wtedy będą przez podopiecznych traktowani jak swoi. W zglobalizowanym świecie cenną umiejętnością staje się dostosowywanie wyglądu do docelowego odbiorcy.

Naga prawda o ubraniu

Mówi się, że to nasza druga skóra. Z jednej strony, dzięki konwencjonalnym strojom można odwrócić uwagę od obco wyglądającej skóry, włosów i rysów twarzy, z drugiej – ubiór zdradza pochodzenie etniczne i społeczne, a także przynależność religijną, jak jarmułka u żydów, hidżab u muzułmanek albo… skarpetki noszone do sandałów. Ocena uroku tych ostatnich to kwestia gustu, ale kluczem do unikania stereotypizacji jest dopasowanie stroju do kontekstu sytuacyjnego, a nie trzymanie się własnych upodobań. Dlatego Mark Zuckerberg zrezygnował na czas przesłuchań przed Kongresem z ulubionego szarego T-shirtu i włożył konserwatywny garnitur. Ten ostatni do lat 90. uchodził za wizytówkę ludzi majętnych i dominujących, lecz spektakularne kariery ubranego w dzianinę Billa Gatesa i nierozstającego się z czarnym golfem Steve’a Jobsa przeobraziły wizerunek człowieka sukcesu. Elon Musk, wizjoner i potentat rynku nowych technologii, choć nie gardzi frakiem i muszką, często pokazuje się w T-shircie i skórzanej kurtce pilotce, czym komunikuje otoczeniu, że nie musi schlebiać niczyim gustom. Jedno pozostaje jednak niezmienne: ludzi posiadających władzę i pieniądze poznaje się po szytych na miarę i wypastowanych butach, o czym polska elita często zapomina.

Aby strój był atutem, a nie kulą u nogi, nie może go być ani za dużo, ani za mało. Tę prostą zasadę komplikują kulturowe różnice w mierzeniu stosownej ilości ubioru. W krajach islamskich ubranie skrywające kobiece ciało jest oznaką skromności. W Europie burka odsłaniająca tylko oczy rodzi nieufność, gdyż tutaj kategoryzuje się innych na podstawie widoku całej twarzy, a jej zasłanianie jest łączone ze złymi intencjami. W ortodoksyjnych kulturach monoteistycznych prowokujące jest noszenie skąpych strojów i fasonów tradycyjnie przypisanych innej płci. Zresztą równouprawnienie w kwestii mody jest ideą młodą także w krajach laickich. Choć już dekret z czasów rewolucji francuskiej głosił, że każdemu wolno nosić taki strój i ozdoby właściwe płci, jakie mu odpowiadają, w praktyce za noszenie spodni kobiety bywały zamykane w więzieniu. Do dziś za przekroczenie płciowych norm skromności można być wyproszonym ze świątyń.

„Normalni to jesteśmy wszyscy nago. Czy mój kubraczek jest śmieszniejszy niż pańska muszka?” – tak Czesław Niemen odparował krytykującemu jego strój Kazimierzowi Rudzkiemu, profesorowi warszawskiej szkoły teatralnej. Nagość w żadnej kulturze nie jest jednak normalna, choć u niektórych ludów, jak Alakalufowie z chilijskiej wyspy Wellington i Ona z Ziemi Ognistej, termoregulacja ciała pozwala w zasadzie zrezygnować z odzieży. W świecie hellenistycznym i hinduizmie nagość była atrybutem świętych, kapłanów i herosów, natomiast w judaizmie, chrześcijaństwie i wielu nurtach islamu stanowi symbol biedy, niewolnictwa, szaleństwa i prostytucji. W średniowiecznej Europie osoby chadzające nago były podejrzewane o uprawianie magii. Do tej pory wiele grup wyznaniowych i sekt kultywuje „nagie” rytuały inicjacyjne (np. wyznawcy dżinizmu i neopoganie). Nagie ciało jest znakiem swobody, naturalności i pacyfizmu, ale także seksu, rozwiązłości i skandalu. Tę wieloznaczność wykorzystują feministki, przeciwnicy wojny i obrońcy zwierząt, organizując nagie protesty i przyciągając uwagę gapiów i mediów. Dobrze o tym wiedzieli streakerzy, którzy w latach 60. XX w. biegali nago dla samej radości igrania z konserwatywnym społeczeństwem. Polacy nagość w miejscach publicznych łączą raczej z ekshibicjonizmem, niedojrzałością i patologią niż z naturyzmem i swobodnym stylem życia. W pracy, urzędach i komunikacji miejskiej wolimy stykać się z ludźmi ubranymi. Co innego we własnym domu. Przy słonecznej pogodzie nawet purytanie obnażają się na balkonach ku uciesze sąsiadów.

Stereotypom dziękujemy

Stereotypy psychofizyczne mają społeczny rodowód i można je osłabiać, wykorzystując mechanizmy ich powstawania. Skoro stereotyp tworzy się na bazie doświadczenia ulegającego uogólnieniu, trzeba prezentować różne warianty ludzkiego ciała i skłaniać do oswajania się z nimi. Albo działać w ten sposób, byśmy poczuli, jak żyje się w cudzej skórze, dzięki uczestnictwu w akcjach uwrażliwiających. Od kilku lat 1 lutego muzułmanki obchodzą Światowy Dzień Hidżabu pod hasłem: „Zanim osądzisz, zasłoń się na jeden dzień”. Za pośrednictwem mediów społecznościowych zapraszają kobiety różnych wyznań, by tego dnia włożyły zasłonę i doświadczyły karzących spojrzeń, a w przyszłości powstrzymały się od automatycznego osądzania osób noszących hidżab.

Powoli poszerzana jest też prawna ochrona przed stereotypami ciała. W latach 70. do katalogu zachowań uprzedzeniowych dołączył lookizm, czyli dyskryminacja ze względu na wygląd. Choć tylko w kilku państwach (np. Francji, Australii i niektórych amerykańskich stanach) ten rodzaj dyskryminacji jest czynem zabronionym, coraz częściej staje się przesłanką do wytaczania spraw w sądach pracy o to, że pracodawca miał kierować się nieatrakcyjnym wyglądem (zwłaszcza nadmierną masą ciała), a nie kompetencjami danej osoby przy odmowie zatrudnienia lub decyzji o jej zwolnieniu.

Przede wszystkim zmieniają się bohaterowie popkultury, którzy dzięki multiplikacji kanałów komunikowania nie muszą być już spod jednej sztancy. Na wybiegach goszczą modelki plus size i z niepełnosprawnościami, a Instagram pełen jest zdjęć celebrytek bez makijażu i w dresach. Zmienia się stosunek do radykalnych ingerencji w wygląd. Zamiast kosztownych operacji plastycznych promowana jest naturalność, która jest tańsza, choć nie tania – preparaty naturalne i do makijażu nude („nagiego”) są najprężniej rozwijającym się dziś sektorem rynku kosmetyków. Osłabiają się też stereotypy związane z wiekiem. Choć nadal pokutuje przesąd, że na emeryturze modą i urodą zajmować się nie należy, powiększa się oferta salonów piękności skierowana do seniorów, a żurnale modowe od kilku lat proponują stylizacje dla pań 60+ i 70+. Niestety, szlachetna walka z cielesnymi uprzedzeniami łatwo ulega komercjalizacji i staje się raczej kwestią zasobnego portfela.

Najtrudniej jest walczyć z procesami poznawczymi, z siłą pierwszego wrażenia i szufladkowania ludzi przez pryzmat ich wyglądu. Chyba że wszyscy zaczniemy nosić okulary Google, oferujące zamiast wróżenia z twarzy i sylwetki cały katalog danych o nowo poznanej osobie. Tylko żeby poradzić sobie z taką dawką informacji, będziemy zmuszeni wygenerować nowe szufladki i kolejne stereotypy.

dr Magdalena Nowicka-Franczak
Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny Uniwersytetu Łódzkiego

01.07.2018 Numer 7/2018

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną