Felietony

Zagadka dzieworództwa

Numer 12/2020
Procambarus fallax forma virginalis. Procambarus fallax forma virginalis. Shutterstock

Partenogeneza, czyli rozmnażanie się bez pomocy seksu, jest ze zrozumiałych przyczyn zjawiskiem fascynującym wielu ludzi wychowanych w kulturze zachodniej. Wraz z rozwojem nauki dzieworództwo przestało stopniowo być wyłącznie pojęciem teologicznym i stało się przedmiotem zainteresowania biologów. Okazało się, że w sposób bezpłciowy rozmnażać się mogą nie tylko rośliny czy owady, lecz również wiele gatunków płazów, gadów, ryb, a nawet ptaków. Nawet jeśli mają wybór. Gatunków znanych ze zdolności do dzieworództwa nieprzerwanie przybywa. W 2014 r. na przykład przebywająca w amerykańskim ogrodzie zoologicznym w Louisville 6-metrowa samica pytona siatkowego (Malayopython reticulatus) imieniem Thelma – mimo że od 4 lat nie widziała na oczy samca swego gatunku – złożyła niespodziewanie 61 jaj, z których 6 zamieniło się w jej zdrowe córeczki. Było to pierwsze podobne zdarzenie znane nauce i zarówno mama, jak i jej dzieci poddane zostały dokładnym badaniom, z których wynikło, że każde z potomstwa posiada dwie identyczne kopie połowy wszystkich chromosomów Thelmy, czyli są jak gdyby jej półklonami. Uczeni poznali mechanizm tego procesu „samozapłodnienia”, ale nie byli w stanie wyjaśnić bodźców powodujących jego uruchomienie. Sam mechanizm był też najwyraźniej inny niż w przypadku partenogenezy innych zwierząt.

Indyki, dajmy na to, też niekiedy rodzą się z niezapłodnionych jaj, ale potomstwo jest rodzaju męskiego. Pytania, jakie rodzi wśród biologów zjawisko dzieworództwa, nie dotyczą jedynie samej mechaniki tego procesu (w jaki sposób się to odbywa?), lecz także kwestii filozoficznych. Natura, wyposażając samice niektórych gatunków rozmnażających się normalnie drogą płciową w awaryjną (?) możliwość wydania na świat potomstwa bez pomocy samca, musiała, powiedzmy, ponieść pewne koszty. Czym były one uzasadnione? Czy był to tylko sposób, by sporadycznie zachowywać ciągłość pokoleniową (a z nią ciągłość istnienia gatunku) w sytuacjach, w których samce z takich czy innych przyczyn są niedostępne? Czy może w pewnych warunkach dzieworództwo staje się dla danego gatunku bardziej opłacalne niż rozmnażanie płciowe, sprzyjające doborowi naturalnemu i ewolucji? A sytuacje takie mogą się zdarzyć, czego dowodem jest na przykład historia pochodzącego z Florydy raka marmurkowego (Procambarus fallax). Był on hodowany w wielu domowych akwariach i trafił w ten sposób do Europy, gdzie w latach 90. przeszedł w którymś z niemieckich akwariów mutację (mutanta nazwano Procambarus fallax f. virginalis). W wyniku zmiany nowa jego forma stała się całkowicie dzieworódcza. Kiedy virginalis wydostała się na wolność, okazała się niezwykle płodna. Raki te drążą w ziemi głębokie na metr nory i opanowały całkowicie historyczny cmentarz Schoonselhof w Antwerpii, a teraz są na najlepszej drodze do podboju całego Madagaskaru i wyeliminowania siedmiu miejscowych gatunków raków.

Choć na temat dzieworództwa w naturze naukowcy wciąż nie wszystko wiedzą, w jednej kwestii są na ogół zgodni: naturalna partenogeneza jest niemożliwa wśród ssaków. Świat jest jednak wciąż pełen niespodzianek i być może ostrożność nakazuje raczej uznać, że jest ona niezwykle mało prawdopodobna. Wystarczy przypomnieć, że w 2004 r. w laboratorium profesora Tomohiro Kono z Uniwersytetu Tokijskiego urodziła się mysz (nazwana Kaguya), która była córką dwóch matek, bo powstała z połączenia ich dwu komórek jajowych. Wraz z postępem biologii molekularnej od czasu słynnej owieczki Dolly możliwe stało się oczywiście „dzieworództwo” osiągane drogą manipulacji genetycznej. Inżynieria genetyczna umożliwia jednak coś więcej niż zapewnienie samicom potomstwa bez pomocy samców. W laboratorium można dziś stworzyć „dzieci”, które nie mają ani tatusia, ani mamusi. Może kiedyś będą to na przykład mamuty.

01.12.2020 Numer 12/2020
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną