Felietony

Lodowy korek

Numer 9/2020
Zalana Dżakarta, 2018 r. Zalana Dżakarta, 2018 r. Ares Jonekson / Shutterstock

Pamiętam z dzieciństwa opowieść o bohaterskim holenderskim chłopcu, który zatkał palcem przeciek pojawiający się w tamie oddzielającej ocean od pobliskich, leżących w depresji pól, i poczekał tak na pomoc dorosłych, ratując swą wioskę przed potopem. Grupa amerykańskich i brytyjskich glacjologów, współpracujących od dwu lat w ramach projektu „Thwaites Glacier”, próbuje dokonać podobnego wyczynu na znacznie większą skalę. Niestety, mają za małe palce i mogą tylko przyglądać się nadchodzącej katastrofie.

Otóż u zachodnich wybrzeży Antarktydy znajduje się trudno dostępny lodowiec o tej właśnie nazwie, którego badania utrudnia fakt, że położony jest w odległości ok. 1600 km od najbliższej stacji naukowej i to w rejonie o wyjątkowo sztormowej pogodzie, gdzie temperatura spada do –40°C. Obserwacje satelitarne wykazały jednak, że lodowiec ten może mieć kluczowe znaczenie dla wzrostu poziomu światowych oceanów w ciągu najbliższych dziesięcioleci. Jego czoło podmywane jest przez wody oceaniczne o temperaturze przekraczającej o 2°C temperaturę zamarzania wody lodowca i w ostatnich latach cofało się o 1 km rocznie. Antarktyda topnieje wolniej niż lodowce Grenlandii i jedynie na swym styku z oceanem. Dlatego w obecnej chwili jej udział we wzroście poziomu oceanu wynosi jedynie ok. 1 mm rocznie. Thwaites może jednak to zmienić. On sam ma rozmiary Europy i gdyby cały stopniał lub obsunął się do oceanu, mógłby spowodować podniesienie jego poziomu o jakieś 65 cm. Miejscowa topografia podłoża skalnego sprawia jednak, że lodowiec ten funkcjonuje jak korek do szampana, zatrzymując liczne otaczające go inne lodowce przed spłynięciem do oceanu. Lody antarktyczne stanowią mniej więcej 90% wszystkich lodowców świata. Jest ich tyle, że gdyby pokrywały całą Europę, ich warstwa miałaby 2 km grubości. Thwaites kontroluje jedynie ich niewielką część, ale i ta wystarczyłaby do podniesienia poziomu oceanu o dwa, trzy metry.

Najnowsze modele prognozujące poziom wód oceanicznych przewidują, że do końca tego stulecia wzrost ten wyniesie od 61 do 110 cm przy założeniu, że emisja gazów cieplarnianych się nie zmieni. Jeśli lodowce zachodniej Antarktydy będą miały otwartą drogę do oceanu, może nastąpić nagłe katastrofalne przyspieszenie tego procesu. Czy da się jakoś temu zapobiec? Raczej jest to wątpliwe ze względu na skalę tego zjawiska i brak wystarczającej wiedzy, a także lekceważenie ze strony ludzi odpowiedzialnych za decyzje polityczne i ekonomiczne, mające wpływ na przyszłość naszej planety. Wielu nie traktuje efektu cieplarnianego jako zagrożenia dla nas wszystkich. Nie brakuje jednak takich, którzy planują konkretne kroki zaradcze.

W San Francisco więc rozpoczyna się budowa wyższych barier ochronnych wokół lotniska, którego płyta znajduje się zaledwie 3 m ponad poziomem morza. Anglicy planują podwyższenie tamy oddzielającej ujście Tamizy od Morza Północnego, a Indonezyjczycy zaczynają otaczać Dżakartę całą serią wałów ochronnych. Ale takie działania mogą się okazać niewystarczające i prawdopodobnie stolica Indonezji zostanie zbudowana od podstaw w innym miejscu. Koszt, jaki ludzkość będzie musiała zapłacić, by przygotować się do inwazji słonych wód, już jest ogromny, a szacuje się, że pod koniec tego stulecia pochłonie 4% globalnego produktu brutto. Nikt jednak nie brał w tych rachubach pod uwagę tego, co wydarzy się w zachodniej Antarktydzie. Badacze śledzący lodowiec Thwaites mogą jedynie ostrzegać przed nadchodzącym kataklizmem.

01.09.2020 Numer 9/2020
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną