Felietony

Jaki świat po zarazie?

Numer 5/2020
Viacheslav Lopatin / Shutterstock

Kiedy 15 lutego wchodziłem w Miami wraz z 3500 innych pasażerów na pokład statku wycieczkowego „Norwegian Joy”, mającego wyruszyć nazajutrz w stronę Kanału Panamskiego, zaraza była już – aczkolwiek jeszcze odległym i egzotycznym – faktem medialnym. Nasz załadunek trwał wolno, bo służba graniczna studiowała wszystkie paszporty w poszukiwaniu śladów niedawnej wizyty w Chinach. Na pokładzie obowiązywał już zaostrzony rygor higieniczny i wszyscy pod czujnym okiem załogi musieli starannie myć przed posiłkami ręce, które następnie spryskiwano płynem dezynfekującym. Gdy 15 dni później schodziliśmy na ląd w Los Angeles, wszyscy byli zdrowi. Pasażerowie i załoga „Grand Princess”, zawróconej do portu w San Francisco, mieli mniej szczęścia. 46 osób na pokładzie tego wycieczkowca okazało się nosicielami wirusa i 4 marca statek został poddany kwarantannie. Psychologicznie decyzja ta miała przełomowe znaczenie. Stało się jasne, że amerykańskie władze nie mogą dłużej ignorować rzeczywistości. Zaraza dotarła także do tego dumnego kraju i wkrótce miała zmienić radykalnie codzienne życie. Społeczna separacja, narzucona ogromnej liczbie Amerykanów, sprzyja refleksji i wielu myślących ludzi zaczęło sobie niebawem uświadamiać, że tak głęboki kryzys, jaki pandemia wywołała na całym świecie, nie może minąć bez śladu i po prostu zakończyć się powrotem do normalności, kiedy wirus zostanie pokonany.

Świat po zarazie będzie inny, może gorszy, a może lepszy, ale na pewno trwale odmieniony. Mniej lub bardziej permanentnych zmian będzie bez liku i co bardziej trywialnymi przewidywaniami nie warto się zajmować (niektórzy twierdzą, że wzrośnie przyrost naturalny, a inny przepowiadają na przykład odwrót od transakcji gotówkowych ze względów higienicznych). Niezależnie od tego, kto lepiej odgadnie przyszłość, tocząca się debata może i powinna mieć także nadrzędny cel – musimy zastanowić się, jakich zmian byśmy sobie życzyli i co możemy zrobić już dziś, by takie właśnie zmiany wesprzeć.

Wśród niezliczonych kwestii wybiorę tu jedną, która szczególnie leży mi na sercu. To nasz stosunek do nauki i wiedzy naukowej. Dla wszystkich jest (a przynajmniej powinno być) oczywiste, że kiedy wygramy bitwę z koronawirusem, zwycięstwo będziemy zawdzięczać właśnie naukowcom. Czy zatem, jak pisze Tom Nichols w „Politico”, nastąpi powrót do wiary w rzetelnych ekspertów? Albo, cytując innego autora, odrodzenie przekonania o potędze nauki? Leżący przede mną nowy numer „Politico” zawiera wypowiedzi kilkunastu amerykańskich intelektualistów, którzy uważają, że koronawirus permanentnie zmieni świat. Ich troska dotyczy głównie Ameryki i zmian kulturowych, jakie zaszły w niej w ostatnich dziesięcioleciach. Przyznać trzeba, że naukowe myślenie nigdy w kulturze amerykańskiej nie cieszyło się respektem, na jaki zasługuje. Nawet w środowisku akademickim popularne jest postmodernistyczne przekonanie, że wiedza naukowa jest jeszcze jedną równoprawną narracją, czyli opowieścią, a wielu wykształconych nawet ludzi nie potrafi dostrzec różnicy między faktem a opinią. Po części to lekceważenie nauki spowodowane jest po prostu brakiem wiedzy. Ludzie nie lubią zastanawiać się nad tym, czego nie rozumieją. Poza tym nauka i naukowe myślenie nie są źródłem ezoterycznej wiedzy. To metoda dyskursu, debata rządząca się pewnymi prawami, co do których zgodzić się mogą wszyscy uczestnicy. Odwołując się do wiary w istnienie „obiektywnej rzeczywistości”, nauka przez stulecia pozwalała ludziom na osiągnięcie porozumienia i zgody w ważnych kwestiach faktycznych. Gdyby ten rodzaj dyskursu, odwołujący się do uznanych faktów i zaakceptowanych praw logiki, przeszczepiony został na przykład do polityki, z całą pewnością społeczeństwa by na tym skorzystały.

01.05.2020 Numer 5/2020
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną