Felietony

Nauka trafia pod strzechy

Numer 6/2019

Typowi współcześni mieszczanie deklarujący miłość do przyrody zaspokajają w pełni swe platoniczne uczucia, spędzając letnie wakacje na morskich plażach i – nieco rzadziej – zimowe ferie na stokach narciarskich. Niektórzy jednak wykazują większe zaangażowanie i w wolnym czasie na własny koszt wyruszają na ekspedycje naukowe, łącząc przyjemne z pożytecznym. Takie „obywatelskie badania naukowe” stają się coraz popularniejsze i w ich realizacji pomaga coraz większa liczba międzynarodowych organizacji. Charytatywna organizacja Earthwatch, skupiająca się na ochronie środowiska, której nowym szefem został niedawno Amerykanin Scott Kania, od 50 lat wysyła ochotników na „wakacje naukowe”, w czasie których zbierają oni dane na temat ocieplenia klimatu, zmian w środowisku morskim czy generalnie ekologii odwiedzanych rejonów. W ciągu ostatnich 5 lat liczba uczestników tych wypraw wzrosła o 20%.

Podobne inicjatywy podejmuje między innymi Lindblad Expeditions-National Geographic, które planuje, że w tym roku „cywile” będą śledzili wędrówki humbaków u wybrzeży Alaski i rekinów na południowym Pacyfiku bądź zbierali informacje na temat zanieczyszczenia Półwyspu Antarktycznego tworzywami sztucznymi. Cena tych krajoznawczo-naukowych wycieczek sięga 18 tys. dol. od osoby. Znacznie tańsze (od 1670 dol.) są naukowe wakacje organizowane przez Biosphere Expeditions (www.biosphere-expeditions.org) do Kirgistanu (w poszukiwaniu śnieżnych lampartów) czy do Rumunii, gdzie tropi się dziką zwierzynę w Alpach Transylwańskich.

Do wzbogacenia wiedzy naukowej przyczynić się mogą też zwykli turyści odbywający w wakacje np. rejsy po morzach i oceanach. W 2015 r. Ted Cheeseman, doktorant z Southern Cross University w australijskiej Nowej Południowej Walii, pracujący nad dysertacją na temat migracji wielorybów, wpadł na pomysł stworzenia organizacji nazwanej Szczęśliwy Wieloryb (Happywhale), gromadzącej zdjęcia i filmy tych zwierząt napotykanych przez turystów (którzy robią co roku tysiące, jeśli nie miliony zdjęć tych ssaków morskich). Korzyści odnoszą zarówno turyści, jak i nauka. Jeden dzień oficjalnych badań naukowych na Antarktydzie kosztuje przeciętnie ok. 50 tys. dol. Turyści też płacą, ale chętnie dzielą się swymi obserwacjami z naukowcami za darmo. Korzyść, jaką z tego odnoszą, nie jest materialna, ale bynajmniej nie trywialna. Satysfakcja, że uczestniczy się w pożytecznej akcji, mogącej przyczynić się do wzbogacenia wiedzy i zachowania ekologicznej równowagi na naszej planecie, jest całkowicie zrozumiała. Na adres Happywhale dotarło już ponad 150 tys. zdjęć dokumentujących 40 tys. indywidualnych spotkań z wielorybami. Dla niektórych miłośników waleni współpraca z organizacją Cheesemana stała się wielką życiową pasją. Deana Glenz z Santa Cruz w Kalifornii na obserwację tych zwierząt poświęca wszystkie swoje wakacje i nauczyła się rozpoznawać indywidualne osobniki po ich znakach szczególnych. Spośród 350, które udało jej się spotkać, część zidentyfikowała powtórnie w innych fazach ich oceanicznej migracji. Można powiedzieć, że migruje razem ze swymi przyjaciółmi i stara się o nich jak najwięcej dowiedzieć. Niektórym nadała imiona. Czuje też, że robi coś, co może się dla nich okazać w przyszłości pożyteczne. Wiedzę o wielorybach zgromadzoną przez Cheesemana wykorzysta kiedyś Międzynarodowa Komisja Wielorybnicza, zajmująca się obroną tych zwierząt przed wyginięciem.

01.06.2019 Numer 6/2019
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną