Felietony

Nie wiem, że nic nie wiem

Numer 4/2019

Spośród rozmaitych filozoficznie doniosłych sentencji przypisywanych zmarłym mędrcom szczególnie popularne jest stwierdzenie „wiem, że nic nie wiem”, którego rzekomym autorem był Sokrates. Nie ma dowodów, że ateński filozof kiedykolwiek wypowiedział te słowa, a jeśli to uczynił, jego uczniowie uznali to zapewne za żart. Wielu Ateńczyków uważało skądinąd Sokratesa za przemądrzałego staruszka – co też przyczyniło się do jego przedwczesnej śmierci. Nie dzielmy jednak włosa na czworo. Jak mawiają dzisiejsi Rzymianie, si non è vero, è ben trovato (nawet jeśli zmyślone – to dobrze zmyślone). To stare porzekadło dobrze pasuje do wstępu felietonu na temat granic ludzkiego samopoznania. Sokratesa interesowały bardziej takie abstrakcyjne i trudne do rozstrzygnięcia kwestie jak natura dobra i piękna niż rzeczowa wiedza przyrodnicza. W tej dziedzinie, oceniając jego mądrość z dzisiejszej perspektywy, jego wiedza była oczywiście uboga i cytowane słowa brzmią przekonująco. Nie miał w końcu pojęcia o teorii kwantów, kosmologii czy teorii względności i może rzeczywiście zdawał sobie sprawę ze swych ograniczeń.

Autorem następnego przydatnego cytatu (tym razem uwierzytelnionym) jest twórca teorii ewolucji, Karol Darwin. We wstępie do swojego dzieła „O pochodzeniu człowieka”, ogłoszonego w 1871 r., uczony, zastanawiając się nad ludzką naturą, doszedł do wniosku, że ignorancja częściej rodzi pewność siebie niż wiedza. Potrzeba było niemal 150 lat, by tym ciekawym zjawiskiem zainteresowali się poważniej psycholodzy. W 1999 r. dwóch amerykańskich badaczy, David Dunning i Justin Kruger, opublikowało w czasopiśmie „Journal of Personality and Social Psychology” artykuł o przydługim tytule „Niewykwalifikowani i nieświadomi [tego faktu]: Jak trudności z rozpoznaniem własnego braku kompetencji prowadzą do zawyżonej samooceny”. Autorzy badań poddali badane „obiekty” obiektywnym testom sprawności w czterech wybranych dziedzinach (m.in. poczucie humoru, gramatyka i zdolność logicznego myślenia), a jednocześnie pytali, jak same oceniają poziom swej kompetencji w porównaniu ze średnią krajową. To, co odkryli i co od tego czasu nosi nazwę efektu Dunninga i Krugera, streścić można tak: im jesteśmy głupsi, tym bardziej pewni siebie. A mówiąc dokładniej: relacja między obiektywną sprawnością (bądź wiedzą) a jej własną oceną ma postać krzywej, która w obszarze niskich wartości wiedzy wykazuje ostre maksimum, a wraz ze wzrostem kompetencji dość szybko opada, by – po dojściu do obszaru wyższej ekspertyzy – asymptotycznie wzrosnąć i osiągnąć poziom realistycznej samooceny.

Dunning i Kruger, co sugeruje sam tytuł ich publikacji, uważają, że zjawisko to wyjaśnia, dlaczego najmniej rozgarnięci ludzie mają za mało wiedzy, by ocenić własne kompetencje w porównaniu z innymi ludźmi. Na temat opisanego efektu przez kilka lat toczyła się w psychologicznych czasopismach naukowych mało energiczna debata, interesująca wyłącznie specjalistów. Sytuacja jednak w ostatnich latach nieco się zmieniła – po tym, jak obserwatorzy sceny publicznej coraz liczniej zaczęli zdawać sobie sprawę z mechanizmu funkcjonowania efektu Dunninga i Krugera w życiu politycznym. Nie trzeba być mizantropem, by przyznać, że znaczna (jeśli nie przeważająca) część każdego społeczeństwa to nie intelektualiści nawykli do krytycznej i analitycznej oceny docierających do nich informacji, lecz ludzie bądź o ograniczonej, bądź wąsko wyspecjalizowanej kompetencji, którzy odczuwają mimo to przemożną potrzebę „rozumienia” świata – w sobie właściwy sposób. Źródłem ich wiedzy nie są samodzielne dociekania oparte na naukowej metodologii, lecz jakiś autorytet, któremu z takich czy innych przyczyn ufają. Innymi słowy, ludziom tym można wiele wmówić, a kiedy już w coś uwierzą, stają wiernymi i bezkrytycznymi wyznawcami danej „prawdy”. Stanowią więc oni najcenniejszych odbiorców politycznej propagandy, która zatem nie musi (a nawet nie powinna) być intelektualnie wyrafinowana czy nawet zbliżona do realiów. Poza tym nadawcy tej propagandy, czyli politycy, mogą nawet być inteligentni i światli, ale bynajmniej nie muszą – „prosty lud” łatwiej utożsami się z przywódcą, którego uzna za podobnego do siebie. Nie mówiąc o tym, że – znów z racji wspomnianego efektu – mniej kompetentni politycy będą bardziej przekonani o bezwzględnej słuszności swych racji i w konsekwencji bardziej przekonujący.

01.04.2019 Numer 4/2019
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną