Felietony

Krew serdeczna

Numer 7/2019

Język nam mówi, że nie ma nic nam bliższego, nic bardziej naszego niż krew. Krew – to my. Owszem, kości też są nasze, to też my – ale one pozostaną, nawet gdy nas już nie będzie. I nasi najbliżsi – to nasza krew. No, nie mówię o dalszych krewnych, choć wspólnota krwi i tu działa, w końcu krew nie woda. Ciekawe, że to powiedzenie do wspólnoty się właśnie najpierw odnosiło, tłumacząc, że pokrewieństwo decyduje o naszych decyzjach (na przykład kadrowych i w pokrewnych im sprawach), później dopiero zaczęło wyjaśniać nasze czasem zbyt krewkie zachowania, łącznie z erotycznymi.

Prasłowiańskie kry (w dopełniaczu krve, w bierniku krv) jest z praindoeuropejskiego kru-/kreu-, gdzie oznaczało „surowe, krwią ociekające mięso”, więc było bardziej konkretne, namacalne. U Słowian wcześnie wiązało się z pochodzeniem, rodem, rasą. Ludzie naszego rodu w żyłach mają tę samą krew – to przekonanie stare. Zwłaszcza gdy to błękitna krew – to określenie wiązało się z widocznymi u szlachetnie urodzonych Andaluzyjczyków o delikatnej skórze niebieskimi żyłami, krew przewodzącymi. Czysta krew nie tylko o szlachectwie, lecz i o dobrej rasie zwierząt stanowiła. A u ludu wystarczała czasem krew z mlekiem – oznaka urody i zdrowia. Związek krwi czasem się odzywał i zew krwi przypominał o naszym pochodzeniu.

To, co mamy we krwi, czasem jednak dopiero później nam weszło w krew (przyzwyczajenie drugą naturą), ale i tak to jest nasze. Dobra jest krew gorąca, nawet kiedy wrze, kiedy tętni (pewnie tętnicza, żylna częściej leje się z żył), gra („duch gra, krew gra, hu ha!”), gdy coś ją rozpala, i wtedy szybciej krąży, pulsuje (tylko do głowy nie powinna uderzać) – ale gdy jest zimna (taką chcemy zachować), też dobrze. Zimna – w porządku, ale gdy zastyga, ścina się w żyłach lub coś ją w nich mrozi, gdy krzepnie (choć ten czasownik jest często krzepiący) – to znów źle. I bardzo źle, jeśli krew nas zalewa (zwłaszcza gdy to nagła krew – wtedy wchodzi do przekleństwa: „a niech to nagła krew!”), gdy coś nam ją psuje (a wiele rzeczy może nam napsuć krwi), gdy coś czyni ją złą (tej krwi można narobić).

Bo, jak w języku często bywa, to, co najdroższe i sercu najbliższe (w przypadku krwi ta bliskość krwi jest oczywista), może wiązać się z czarną stroną rzeczywistości. Krwawe metafory są równie częste jak te piękne. Swojej krwi radzibyśmy czasem utoczyć, gdy sprawa ważna, warta walki do ostatniej kropli krwi, warta krwi przelania („dla swej ziemi macierzystej” powinniśmy nawet „na skinienie oddać krew”). Ale gdy kto jest żądny krwi, gdy coś prowadzi do rozlewu krwi, gdy krew się leje, to źle się dzieje. Ludzie z krwią na rękach, a nieraz skąpani we krwi, budzą naszą odrazę. Podobnie krwiopijcy, wysysający krew (najczęściej ludu) – czujemy tu zły patos, wykorzystywany do sterowania zachowaniami społecznymi, na czerwonych sztandarach była taka robotnicza krew. Nawiasem mówiąc, krwiodawcy, nawet honorowi, nie wiążą się w taki sposób z dobrym patosem. Źle też, gdy krew w nas zastyga, stygnie, ścina się lub coś ją mrozi – wtedy najczęściej dodajemy, że to się dzieje w żyłach i gdy krzepnie – choć to tylko w przenośni niedobrze, bo w ogóle krzepliwość krwi jest zjawiskiem pożądanym.

Gorąca i szybka łączy się z emocjami, podnieceniem, życiem; zimna i wolna – z rozwagą, namysłem, ale też, jak widać, z trwogą, przerażeniem i zgrozą.

Jest krew naszym dobrem, jest samym życiem, występuje w podniosłych tekstach wraz z duszą (duchem) i sercem. I kiedy mówimy o krwi serdecznej, to już nie wiadomo, czy dlatego, że taka wspaniała, czy dlatego, że z serca. Ale to i tak wszystko jedno.

01.07.2019 Numer 7/2019
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną