Felietony

Bliscy nieznani

Numer 2/2019

Nauka nie tylko dostarcza nam wielu interesujących i pożytecznych informacji, ale uczy nas także pokory. Pamiętne słowa Sokratesa „wiem, że nic nie wiem” nie były oznaką fałszywej skromności, lecz dowodem głębokiego zrozumienia natury wiedzy. Oczywiście stwierdzenie, że nic nie wiemy, nie powinno być traktowane dosłownie. Spójrzmy np. na biologię. Dotychczas odkryliśmy i opisaliśmy już imponującą liczbę ok. 2 mln zamieszkujących Ziemię żywych organizmów i o niektórych z nich wiemy całkiem sporo. Wśród biologów panuje jednak przekonanie, że na naszej planecie żyje ponad 8 mln gatunków i wielu z nich możemy nie zdążyć nawet odkryć, zanim wyginą. W ciągu ostatnich lat naukowcy odnajdywali ok. 18 tys. nieznanych wcześniej stworzeń rocznie, choć do szerokiej opinii publicznej dotarły jedynie wieści o najbardziej niespodziewanych, dużych i żyjących niedaleko nas kilku lub kilkunastu gatunkach. Większość tych, które ciągle są do odkrycia, opisania i zbadania, to owady, mikroskopijne organizmy niewidoczne dla ludzkiego oka albo też mieszkańcy niedostępnych dla przygodnych turystów obszarów – głównie oceanicznych głębin. Co z oczu, to z serca, jak powiada stare porzekadło. Poszukiwanie nieznanych gatunków nie budzi więc, moim zdaniem, szerszego zainteresowania społecznego.

Amerykański ekolog Rob Dunn jest jednak przekonany, że obojętność ta może przemienić się w zaangażowanie, kiedy więcej ludzi zda sobie sprawę, jak mało wiemy nie tylko o życiu w dzikich i niedostępnych rejonach naszego globu, ale także o dzikich współlokatorach naszych domów. Większość mieszkańców krajów uprzemysłowionych spędza przeważającą część czasu w czterech ścianach swego domu lub biura, bezpiecznie – jak się im wydaje – odseparowana od dzikiej przyrody. Jednak – mówiąc obrazowo – ewolucja toczy się w najlepsze pod naszymi dywanami, w naszych łazienkach, kuchniach i w ścianach naszych domów. Jak się okazuje, dzika przyroda bynajmniej nas nie porzuciła i wiedza o tym, kto dzieli z nami mieszkania i miejsca pracy, może okazać się interesująca i bardzo przydatna. To temat stosunkowo nowy. Jak wspomina Dunn w artykule opublikowanym niedawno w „New York Timesie”, poważne badania ekosystemów naszych mieszkań rozpoczęły się dopiero w ostatniej dekadzie. On sam uczestniczył w „inwentaryzacji” stawonogów (owady, pająki i im podobne) zamieszkujących 50 domów w Karolinie Północnej. Spodziewano się zidentyfikować kilka tuzinów gatunków, a znaleziono ponad 1000. W innych badaniach, obejmujących 1000 domów w całych Stanach Zjednoczonych, natrafiono na dziesiątki tysięcy szczepów bakterii, w większości do tej pory nieopisanych, a w wielu przypadkach nieznanych wcześniej nauce. Podobnie było z licznymi, często nienazwanymi jeszcze grzybami (choć nie były to grzyby jadalne).

Dzieląca z nami nasze domy fauna i flora może być obojętna dla naszego zdrowia, zabójcza albo pożyteczna. Ma np. wpływ na aromat pieczonego chleba, smak domowego jogurtu i ogólnie na zapach i atmosferę domu. By poznać lepiej naszych niewidocznych współlokatorów, naukowcy musieliby wprowadzić się na dłużej do naszych domów i zakłócić poważnie naszą prywatność. Dlatego Dunn jest entuzjastycznym propagatorem naukowego pospolitego ruszenia – szerokiego programu badawczego, w którym uczestniczyliby także wszyscy zainteresowani laicy, wyposażeni w nowoczesne i tanie instrumenty naukowe w postaci choćby kamer i kieszonkowych mikroskopów. Zarejestrowane odkrycia byłyby przekazywane do centralnego banku danych i analizowane przez fachowców. Program taki już istnieje i został nazwany „Never Home Alone”. Wyobraźmy sobie radość, jaką może on przynieść pospolitym laikom, którym udałoby się odkryć np. nieznany gatunek pluskwy, później nazwany (w łacińskiej wersji) ich imieniem.

01.02.2019 Numer 2/2019
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną