Felietony

Zabójcza bliskość

Numer 8/2018

W 2004 roku w chińskiej prowincji Shaanxi odkryto starożytny grobowiec sprzed 2300 lat, w którym – jak wykazały późniejsze badania – spoczywały doczesne szczątki kobiety imieniem Xia, babci pierwszego cesarza Chin Qin Shi Huanga. Władca ten przeszedł do historii jako inicjator budowy Wielkiego Muru i twórca armii terakotowej. Nie był to więc zwykły grób przeciętnego śmiertelnika i zawierał bogactwo przedmiotów i stworzeń mających towarzyszyć lady Xia w zaświatach. W czasie wykopalisk natrafiono między innymi na kości rysia, lamparta, czarnego niedźwiedzia i żurawia, lecz najbardziej znaczącym znaleziskiem był fragment czaszki małpy człekokształtnej, która okazała się gibonem, a w dodatku – jak wykazały dalsze badania naukowców związanych z Londyńskim Towarzystwem Zoologicznym – gibonem wymarłego gatunku. Nazwano go Junzi imperialis. Odkrycie to na tyle poruszyło badaczy, że światową prasę obiegła fala komentarzy, których ten felieton jest kontynuacją.

Nasz stosunek do zwierząt jest bardzo zróżnicowany i do wymarcia części z nich (ostatnio na przykład kleszczy) chętnie byśmy przyłożyli rękę. Naczelne, a w szczególności małpy człekokształtne – szympansy, goryle, orangutany i gibony – traktujemy jednak na ogół ze szczególnym sentymentem jako naszych bliskich ewolucyjnych kuzynów, od których różnimy się zawartością zaledwie 2% genów. Te 2% sprawiły jednak, że Homo sapiens opanował całą planetę, a jego kuzyni egzystują na skraju wymarcia. I oto badania chińskiego grobowca dostarczyły pierwszego naukowego dowodu, że przynajmniej jeden z ich gatunków już wymarł, i zdaniem naukowców winę za to ponosimy właśnie my.

„Imperialny Junzi” nie wymarł z powodu wrogości ludzi. W Chinach gibony uważano zawsze za stworzenia szlachetne i miały one status luksusowych zwierząt domowych. Przyczyną ich zagłady, powiedzieć można, była sama bliskość ludzi. Ludzi, którzy zresztą starali się, jak mogli, uprzykrzyć los przedstawicielom własnego gatunku. Wnuk lady Xia nie budował w końcu muru do ochrony przed drapieżnikami czy jadowitymi wężami, lecz po to, by zatrzymać ataki innych ludzi. Tę niewesołą refleksję można rozwinąć, wskazując na to, że w darwinowskiej „walce o przetrwanie gatunku” (użyłem cudzysłowu, bowiem ci walczący na ogół nie zdawali sobie sprawy, że chodzi w tym boju o jakiś gatunek) wrogami naszymi byli głównie bliscy sąsiedzi, choć czasem nadciągali oni z dalekich stron (np. z Mongolii). Podzieliliśmy się więc na zbrojne grupy, zwane narodami, i ustaliliśmy pomiędzy naszymi siedliskami granice, których niedozwolone przekroczenie groziło śmiercią. No i co pewien czas prowadziliśmy krwawe wojny.

To wszystko przywodzi na myśl wczesny darwinizm, którego wyznawcy uważali, że walka o byt to wojna wszystkich ze wszystkimi. Sam darwinizm też jednak ewoluował i dziś częściej można usłyszeć, że ewolucyjny sukces ludzkości wynikł w znacznej mierze ze zdolności do współpracy i tolerowania różnorodności niż z egoistycznego dążenia do zaspokojenia własnych potrzeb kosztem innych. Może to właśnie czyni nas wyjątkiem wśród zwierząt. Choć czasem nasza zwierzęca natura dochodzi jednak do głosu.

01.08.2018 Numer 8/2018
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną