Felietony

Srogie wały

Numer 7/2018

Dawniej to, co dziś falą, nazywaliśmy wełną. Rosjanie i teraz mają na to słowo podobne do wełny: wołna. W języku praindoeuropejskim były podobno dwa rdzenie: -uol- oraz -uel-, zapewne jakoś pokrewne, przy czym temu -uel- przypisuje się znaczenie „rwać, wyrywać”, co bardziej się z dzisiejszą wełną łączy, a pochodzące stąd prasłowiańskie vlna też się do rwanej wełny odnosiło. A -uol- oznaczało „toczenie”, „obracanie się”, na co później po łacinie mówiło się volvere, a po prasłowiańsku – valiti. Stąd wziął się val, czyli fala. A i niemieckie fallen się tu nasuwa, czyli „uderzać”, i innego chyba pochodzenia, też niemieckie, Welle (czyli fala) czy zgoła Wall, a dalej oczywiście i nasz wał. Jak się zdaje, wały najpierw woda u nas tworzyła, potem dopiero pojawiły się wały ziemne. Nieoceniony biskup Krasiński pisze o słowie wał, że oznacza „wielką falę morską, która się wysoko na kształt góry podnosi”, falę definiując z kolei jako „kołysanie się wody, na której powierzchni tworzą się niby brózdy i uderzając jedno o drugie, poruszają się coraz dalej, aż się o brzeg roztrącą”. Wał to wielka fala, a z kolei bałwan (który też ma interesującą etymologię i wiele znaczeń, od całkiem wzniosłych do obelżywych) to „wał ogromnej wielkości”. Nasi dawni poeci pisywali o groźnych wałach, u Kochanowskiego „huczą srogie wały”.

Falę zresztą dość konsekwentnie postrzegaliśmy jako wał wodny, tak jest we wszystkich większych słownikach do dziś, czasem z dodatkiem słowa bałwan – oczywiście chodzi tu o falę w jednym z odniesień, na ogół podawanym jako pierwsze, podstawowe. Bo tak jak wiele „wodnych” słów zyskiwało sobie mniej lub bardziej poetyckie metafory, także i fala zdobyła całkiem sporo nowych znaczeń. Po pierwsze bywa metonimicznym zastępnikiem różnych wód, rzeki, jeziora, morza. I o nurcie da się powiedzieć, że to fala (porywa), i o głębi (zanurzać się w fale można), i o powierzchni wody... Trzeba przyznać, że fala już w swojej pierwotnej wodnej postaci mogła poruszyć wyobraźnię. Jest jak żywa, porusza się przecież, a więc i idzie, i biegnie, i nadciąga, i przetacza się; mało tego: bije, uderza... Poeci zwracali się do niej często jak do szczególnej siły przyrody obdarzonej własnym życiem, niepowstrzymanej, przyjaznej lub nie. Przypisywano jej przy tym tajemnicze zwyczaje – co dziewiąta miała być szczególnie silna. A my sami – cóż, dobrze jest być na fali, nawet jeśli wysiłku wymaga utrzymanie się na niej.

I oczywiste wydawałoby się, że faluje, choć tak akurat o fali się nie mówi, tylko o czymś, co falę przypomina. Zwłaszcza to, co porusza się na wietrze, faluje. A faliste bywają, czasem nieoczekiwanie, różne rzeczy – od włosów po papużki. I poruszający się tłum też określany bywa jako fala ludzi. Rzecz jasna i zdarzenia następujące po sobie z koniecznymi przerwami wywoływały takie porównania. I mrozy napływały falami, i klęski, i krzywdy. Wydawało się, że takie fale musiały wracać, stąd i „Powracająca fala” Prusa. A kiedy płynnie przejeżdżamy przez sprzyjające nam ustawienie świateł ulicznych, mówimy o zielonej fali. I wreszcie dość obrzydliwy zwyczaj prześladowania młodszych roczników w wojsku nazwano falą – przez co jego powtarzalność mogła dawać upokarzanym nadzieję nieodległego zmienienia się w upokarzających.

Wodne fale były i są obecne w naszej wyobraźni, ale coraz częściej jako o falach myślimy najpierw o innych, których niedostrzegalność wcale nie zmniejsza ich realności: o falach elektrycznych, elektromagnetycznych, wreszcie radiowych, nieco pretensjonalnie i na szczęście coraz rzadziej zwanych falami eteru. Na takich falach wiele rzeczy się unosi, a przede wszystkim nadaje. Często też i o ludziach mówi się, że nadają na tej samej fali. Wtedy dobrze się mogą porozumiewać i cieszą się z tego.

Dobrze byłoby mieć taką wspólną falę dla wszystkich.

01.07.2018 Numer 7/2018
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną