Felietony

Groźny i żywy

Numer 6/2018

Słowa ziemia, powietrze, woda, ogień – czyli nazwy bytów od wieków uważanych za elementarnie konstytuujące naturę – są dla nas w pewnym sensie podstawowe, co przejawia się między innymi w niezwykle rozległej metaforyce. Można uznać, że w naszym językowym obrazie świata ogień jest pierwiastkiem najsilniej energetyzującym. Ogień i całe bliskie mu pole semantyczne, z płonącymi płomieniami, z iskrami i z gorejącym żarem... A wśród tych różnych etymologicznie, ale bliskich znaczeniem słów ogień jest podstawowy i najważniejszy.

Być może ten ogień, który jest z nami od czternastego wieku, wywodzący się z prasłowiańskiego ogn, a wcześniej z praindoeuropejskiego ognis, podobny do indyjskiego agnis i łacińskiego ignis, pochodził raczej z określenia ognia oswojonego, użytecznego, nie zaś z pierwotnej nazwy zagrażającego żywiołu, ale te różnice na naszym językowym gruncie się nie ujawniły. Ogień to ogień. Jeden z żywiołów, przeciwstawny innemu – wodzie. „Trudna zgoda – z ogniem woda” – brzmiało jedno z bardzo starych naszych powiedzeń i ta opozycja jawi się nam dziś jako bodaj najbardziej kontrastowa ze wszystkich. I emocjonalno-wyobrażeniowe konotacje są tu szczególnie ewidentne.

Ogień to to, co gorące, konfliktowe, niszczące, ale też potężne i święte. To walka, groźba, kara, a także namiętność, zapał, szybkość i energia. W ogień można pójść, a nawet skoczyć, gdy się kierujemy nieprzemożnymi wartościami i emocjonalnymi decyzjami – także ślepym przywiązaniem, które tym się właśnie mierzy. Można rzucić w ogień to, z czym się gwałtownie chcemy rozstać. Ogień jest bodaj najstarszym skrótem opisu wojny i jej działań: niszczenie ogniem i mieczem znamy od szesnastego wieku, nieprzyjacielskie dobytki puszczano z ogniem (metafora dziwnie obrazowa), a w ogniu walk żołnierze i dziś bywają. Wojenny ogień się otwiera (to jeszcze dziwniejsza metafora), a komenda ognia! jest początkiem ognia armatniego. Stąd też bierze się pójście na pierwszy ogień – już nie tylko w odniesieniu do pierwszych żołnierskich szeregów. Ogień jest i konfrontacją mniej poważną, gdy chcemy jej powagi dodać – stąd mówimy o ogniu dyskusji i o krzyżowym ogniu pytań, a i w grze w dwa ognie można dostrzec tego ślady. I z tempem ogień się kojarzyć może, gdy wpadamy jak po ogień. W każdym razie ogień jest groźny. Boimy się go jak ognia, nie można przecież igrać z ogniem. Jest też karą, a najwyższą z kar jest oczywiście ogień piekielny. Tam będzie się grzeszników paliło ogniem. Dla większej wyrazistości: żywym ogniem. A stąd już krok do innych cech ognia: do groźnej świętości czy też do świętej groźby. Wielcy bogowie byli wyposażeni w pioruny, miotali ogniem, a i ofiary im składane były spalane, były to ofiary ognia. Nie zawsze takie płomienie musiały spalać – święto ognia tego nie wymagało, a święte ognie mogły się ograniczać do świecenia. Zresztą z czasem i nam, śmiertelnikom, zaczęło się zdarzać, że płonęliśmy świętym ogniem, na przykład oburzenia.

Chęć mocnego wyrażania prowadzi do przesady, zaczęliśmy się mniej ostrożnie obchodzić z ogniem – różne zapalczywości i zapały wyrażamy ognistymi przenośniami, miewamy ogień w żyłach i w oczach. Dobrze, że taki ogień bywa czasem słomiany, czyli nietrwały. Taki ogień można krzesać nawet podkóweczkami („gdy dziewczyna tego godna”). No i nie zapominajmy o całkiem już strywializowanym ogniu kuchennym, właściwym choćby każdemu ognisku domowemu. Na takim ogniu się różne rzeczy stawia, do niego się dorzuca (wszystko to bywa znów metaforyzowane), a czasem na jednym takim ogniu można upiec dwie pieczenie...

Ale ogień nie przestaje być groźny. I widzimy w nim coś żywego.

01.06.2018 Numer 6/2018
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną