Felietony

Robaki

Numer 4/2018

Ah! Na tym świecie śmierć wszystko zmiecie, robak się lęgnie i w bujnym kwiecie” – pisał w poemacie „Maria” Antoni Malczewski i nie był nawet specjalnie oryginalny w tej metaforze. „Bujne kwiaty” – to pięknie, dobrze; „robak” – to brzydko i źle. Co robaczywe, to zepsute, robactwo, które się lęgnie i roi w brudzie, jest plugawe i nędzne. Robaki, czy to płazińce, czy obleńce, zwą się paskudnie i dają pożywkę językową tym, co nie tylko chcą takie plugastwa potępiać, ale nawet się nimi brzydzić. Możemy rozumieć istnienie tasiemców i glist, ale i ich nazwy są dość nieprzyjemne, a pijawki, choć bywają pożyteczne, nadają się tylko do najgorszych przenośni.

Jak kto chce kogo poniżyć, może w nim widzieć robaka, którego łatwo zdeptać; jak sami do siebie żywimy (serio lub czasem na pokaz) pogardę, możemy się robakiem nazwać, jak Jacek Soplica („że jako robak w prochu”). Lichy ten robak, marny.

W sobie też znaleźć możemy i innego robaka, takiego małego, co nas gryzie (co najmniej od początku siedemnastego wieku mówiło się „każdy ma swojego robaka”) – robaka smutku, zgryzoty, czasem sumienia. Takiego robaka można, a czasem i trzeba zalać, najlepiej alkoholem (to od połowy dziewiętnastego wieku dopiero). Niech nie gryzie, niech nas nie toczy. Wiadomo zresztą, że – jak przewrotne współczesne powiedzenie mówi – „kto pije i pali, ten nie ma robali”. Zauważmy przy tym, że te rubaszne robale mogą być groźniejsze od pospolitych robaków.

Na te inne, nieprzenośne i wewnętrzne nasze robaki, toczące nas także fizycznie za życia, kiedy to mówiło się, że mamy robaki, znaleziono jakieś rady, ale w końcu i tak inny robak nas zwycięży. „Idylla maleńka taka – pisał Rodoć – wróbel połyka robaka” i dalej opowiadając, kto większy kogo mniejszego pożera, dochodzi do człowieka, który „sam po śmierci staje się łupem robaka”. Łupem, taką „kolacją dla robaków”, jak ujmował to cyniczny grabarz u Szekspira. Robaków wcale zresztą niewybrednych, bo „i kwaśne jabłko robak toczy” (przysłowie z połowy siedemnastego wieku).

Robaków nie lubimy zatem. Ale czy tak samo jest z robaczkami? Tu sytuacja jest odmienna. Jacek Soplica, wspominając Ewę Horeszkównę, mówi o niej, że „był to taki robaczek motyli, wiosenna gąsieniczka” (co prawda do robaków miał on podejście szczególne). Taki robaczek jest na ogół mały, mizerny, mamy do niego stosunek niemal czuły, do dziecka przecież możemy powiedzieć: mój robaczku maleńki. A za świętojańskimi robaczkami wręcz przepadamy. Choć z drugiej strony, kiedy w „Potopie” Kuklinowski mówi do Kmicica: „Chodź, robaczku, ze mną (...) potrzeba ci pielęgnacyjki...”, to dreszcz przechodzi.

Wzięły się nasze robaki, a dawniej chrobaki, z chrobotania, czyli chrzęszczenia i trzeszczenia (prasłowiańskie chrobati). Może mniej groźnie brzmi nasz robak niż zachodnie Wurm, worm, verm (z łacińskiego vermis) – ale z latami obrosły nam robaki, a zwłaszcza wszelkie robaczywe robactwo, w bardzo brzydkie konotacje.

I tylko ryby lubią dziś robaki. Przynajmniej wędkarze tradycjonaliści w to wierzą.

01.04.2018 Numer 4/2018
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną