Książki

Zwłoki jak drogowskazy

Numer 5/2020
materiały prasowe

Jestem pod wrażeniem, jak ciężka jest praca na wyprawach wysokogórskich. Żeby dotrzeć na jakiś himalajski szczyt, trzeba najpierw przedrzeć się przez obszary z gorącym klimatem. A tam na śmiałków masowo spadają pijawki. Można też ocknąć się z nicieniami pod skórą. Na dalszych etapach, kiedy już dookoła leży pełno śniegu, często zdarzają się niedyspozycje jelitowe, pogarszają niezaleczone wrzody czy odzywają zęby, które pozostaje już tylko wyrwać. Himalaiści wskutek braku aklimatyzacji walczą z halucynacjami i słyszą np. z pasją śpiewające kobiety. Albo mają wrażenie, że z kimś są i nalewają temu komuś kubeczek herbaty. Oczywiście zdarzają im się złamania, ciężkie odmrożenia (chyba najmocniejszy jest opis odpadających palców stóp, na które rzucają się głodne kury), wybicie barku i owrzodzenia. Śmierć może nastąpić wskutek zatorowości płucnej, obrzęku mózgu, niewydolności krążenia czy po prostu skrajnego wyczerpania. Nad tym wszystkim musi zapanować lekarz wyprawy, który na dodatek powinien wspierać uczestników psychicznie. Nierzadko ratuje też napotkanych po drodze mieszkańców tych zakątków, gdzie nie dociera żadna inna pomoc medyczna. Ludzie stają wzdłuż dróg, z nadzieją wypatrując kogoś, kto mógłby ulżyć im w cierpieniu. A bywają to choroby, o jakich już dawno w Europie zapomnieliśmy.

Himalaiści oprócz kłopotów zdrowotnych miewają też te z załatwianiem potrzeb fizjologicznych. Warto osobiście przeczytać, jak sobie z tym radzą. Często wynikają z tego zabawne sytuacje. Nie zdradzę też, z jakiego dopingu korzystają. Wielki szacunek dla lekarzy. Zwłaszcza wobec faktu, że drogowskazami na himalajskich szlakach są zamarznięte zwłoki.

Jerzy Porębski, Wojciech Fusek, Lekarze w górach. Bohaterowie drugiego planu, Agora, Warszawa 2020

01.05.2020 Numer 5/2020
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną