Środowisko

Bitwa o Nil

Numer 9/2020
Nil Błękitny, najważniejszy z dopływów Nilu, ma swój początek na Wyżynie Abisyńskiej. To na nim Etiopia zbudowała Renaissance Dam. Nil Błękitny, najważniejszy z dopływów Nilu, ma swój początek na Wyżynie Abisyńskiej. To na nim Etiopia zbudowała Renaissance Dam. Anton_Ivanov / Shutterstock
Pół wieku temu w krajach leżących w dorzeczu Nilu żyło 70 mln ludzi. Za pół wieku będzie ich 700 mln. Wody w rzece dla wszystkich nie wystarczy. Tymczasem kłótnia o nią trwa w najlepsze.
Zielona wstążka doliny Nilu pokonującego Saharę jest doskonale widoczna z kosmosu. Przy ujściu do Morza Śródziemnego tworzy ­olbrzymią deltę.Egyptian Studio/Shutterstock Zielona wstążka doliny Nilu pokonującego Saharę jest doskonale widoczna z kosmosu. Przy ujściu do Morza Śródziemnego tworzy ­olbrzymią deltę.
Jezioro Wiktorii – z tego olbrzymiego naturalnego akwenu położonego w Afryce Wschodniej wypływa Nil Biały.Indigo Jezioro Wiktorii – z tego olbrzymiego naturalnego akwenu położonego w Afryce Wschodniej wypływa Nil Biały.
Panorama Nilu z Wielkiej Tamy Asuańskiej w Egipcie.Anton_Ivanov/Shutterstock Panorama Nilu z Wielkiej Tamy Asuańskiej w Egipcie.
Nad górnym odcinkiem Nilu Błękitnego żyją Amharowie, jeden z głównych ludów Etiopii.Graficam Ahmed Saeed/Shutterstock Nad górnym odcinkiem Nilu Błękitnego żyją Amharowie, jeden z głównych ludów Etiopii.
Po prawej ­niżej: Dżuba – ­stolica Sudanu Południowego – leży nad Nilem Białym.Frontpage/Shutterstock Po prawej ­niżej: Dżuba – ­stolica Sudanu Południowego – leży nad Nilem Białym.
Gigantyczne ulewy pod koniec zeszłego roku doprowadziły do podniesienia się poziomu Jeziora Wiktorii i wielu powodzi.Shutterstock Gigantyczne ulewy pod koniec zeszłego roku doprowadziły do podniesienia się poziomu Jeziora Wiktorii i wielu powodzi.
Etiopska Renaissance Dam na Nilu Błękitnym – stan z 20 lipca 2020 r.Wikimedia Commons Etiopska Renaissance Dam na Nilu Błękitnym – stan z 20 lipca 2020 r.
Wodospady Tys Ysat znajdują się na terenie Etiopii w górnym odcinku Nilu Błękitnego.Aleksandra H. Kossowska/Shutterstock Wodospady Tys Ysat znajdują się na terenie Etiopii w górnym odcinku Nilu Błękitnego.

W krajach Afryki i Azji z powodu niedostatecznego dostępu do wody pitnej umiera rocznie 5 mln ludzi, w tym ok. 1,5 mln dzieci w wieku poniżej 5 lat. Zabijają głównie epidemie wybuchające tam, gdzie warunki sanitarne urągają ludzkiej godności. Ale za brak dostępu do wody odpowiada w dużym stopniu fatalne zarządzanie jej zasobami. Z tym jest naprawdę źle, co skrupulatnie odnotowują doroczne raporty Stockholm International Water Institute (SIWI). Z jednego z nich można się np. dowiedzieć, że jedna trzecia funduszy na inwestycje hydrotechniczne w krajach Afryki zostaje zmarnowana z powodu korupcji. W 2015 r. po latach konsultacji i dyplomatycznych uzgodnień wszystkie kraje należące do ONZ przyjęły agendę zrównoważonego rozwoju 2020 wraz z 17 celami, z których szósty brzmi: „Zapewnić wszystkim ludziom dostęp do wody i warunków sanitarnych poprzez zrównoważoną gospodarkę zasobami wodnymi”. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać, choć przecież nie ma nikogo na świecie, kto nie podpisałby się pod postulatem, że każdy człowiek powinien mieć dostęp do czystej wody.

Brak troski o wodę zarzucają sobie wzajemnie kraje z dorzecza Nilu. Czy są skazane na konflikt? Nil wydaje się potężny z pokładu statku turystycznego, ale w rzeczywistości to niewielka rzeka, przynajmniej w porównaniu z olbrzymimi oczekiwaniami wobec niej. Choć jest najdłuższa na globie, to prowadzi 15 razy mniej wody niż Kongo i 50 razy mniej niż Amazonka. Nie ma szans na zaspokojenie potrzeb wszystkich ludzi mieszkających w jej dorzeczu. Łącznie we wszystkich krajach, przez które przepływa, żyje ponad 300 mln ludzi. Stanowią jedną czwartą wszystkich mieszkańców Afryki. Pół wieku temu było ich 70–80 mln. W 1960 r. Uganda liczyła 7 mln obywateli, teraz ma ich 45 mln. W Etiopii w 1959 r. żyło 20 mln, dziś jest ich 115 mln. Niewiele mniej, bo ok. 100 mln, mieszka w Egipcie, w którym pół wieku temu mieszkało jakieś 30 mln. Etiopia i Egipt to pod względem ludności drugi i trzeci kraj Afryki. Więcej obywateli ma tylko Nigeria. Szybko zaludniają się też dwa kolejne państwa położone nad Nilem, czyli Sudan i Sudan Południowy. W tym pierwszym żyje już ponad 40 mln ludzi, w tym drugim, który jest samodzielnym organizmem dopiero od dziewięciu lat – ok. 10 mln. Od lat 60. XX w. liczba ludzi zamieszkujących terytorium podzielone dziś między dwa kraje wzrosła sześciokrotnie. Demografowie szacują, że za kolejne pół wieku nad Nilem będzie żyło mniej więcej 700 mln ludzi. Będą oni potrzebowali mnóstwa wody do picia, higieny i uprawy żywności. Bez zapewnienia dostatecznej ilości tego surowca nie ma mowy o szybszym rozwoju ekonomicznym, który położyłby kres klęskom głodu.

Ciepło wszędzie, sucho wszędzie

A wody nie chce być więcej. Widoczny jest raczej proces odwrotny. Od kilku dekad na wielu obszarach dorzecza Nilu susze pojawiają się coraz częściej, są coraz dłuższe i silniejsze; przede wszystkim przychodzą w okresie wiosny i lata na półkuli północnej. W 2017 r. susza ogarnęła znaczną część Sudanu, Etiopii oraz Somalii i Kenii. Ponad 10 mln ludzi ucierpiało z niedożywienia i braku wody. Wysychały rzeki i uprawy, masowo padały zwierzęta hodowlane. Z powodu wieloletniej suszy wyludniły się całe rejony północnej Kenii, południowej Etiopii i Sudanu. Dekadę temu, kiedy z powodu długotrwałego niedostatku deszczu i silnego parowania Jezioro Wiktorii, zasilające Nil, osiągnęło najniższy od 100 lat poziom, Ugandyjczycy przymknęli nawet zaporę na rzece, zmniejszając o jedną trzecią objętość niesionej przez nią wody, co oczywiście nie zostało dobrze przyjęte przez pozostałe kraje.

Mimo to trudno jednoznacznie ocenić, czego się spodziewać w przyszłości w dorzeczu środkowego i górnego Nilu. Na przykład w zeszłym roku zamiast susz pojawiły się niemiłosierne ulewy, co doprowadziło do katastrofalnych powodzi m.in. w Ugandzie i Sudanie Południowym. Tak zdarzało się już wcześniej, szczególnie jesienią, czyli podczas tzw. małego sezonu deszczowego, który – jeśli taki trend się utrzyma – może za dekadę lub dwie stać się głównym sezonem opadów w tej części Czarnego Lądu. Deszczami w Afryce Wschodniej rządzi Ocean Indyjski, tworzący z Oceanem Spokojnym system naczyń połączonych. Zwykle równikowe wody Oceanu Indyjskiego są cieplejsze na wschodzie, w pobliżu Indonezji, niż na zachodzie, w pobliżu Afryki. Czasami jednak dzieje się na odwrót – zjawisko to nazywamy dipolem Oceanu Indyjskiego. Konsekwencją przemieszczenia się cieplejszych wód oceanicznych ku Afryce są ulewy na jej wschodnich wybrzeżach. Taka sytuacja zdarzyła się w drugiej połowie zeszłego roku. Lało tak, że – odwrotnie niż dekadę temu – Jezioro Wiktorii osiągnęło najwyższy poziom w historii.

Najgorsze, że nie sposób przewidzieć, co będzie dalej. Według jednych prognoz Nil za kilka dekad będzie niósł o 70% mniej wody niż teraz, a wedle innych – o 25% więcej. Wszystko zależy od tego, czy deszczu w regionie ubędzie, czy przybędzie. Większość modeli sugeruje wzrost wilgotności klimatu w Afryce Wschodniej w miarę podnoszenia się temperatur na Ziemi. Ale modele średnio sobie radzą z symulowaniem zmian klimatycznych w tej części świata. Mimo wzrostu temperatur wiosną i latem deszczy regularnie ubywa (a więc susza?), natomiast coraz częściej przychodzą jesienią (powódź?). I komu wierzyć? Setki milionów mieszkańców dorzecza Nilu chętnie dowiedziałyby się od kogoś wiarygodnego, czy mogą liczyć w przyszłości na więcej wody od natury.

Ręce precz od rzeki

Na razie kraje leżące nad Nilem ostro kłócą się o korzystanie z największej afrykańskiej rzeki, gdyż obecnie tylko Egipt i Sudan mają prawo do pozyskiwania z niej wody do nawadniania pól i konsumpcji, reszta ma zakaz. Taka sytuacja to pozostałość z czasów faraonów. Egipt jest darem Nilu – pisał dawno temu Herodot. Władcy antycznego Egiptu nieraz orężnie upominali sąsiadów, aby ci nie ważyli się umniejszać zasobów rzeki. Starożytni Egipcjanie wierzyli, że otrzymali ją od bogów na wyłączność, a każdego, kto nie zgadzał się z tą opinią, traktowali jak śmiertelnego wroga zagrażającego fundamentom ekonomicznym kraju. Podobnie uważali wszyscy kolejni władcy tej krainy. Pod koniec XIX w. dolinę dolnego i środkowego Nilu podporządkowali sobie Brytyjczycy – w ich ręce wpadł najpierw Egipt, a potem Sudan – i natychmiast zaczęli planować wielkie prace irygacyjne i tamę w pobliżu Asuanu, aby zatrzymać wody powodziowe i wykorzystywać je przez cały rok do nawadniania pól bawełny, tak pożądanej przez angielskie zakłady włókiennicze. Zaporę zbudowali na początku XX w.

Wzorem faraonów Brytyjczycy zapewnili też sobie wyłączność na wodę z Nilu. Gwarantowały im to traktaty podpisane z innymi krajami kolonialnymi. Belgijski król Leopold II uczynił to w imieniu swojej prywatnej kolonii Kongo, a Włochy wspaniałomyślnie zobowiązywały się nie pobierać wody z Nilu Błękitnego i jeziora Tana, leżących na terenie niepodległej Etiopii. Równie dobrze mogły sobie rościć prawa do rozstrzygania o losach naszej Wisły. Mimo to kolejne układy podtrzymywały ten stan. W 1929 r. niepodległy już Egipt i nadal brytyjski Sudan znów podzieliły między siebie wszystkie wody w Nilu. Umowa została przedłużona w 1959 r., kiedy wolny stał się drugi z krajów. Wówczas to Egipt i Sudan oszacowały roczny przepływ Nilu na 84 km3, odjęły od tego 10 km3 strat związanych z parowaniem, a pozostałą część rozdysponowały następująco: Egipt – 55,5 km3 wody, Sudan – 18,5 km3. Dla reszty nie przewidziano nawet kropli.

Rok później ruszyła budowa drugiej zapory w Asuanie, znacznie większej od tej postawionej na początku XX w. przez Brytyjczyków. Dzięki niej powstał gigantyczny Zbiornik Nassera o długości ok. 500 km, w którym mieści się tyle wody, ile Nil prowadzi przez rok. Dla Egiptu to polisa ubezpieczeniowa, która co prawda w dłuższej perspektywie może okazać się niekorzystna (zatrzymuje namuły budujące deltę Nilu – ta w rezultacie się obniża i jest coraz silniej niszczona), ale dziś przeważają plusy. Tama chroni przed katastrofalnymi powodziami, zapewnia wodę dla rolnictwa przez cały rok oraz zaspokaja jedną trzecią egipskiego zapotrzebowania na prąd. No i jest źródłem pokaźnych dochodów z turystyki. Na okiełznanym Nilu można wozić turystów przez cały rok, a popularne niegdyś rejsy pomiędzy Luksorem a Asuanem kończą się zwykle podziwianiem Wielkiej Tamy.

Etiopia mówi dość

Jednak po 5 tys. lat odlegli sąsiedzi z południa doszli do wniosku, że pora, aby Egipt podzielił się z nimi rzeką. Podobne oczekiwania zaczęli zgłaszać też ostatnio wobec Sudanu. Mowa o krajach leżących w górnym odcinku rzeki i jej dopływów. Są to Sudan Południowy, Uganda, Kenia, Tanzania, Rwanda, Burundi, Demokratyczna Republika Konga i przede wszystkim Etiopia, na której terytorium leży wielkie górskie jezioro Tana. Z niego wypływa Nil Błękitny, prowadzący cztery piąte wody zasilającej systemy irygacyjne Sudanu i Egiptu.

Rozbiór wód Nilu dokonany przed dwa kraje nigdy nie podobał się reszcie państw leżących nad tą rzeką. Ale pół wieku temu miały one niewielką siłę przebicia. Poza tym były słabo zaludnione i wody jeszcze im nie brakowało. Później jednak nastąpiła opisana eksplozja demograficzna. Presja na Egipt i Sudan, aby podzieliły się Nilem z innymi, zaczęła narastać w latach 90. XX w., szczególnie ze strony Etiopii. Zachodnia część tego kraju leży na wyżynie, z której spływają liczne rzeki zasilające Nil. Niosą one mnóstwo wody w sezonie letnim, kiedy w ten region docierają wilgotne wiatry monsunowe. Nil Błękitny zamienia się wtedy w gigantyczną rzekę, niosącą kilkadziesiąt razy więcej wody niż pod koniec pory suchej, trwającej od stycznia do maja. Bez Wyżyny Etiopskiej nie byłoby regularnych (do czasu zbudowania tam w Asuanie) wylewów Nilu, dostarczających żyznych namułów, na których wyrosła prastara cywilizacja.

Etiopia uważa się za szczególnie poszkodowaną także dlatego, że dzięki monsunowym deszczom i wyżynnemu położeniu panuje tam klimat dogodny dla rolnictwa. Ma też żyzne wulkaniczne gleby. No i posiada największe w Afryce zasoby wody. Mogłaby więc stać się potęgą rolniczą oraz eksporterem energii elektrycznej. Tymczasem ziemie uprawne zajmują tylko kilkanaście procent jej powierzchni, zaledwie kilka procent wody jest wykorzystywanych do produkcji prądu, a tylko 1% nawadnia pola. Oczywiście przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele – wśród nich można wymienić rozmaite czynniki historyczne, społeczne i polityczne. Nie ułatwia to jednak rozwoju Etiopii. Teoretycznie nie musiałaby się ona oglądać na umowy sprzed ponad pół wieku, których nie jest stroną, ale to grozi wybuchem wojny z Egiptem, co z pewnością odbiłoby się fatalnie na położeniu mieszkańców kraju. Z tego samego względu żaden bank na świecie nie pożyczy jej pieniędzy na takie inwestycje – widmo wojny skutecznie do tego zniechęca.

Tama niezgody

Próby znalezienia porozumienia trwają od dwóch dekad. W 1999 r. powołano nawet organizację Nile Basin Initiative, w której ramach szukano kompromisu. Po dekadzie rozmów było gorzej niż na początku. W maju 2010 r. pięć krajów – Etiopia, Kenia, Tanzania, Uganda i Rwanda – podpisało między sobą umowę, w której nie było wyraźnie określonych przydziałów wody z Nilu, ale znalazł się ogólny zapis, iż żaden kraj nie będzie szkodził drugiemu. Zgodnie z tym dokumentem rozdziałem wody miałaby się zająć międzynarodowa komisja. To zapowiadało koniec hegemonii Egiptu i Sudanu. Obu krajom dano rok na przystąpienie do porozumienia. Te jednak wydawały coraz groźniejsze pomruki. Egipt oświadczył, że nigdy nie podpisze żadnego dokumentu, w którym nie będzie wyraźnie zapisane, że należy mu się co najmniej 55 mld m3 wody z Nilu rocznie, bo to jedyne źródło wody pitnej dla tego kraju. Podobne stanowisko zajął Sudan. W rezultacie tamta umowa nigdy nie weszła w życie.

Za to rok później, w 2011, Etiopia zainicjowała wznoszenie na Nilu Błękitnym Grand Ethiopian Renaissance Dam (Tamy Wielkiego Odrodzenia), której budowę właśnie ukończyła i w lipcu tego roku rozpoczęła zapełnianie wodą gigantycznego zbiornika retencyjnego. Etiopczycy zdecydowali się na tę olbrzymią inwestycję, zupełnie nie oglądając się na sąsiadów. Chociaż koszt budowy wysokiej na 150 m zapory, szacowany na 5 mld dol., może ich wpędzić w długi na wiele dekad, to jednak rozpaczliwie potrzebują energii elektrycznej. Największa w Afryce hydroelektrownia o mocy 6450 MW zapewni jej pod dostatkiem. Najpierw jednak trzeba wypełnić wodą zbiornik retencyjny, co może potrwać od 5 do nawet 15 lat. Finalnie sztuczne jezioro będzie miało ponad 240 km długości, maksymalną głębokość 140 m oraz powierzchnię 1875 km2, czyli mniej więcej 17 razy większą od naszych Śniardw.

Choć Etiopia zaklina się, że Grand Ethiopian Renaissance Dam nie odbierze nikomu wody, ponieważ nie będzie ona wykorzystywana do nawadniania pól, awantura trwa w najlepsze. Spór toczy się głównie z Egiptem, który – po pierwsze – obawia się, że samo napełnianie tego jeziora, choć rozłożone na wiele lat, może przejściowo obniżyć poziom wody w Zbiorniku Nassera, kluczowym dla jego bezpieczeństwa energetycznego i żywnościowego. Ucierpią wtedy nawet 2 mln rolników. Po drugie – z wyliczeń egipskich ekspertów wynika, że ilość wody prowadzonej przez Nil może się trwale zmniejszyć, ponieważ ta zatrzymana w nowym rezerwuarze będzie intensywnie parowała. Ale i tu nie ma zgody pomiędzy krajami. Etiopczycy odpowiadają, że efekt będzie dokładnie odwrotny – ich zbiornik leży wyżej na chłodniejszej Wyżynie Abisyńskiej, więc parowanie będzie tam mniejsze niż w Zbiorniku Nassera, a zatem jeśli już gdzieś magazynować nadwyżki wody, to lepiej u nich, a następnie zasilać nimi egipski zbiornik, szczególnie w okresach silnych susz. I tak dalej. W ciągu ostatnich dziesięciu lat odbyły się dziesiątki spotkań delegacji Egiptu, Sudanu i Etiopii, których efekty były jednak zerowe. Egipt mówił jedno, Etiopia drugie, a Sudan zajmuje pozycję wyczekującą, zdając sobie sprawę, że i on może skorzystać z nadwyżek energii produkowanej przez hydroelektrownię pracującą 15 km od jego granic.

Sahara pełna wody

W dorzeczu Nilu nie ma jeszcze otwartego kryzysu militarnego, ale jak poradzić sobie w sytuacji, gdy tort się nie powiększa, za to chętnych do niego błyskawicznie przybywa? Egipt nie może w nieskończoność blokować takich przedsięwzięć w państwach biedniejszych od niego. W Etiopii PKB na głowę wynosi ok. 1000 dol., w Egipcie – 3 tys. Trudno jednak się dziwić temu, że Egipt nie chce oddać pełnej kontroli nad Nilem innemu krajowi, szczególnie gdy ryzyko nasilenia się długotrwałych susz w regionie jest wciąż duże.

Ale główny problem polega na tym, że z Nilu niewiele można już wycisnąć. Najlepiej byłoby po prostu trochę ulżyć rzece. Swego czasu raport Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) zalecał przede wszystkim Egiptowi, jako najbogatszemu krajowi w regionie, aby przystąpił jak najszybciej do inwestycji uniezależniających go od rzeki. Proponowano zastąpienie przestarzałych systemów nawadniających oszczędnymi, w których ta sama woda jest wykorzystywana wielokrotnie. Inna opcja to sięgnięcie po rezerwuary wód głębinowych. W zeszłym roku na łamach „Wiedzy i Życia” (nr 8/2019) informowaliśmy o wykryciu przez naukowców gigantycznych ilości wody pod wschodnią częścią Sahary. Rozległy poziom wodonośny obejmuje większość terytorium Egiptu, Sudanu, Libii i Czadu. Znajduje się na głębokości kilkuset metrów. Zdaniem autorów tych badań Egipt i Sudan nie muszą się martwić o wodę. Mają jej tyle, że mogą z tych zapasów korzystać praktycznie w nieskończoność. Wówczas kłótnia o Nil stałaby się bezprzedmiotowa.

Andrzej Hołdys
dziennikarz popularyzujący nauki o Ziemi, współpracownik „Wiedzy i Życia”

01.09.2020 Numer 9/2020
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną