Środowisko

Aborygeni i ich tajemnice

Numer 5/2019
Malowidła z Kimberley mogą być nawet nieco starsze niż te z Lascaux, powstałe 17 tys. lat temu. Malowidła z Kimberley mogą być nawet nieco starsze niż te z Lascaux, powstałe 17 tys. lat temu. Wikimedia Commons / Wikipedia
Cywilizacja rdzennych mieszkańców Australii jest najstarszą cywilizacją świata, funkcjonującą nieprzerwanie od ponad 60 tys. lat. Przybycie białych oznaczało dla Aborygenów utratę ziemi, przemoc i nowe choroby. Aborygeni doświadczyli też prześladowań, a australijskie władze starały się odseparować dzieci od rodzin w ramach przymusowej asymilacji. Jakie są teraz największe problemy Aborygenów? Dlaczego wolą włóczyć się po buszu niż zarabiać pieniądze?
Legendarny ­bunyip na znaczku pocztowym.neftali/Shutterstock Legendarny ­bunyip na znaczku pocztowym.
Uluru to święte miejsce Aborygenów. Z góry tej duchy przodków spoglądają na swoje ziemie i jej współczesnych mieszkańców.Stanislav Fosenbauer/Shutterstock Uluru to święte miejsce Aborygenów. Z góry tej duchy przodków spoglądają na swoje ziemie i jej współczesnych mieszkańców.
Szybka wędrówka ludzi przez Australię nastąpiła 48–50 tys. lat temu (dane ze stanowisk archeologicznych podano w tys. lat). Sunda i Sahul to prehistoryczne lądy. Poziom oceanu był wtedy niższy.Infografika Zuzanna Sandomierska-Moroz Szybka wędrówka ludzi przez Australię nastąpiła 48–50 tys. lat temu (dane ze stanowisk archeologicznych podano w tys. lat). Sunda i Sahul to prehistoryczne lądy. Poziom oceanu był wtedy niższy.
Nourlangie w Terytorium Północnym. Rysunek przedstawia ­postać o imieniu Nabulwinjbulwinj. Jest to niebezpieczny duch, który zabija ­kobiety, a następnie je zjada.Stanislav Fosenbauer/Shutterstock Nourlangie w Terytorium Północnym. Rysunek przedstawia ­postać o imieniu Nabulwinjbulwinj. Jest to niebezpieczny duch, który zabija ­kobiety, a następnie je zjada.

W XIX w. nieznana nauce bestia nawiedzała cieki, bagna i rozlewiska południowej Australii. Stwór miał zasadzać się w wodnych zaroślach i pożerać swoje ofiary: przybywające do wodopoju zwierzęta, jak też ludzi. Aborygeni nazywali tę istotę bunyip (duch, diabeł). Jej fizis miało przypominać pysk psa, a głowa – krokodyla. Ciało porastało ciemne futro. Bunyip według tych, którzy go rzekomo wiedzieli, miał koński ogon, płetwy i podobne do morsa kły lub rogi. Wspominano też o jego kaczkowatym chodzie. Do dziś nie udało się wyjaśnić, czy opisany stwór to tylko postać z legendy, czy endemiczne zwierzę, wymarłe jeszcze przed przybyciem Europejczyków na kontynent lub niedługo po nim.

Żeglarze z epoki kamienia

Sekret bunyipa, którego podobizny dopatrzyli się naukowcy na odkrytych niedawno malowidłach naskalnych sprzed dziesiątek tysięcy lat (sic!) w jaskini Mount Difficult Range, góry położonej w Parku Narodowym Grampians w australijskim stanie Wiktoria, nie jest jedyną tajemnicą otaczającą niezwykły lud Aborygenów. Dopiero niedawno dr Chris Clarkson, archeolog z University of Queensland w Brisbane, ustalił w miarę dokładny czas zasiedlenia Australii przez ludzi. Przybyli oni z Azji Południowo-Wschodniej. Clarkson i jego współpracownicy opublikowali w „Nature” w 2017 r. artykuł przedstawiający wyniki przeprowadzonych przez nich prac wykopaliskowych w Madjedbebe w północnej części kontynentu. Odnalezione artefakty dają solidne podstawy, aby uznać, że zasiedlanie rozpoczęło się co najmniej 65 tys. lat temu, czyli na długo przed wyginięciem megafauny, do czego zresztą przybysze z Azji walnie się przyczynili. Być może wspomniany wyżej bunyip był jedną z ofiar australijskich myśliwych, a wspomnienie o nim krążyło wśród tubylców i późniejszych osadników europejskich jak głodny zemsty duch, budząc strach wśród swoich eksterminatorów oraz ich potomków.

Według ustaleń archeologów (Ray Tobler i wsp., publikacja w „Nature”, 2017 r.) przybyłe populacje, zrazu osiadłe na północnych krańcach Australii, rozprzestrzeniały się bardzo szybko – w ciągu 1500–2000 lat – na wschodnie i zachodnie wybrzeża. Następnie wyruszyły w głąb lądu i spotkały się gdzieś na głębokim południu. Warto też pamiętać, że pewna liczba osadników będących przodkami współczesnych rdzennych mieszkańców Australii przybyła na północno-wschodnią część australijskiej ziemi ok. 37 tys. lat temu suchym lądem z Papui-Nowej Gwinei, która jeszcze nie oddzieliła się od kontynentu (nastąpiło to później, ok. 10 tys. lat temu). Stąd istnieją duże różnice między Aborygenami z Eurazji, zasiedlającymi północno-zachodnią część kontynentu, a tymi przybyłymi z Papui i zamieszkującymi północno-wschodnią część lądu. Lud ten zwany jest ludem wysp w Cieśninie Torresa. Członkowie tej społeczności uważają się za spokrewnionych z Papuasami oraz pielęgnują osobną kulturę i języki.

Robert Tonkinson oraz Ronald Berndt, profesorowie University of Western Australia, pisali w „Encyclopćdia Britannica”, że do 1788 r., czyli do czasu założenia przez Brytyjczyków pierwszych stałych osad w Australii, poszczególne plemiona aborygeńskie zasiedliły cały kontynent i przystosowały się z powodzeniem do szerokiego zakresu warunków ekologicznych i klimatycznych, od wilgotnych lasów tropikalnych po skrajnie jałowe pustynie. Szacunki dotyczące wielkości populacji aborygeńskiej oscylują w granicach od 300 tys. do ponad miliona. To duża rozpiętość, niepozwalająca w pełni odpowiedzieć na pytanie, jak bardzo populacja Aborygenów ucierpiała wskutek kontaktów z białymi ludźmi.

Jeffrey Heath, profesor historii języków z University of Michigan, ocenił, że w chwili przybycia Europejczyków na kontynencie istniało 200–300 języków aborygeńskich. Wielu mieszkańców odkrytego lądu było dwu-, a czasami wielojęzycznych. Dokładna liczba istniejących wówczas oraz obecnie języków nie jest łatwa do ustalenia nie tylko ze względu na trudność odróżnienia dialektów od języków, ale również dlatego, że wiele odmian mowy zanikło, zanim zaczęto je systematycznie rejestrować. Niektóre znamy tylko z fragmentarycznych i źle przepisanych list misyjnych. Ogromny wspólny wysiłek potomków byłych kolonizatorów oraz autochtonów na rzecz zapisania zachowanych języków rozpoczął się we wczesnych latach 70. ub.w. Obecnie dostępne są dość kompletne gramatyki lub szkice gramatyczne jakichś 100 języków ludów australijskich.

Wspomniani badacze z University of Western Australia podkreślali, że zarówno język, jak i władające nim grupy związani byli z określonym terytorium. Tworzyły one wspólnoty nazywane przez Europejczyków plemionami. Uważa się, że mogło istnieć nawet 500 takich terytorialnie zakotwiczonych grup, różniących się od siebie kulturowo. Nie były one jednak podmiotami politycznymi ani gospodarczymi. Tożsamość indywidualna i grupowa była oparta na znacznie bardziej lokalnie zorientowanych przynależnościach i członkostwach. Nie było świadomości wspólnej tożsamości narodowej. Aborygenów nie łączyły język, terytorium, wspólna polityka, ale… czas snu.

Zrodzeni we śnie

Cywilizacja rdzennych mieszkańców Australii jest najstarszą cywilizacją świata, funkcjonującą nieprzerwanie na kontynencie od ponad 60 tys. lat! Budzi to respekt, zważywszy że uchodząca za najstarszą nieprzerwanie trwającą do dziś cywilizacja chińska ma „zaledwie” ok. 7 tys. lat. Mentalność niczym niewidzialne spoidło łączy pierwotnych gospodarzy tych terenów, tworząc z mozaiki języków, plemion i kultur duchową wspólnotę. Jeśli chcielibyśmy poznać najważniejsze zjawisko budujące niematerialną ekumenę Aborygenów, należałoby zrozumieć, czym jest czas snu, w literaturze angielskiej występujący pod nazwami: Dreamtime lub Dreaming (Śnienie), a w językach aborygeńskich to: malchera, alcheringa, mura-mura, Tjukurrpa. Trudno oddać istotę tego terminu, stworzonego przez rdzennych Australijczyków dziesiątki tysięcy lat temu, a oznaczającego zbiór najstarszych legend, jakie istnieją na Ziemi, przekazywanych z ust do ust od ponad 60 tys. lat.

Czas snu przedstawia proces powstania świata, kiedy to przodkowie wyłonili się z ziemi i wód morskich, po czym rozpoczęli podróż po jałowym, pustym wówczas lądzie. Wędrując, tworzyli góry, wodopoje, drzewa, zwierzęta, aby następnie stać się częścią tego, co powołali do życia. Duchy przodków są zaklęte w skały, florę i faunę. Są nieodłącznymi towarzyszami żyjących. Stale przy nich obecne, czasami patrzą na swych potomków ze świętych wzniesień, takich jak słynna święta góra Uluru na Terytorium Północnym. Opowieści o przodkach i o ich dziele tworzenia są przekazywane w setkach języków i narzeczy, a wiele zróżnicowanych społeczności Aborygenów w całej Australii wierzy w owe narracje.

Duchowość Aborygenów nie myśli o „śnieniu” jako o wydarzeniu minionym i nie lokuje go na linii czasu. Czas odnosi się do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, ale Dreaming nie odbywa się na żadnej z tych chronologicznych płaszczyzn. Jest z tymi, którzy o nim opowiadają, nie jest daleko. Czas snu to opowieść, ale i środowisko, w którym żyli Aborygeni i które trwa do dziś. Ważne jest, aby pamiętać, że Dreamtime zawsze oznacza także miejsce, w którym się odbywa. Można powiedzieć, że rdzenny mieszkaniec Australii żyje mentalnie na pograniczu jawy i snu. Nie odróżnia, nie jest w stanie albo po prostu nie chce różnicować obu tych porządków.

Przedmioty lub zwierzęta – rekin, kangur, mrówka, wąż itd. – w które wcielili się przodkowie, stały się totemami poszczególnych grup. Tubylcze rodziny i jednostki identyfikują się z konkretnymi snami (marzeniami) o przodkach i ich dokonaniach. Daje to poczucie tożsamości. Dyktuje, w jaki sposób członkowie poszczególnych klanów powinni wyrażać swoją duchowość, i mówi, którzy współmieszkańcy Australii są z nimi spokrewnieni, stanowią bliską rodzinę. „Wierzę, że moim Marzeniem jest Kangur, od niego otrzymałem wszystko, co posiadam: mowę, mój plemienny kraj, pożywienie, żonę, córki i naszą kulturę” – wyznał Waipuldanya, Aborygen z plemienia Alawów, żyjący i pracujący w świecie białych (cyt. za Anna Kronenberg, „Życie snem – Żywe Sny: spotkanie tradycji europejskiej i aborygeńskiej w poezji Teresy Podemskiej-Abt”).

Aborygen jak miś koala?

Kurnell to nazwa przedmieścia Sydney nad zatoką o tej samej co miasto nazwie. Tam 29 kwietnia 1770 r. James Cook, przybiwszy do brzegu, spotkał się po raz pierwszy z mieszkańcami australijskiego lądu, uznając mimo to, że jest to terra nullius, ziemia niczyja. Mieszkają wprawdzie na niej jacyś aborigines, co potwierdzili trzej uczestniczący w wyprawie biolodzy – Banks, Solander i Spöring, zamieszczając tubylców w swoim spisie flory i fauny nowo odkrytego lądu – ale są to ludy dzikie, nieznające pojęcia własności, o czym świadczyć miał brak ogrodzeń wokół ich siedzib.

Umieszczenie nowo odkrytych ludów obok drzew eukaliptusowych, koali i guugu-yimidhirr, jak nazywali Aborygeni kangura szarego, nie wynikało z rasizmu czy ignorancji uczonych. Po prostu biolodzy zamieszczali w swym spisie wszystko, co żyło na nowym obszarze ab origine, „od początku”, czyli przed przybyciem Europejczyków. Wtedy w naukach biologicznych terminu aborigines używano w znaczeniu „gatunki miejscowe” i dopiero z czasem ograniczono go do ludzi. Być może w tym tkwi geneza mitu, jakoby aż do lat 60. XX w. władze Australii klasyfikowały rdzennych mieszkańców jako faunę, rzekomo nakazując w „Ustawie o florze i faunie”, aby rdzenni Australijczycy byli zarządzani w ramach tego samego portfela co australijska dzika przyroda. Mit musiał tkwić bardzo mocno w umysłach białych mieszkańców i hegemonów kontynentu, niczym czas snu w mentalności Aborygenów, skoro Linda Burney, polityk australijskiej Partii Pracy w parlamencie Nowej Południowej Walii, wspomniała o tej ustawie podczas przemówienia w 2003 r.

Że jest to nieprawda, w tym momencie krzywdząca nie tylko Aborygenów, ale również antenatów białych Australijczyków, świadczy chociażby fakt, iż rdzenni mieszkańcy Australii płci męskiej już od połowy XIX w. mieli prawa wyborcze, z wyjątkiem dwu stanów. Znów wbrew mitom przesuwającym datę otrzymania tych praw przez tubylców na rok 1967, kiedy odbyło się referendum dotyczące pewnych regulacji konstytucyjnych, wynikających właśnie z faktu posiadania przez Aborygenów wielu praw politycznych, w tym prawa do głosowania, wyjaśnia prof. Peter Buckskin z University of South Australia. Przecież nie dawano by praw politycznych „istotom” traktowanym na równi z eukaliptusem czy misiem koala! To jeszcze nie te infantylne czasy, one dopiero nadejdą.

Warto dodać, że kiedy w 1895 r. Australia Południowa udzieliła kobietom prawa głosu, dotyczyło to zarówno kobiet białych, jak i aborygeńskich.

Melancholijny przypis w historii Australii?

William Stanner był australijskim antropologiem, który badał kulturę zarówno dawnych, jak i współczesnych mu rdzennych Australijczyków. W wygłoszonym w 1968 r. wykładzie użył terminu „wielka australijska cisza”. Uczony stwierdził wówczas, że istniał „kult zaniechania pamięci” o przedkolonialnej przeszłości, który ograniczył rolę Aborygenów i mieszkańców wysp Cieśniny Torresa do „melancholijnego przypisu” w historii Australii. Stanner często też mówił i pisał o wymazaniu z historii brutalnych kolonialnych spotkań, „inwazji, masakr, czystek etnicznych i oporu” rdzennej ludności, co oznaczało, że istniał wówczas „kult zapomnienia praktykowany w skali kraju”. Portal Aboriginal Art, utworzony i prowadzony przez potomków Aborygenów, informuje, że z powodu chorób przywleczonych przez białych, utraty na ich rzecz ziemi i bezpośredniej przemocy liczba ludności tubylczej w latach 1788–1900 spadła niemal o 90%. Sama ospa miała zabić 50% populacji.

13 lutego 2008 r. premier Australii Kevin Rudd wygłosił w parlamencie przemówienie, w którym przeprosił Aborygenów za dyskryminację i prześladowania, w tym za doświadczenie tzw. skradzionego pokolenia (stolen generations). Tak określa się dzieci Aborygenów, które w latach 1910–1970 zostały przez australijskie władze odseparowane od rodzin w ramach przymusowej asymilacji. Było to w zależności od źródeł od 50 do 200, a nawet 300 tys. dzieci. Szacuje się, że dotyczyło 10–33% wszystkich dzieci rdzennych Australijczyków – czytamy na stronie Australians Together. „Niektóre dzieci zabierane były rodzicom bez ich zgody, w innych przypadkach rodzice zgadzali się na tę praktykę. Część dzieci wychowywała się w internatach, część była adoptowana przez białe rodziny”, informuje prof. Larissa Behrendt w pracy „Indigenous Australia for Dummies” (2012).

Ilu Aborygenów żyje obecnie w Australii? Tu ponownie będziemy mieli problem z precyzyjną odpowiedzią. Według różnych danych od jakichś 220 tys. do 700 tys. Strona Culture Trip zaznacza nawet, że według oficjalnych informacji rządu Australii liczba Aborygenów może w ciągu dwu kolejnych dekad przekroczyć milion.

Dziś największym problemem rdzennych mieszkańców są narkomania i alkoholizm, pisze Piotr Trybalski, polski dziennikarz, pisarz, podróżnik i fotoreporter. W communities, czyli swego rodzaju skansenach, a może nawet rezerwatach, „Aborygeni pozostawieni sami sobie popadli w marazm, żyjąc od zasiłku do zasiłku, jego większą część przeznaczając na używki”. Wprawdzie niektóre communities staraniem władz oraz części rdzennych mieszkańców, chcących wykorzystać swoją szansę na wybicie się ze stanu apatii, przekształcono w atrakcje turystyczne – gdzie można poznać sztukę, zwyczaje i obrzędy plemion – to nietrudno zauważyć, że większość tubylców nie garnie się do nowej roli, być może zauważając jej sztuczność.

Trybalski do swych obserwacji dodaje jeszcze jedną uwagę: „Nawet dziś, kiedy przed Aborygenami otwarto różne możliwości, w ich świadomości niewiele się zmieniło. Większość wciąż woli siedzieć przed domem niż pod dachem, włóczyć się po buszu niż zarabiać pieniądze. Są zaprzeczeniem tego, do czego od tysięcy lat dąży reszta świata. A może to właśnie oni znaleźli sposób, aby w świecie, w którym rządzi materia, nie oszaleć?”.

01.05.2019 Numer 5/2019

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną