Środowisko

Urzeczony oceanem

Numer 1/2019
Willyam Bradberry / Shutterstock
Morze jest niewyczerpanym źródłem opowieści. W swojej książce „Tajemnicze życie oceanów” Robert Hofrichter przedstawia te najbardziej ekscytujące.
Węgorz amerykański.makeitahabit/Shutterstock Węgorz amerykański.
Wędrówka ­kontynentów. Znaczenie dla ­powstania Atlantyku ­miało rozdzielenie się Ameryki Północnej i Europy.miha de/Shutterstock Wędrówka ­kontynentów. Znaczenie dla ­powstania Atlantyku ­miało rozdzielenie się Ameryki Północnej i Europy.
Arothron ­nigropunctatus, przedstawiciel Tetraodontidae.Grisha Bruev/Shutterstock Arothron ­nigropunctatus, przedstawiciel Tetraodontidae.
Ryby fugu (rozdymki tygrysie). Jedna nadęta.junrong/Shutterstock Ryby fugu (rozdymki tygrysie). Jedna nadęta.
Ośmiornica z rodzaju Hapalochlaena jest mała i niepozorna, lecz w stanie pobudzenia na jej ­ramionach i płaszczu pojawiają się ostrzegawcze jaskrawoniebieskie obwódki.Sascha Janson/Shutterstock Ośmiornica z rodzaju Hapalochlaena jest mała i niepozorna, lecz w stanie pobudzenia na jej ­ramionach i płaszczu pojawiają się ostrzegawcze jaskrawoniebieskie obwódki.
Ryby antena­riusowate to mistrzowie ­kamuflażu, ­zamieszkujący wszystkie morza tropikalne. Ofiarę przywabiają za pomocą umieszczonego na głowie illicium, rodzaju „wędki z przynętą”.Rich Carey/Shutterstock Ryby antena­riusowate to mistrzowie ­kamuflażu, ­zamieszkujący wszystkie morza tropikalne. Ofiarę przywabiają za pomocą umieszczonego na głowie illicium, rodzaju „wędki z przynętą”.
Butlonosy żyją prawie 50 lat.Andrea Izzotti/Shutterstock Butlonosy żyją prawie 50 lat.
materiały prasowe

Pomimo trwających już ponad 100 lat wysiłków badawczych wędrówki węgorzy pozostają jedną z największych zagadek biologii. Obecnie znamy 21 gatunków z rodzaju Anguilla i wszystkie one spędzają życie w rzekach i potokach. Kiedy jednak nadchodzi czas reprodukcji, węgorze niepowstrzymanie ciągnie do morza. Gdy jest to konieczne, pełzają nawet z jednego zbiornika wodnego do drugiego – mogą przeżyć dłuższy czas na lądzie. Niektóre gatunki pod koniec swojego dorosłego życia przemierzają wiele tysięcy kilometrów, by wrócić do swojego ulubionego miejsca, w którym odbywają tarło. Już podczas opuszczania słodkich wód przestają przyjmować pokarm, albowiem od tej pory obie płcie mają już tylko jeden cel życiowy – rozród. Energię potrzebną do jego zrealizowania czerpią wyłącznie ze zgromadzonych rezerw tłuszczu, które muszą wystarczyć zarówno na całą podróż, jak i na kończące eskapadę tarło. Podczas wędrówki bowiem węgorzom zanikają jelita i zamyka się odbyt. Do tej pory jednak nie udało się zaobserwować parowania się węgorzy w naturalnym otoczeniu. Po tarle zaś ryby giną.

Wszystkie węgorze wędrują z prądem rzek, by dotrzeć do morza. Wśród nich są zagrożony wyginięciem węgorz europejski Anguilla anguilla i jego amerykański odpowiednik Anguilla rostrata. Oba gatunki opuszczają rzeki na swoim kontynencie i płyną na dużych głębokościach do Morza Sargassowego, obszaru Atlantyku na wschód od Florydy i na południe od wysp Bermudów – „Europejczycy” na zachód, „Amerykanie” w przeciwnym kierunku na wschód. Niektóre szczegóły tych wędrówek zostały wyjaśnione za pomocą telemetrii satelitarnej. W migracjach można zaobserwować rytm dobowy: w ciągu dnia węgorze schodzą na głębokość 1000 m pod wodę, z kolei nocą pływają w cieplejszych warstwach powierzchniowych. Aby w ciągu roku przebyć dystans 5 tys. km z Europy do Morza Sargassowego, wygłodzone zwierzęta muszą pokonywać każdego dnia 35 km. Jednak faktycznie ustalone przebyte odległości były istotnie mniejsze. Dlatego przyjmuje się, że węgorze zręcznie wykorzystują prądy morskie.

Po tym, jak odbyło się już otoczone tajemnicą tarło, z zapłodnionych jajeczek rozwijają się tzw. leptocefale. Larwy takie zostały niegdyś opisane jako osobny gatunek ryb o nazwie Leptocephalus. Dopiero pod koniec XIX w. naukowcy zorientowali się, że to nic innego jak młodociane stadium węgorzy.

Pod dywanem brunatnych gronorostów, czyli glonów z gromady brunatnic i rodzaju Sargassum, w części Atlantyku o niemal identycznej nazwie rozgrywają się niewidoczne dla ludzkiego oka dramaty życia. Martwe europejskie i amerykańskie węgorze opadają w mierzące 5 tys. m klarowne głębiny, gdzie czekają na nie niezliczone głodne paszcze, podczas gdy następne pokolenie w postaci milionów leptocefali – naturalnie także one są podzielone genetycznie na „Europejczyków” i „Amerykanów” – czeka na „pociąg”, czyli na Golfsztrom. Zabiera on wylęg w wielką podróż, podczas której w pewnym momencie drogi obu gatunków się rozchodzą: część larw dryfuje dalej na wschód, by pod postacią młodocianych węgorzy dotrzeć do ujść europejskich rzek, a część na północ i zachód, by wpłynąć do rzek Nowego Świata.

Skąd jednak wziął się ten niepojęty bieg wydarzeń? Dlaczego węgorze wędrują tak daleko i to akurat do Morza Sargassowego? Jak to możliwe, że dwa gatunki z dwóch kontynentów migrują w jeden rejon Oceanu Atlantyckiego? Czyżby Morze Sargassowe oferowało węgorzom nadzwyczajnie korzystne warunki ekologiczne? Ale jak w takim razie w ogóle zdołały odkryć ten bardzo odległy region pośrodku oceanu?

Odpowiedź na te pytania oferuje przypuszczalnie tektonika: rozdzielenie Ameryki Północnej i Europy oraz następujące potem rozrastanie się Atlantyku odbyło się 120–40 mln lat temu. Wzory migracji musiały zatem zapisywać się w pamięci tego gatunku przez miliony lat, podczas gdy ocean stawał się coraz szerszy i w końcu osiągnął dzisiejsze rozmiary. Fakt, że Morze Sargassowe musi oferować wylęgowi szczególne warunki i specyficzne pożywienie, objawia się choćby tym, że do tej pory nie udało się rozwinąć hodowli węgorzy europejskich i amerykańskich. Udało się to jedynie w przypadku pewnego japońskiego gatunku, ale i tam skala sukcesu nie jest wielka. Symulowanie naturalnych warunków za pomocą sztucznej karmy po prostu się nie udaje.

Jaskrawoniebieskie barwy ostrzegawcze i TTX

Sławą w świecie biologicznych jadów jest tetrodotoksyna (TTX). A oto jej krótka biografia: istnieje grupa spokrewnionych ryb, nosząca nazwę rozdymkowatych. Wyglądają tak, jak się nazywają, zwłaszcza gdy poczują się zagrożone. Wtedy nadymają się wodą. Ryby te mają jeszcze jedną szczególną cechę. Zarówno zęby górnej, jak i dolnej szczęki stopiły się u nich w mocne płytki zębowe – dwie znajdują się u góry, dwie na dole – i tym samym rozdymki mają teraz już tylko cztery wielkie zęby. Stąd też wzięła się ich naukowa nazwa Tetraodontidae, czyli „czterozębne”, a potocznie po prostu tetrodonowate.

W Japonii ryby te są chętnie spożywane. Niektórzy konsumenci przypłacają jednak posiłek życiem: dotyka ich śmiertelny paraliż. Zachowując pełną świadomość, doświadczają tego, jak ich życie nieuchronnie dobiega końca. Dlaczego tak się dzieje? Otóż wnętrzności ryby są pełne toksyn, spośród których w 1950 r. wyizolowano i przeanalizowano tę najważniejszą. Ochrzczono ją mianem tetrodotoksyny, w skrócie TTX. To dlatego niefachowo przygotowana ryba z rodziny rozdymkowatych jest zabójczym delikatesem. Trudno powiedzieć, jak wielu ludzi rzeczywiście z jego powodu umiera, bo liczba niezgłoszonych przypadków poza wielkimi miastami, na rozmaitych wyspach i na długich wybrzeżach Japonii może być znaczna. Według oficjalnych statystyk w latach 80. XX w. ofiarą TTX padały przeciętnie 44 osoby rocznie. Dzisiaj przepisy bezpieczeństwa w certyfikowanych restauracjach są tak zaostrzone, że można tam bez obaw jeść fugu. Poza nimi lepiej zachować powściągliwość.

TTX występuje nie tylko w rozdymkowatych, ale i w niektórych ślimakach, rozgwiazdach, krabach, tzw. szczecioszczękich – drapieżnych drobnych bezkręgowcach – wstężnicach, płazińcach, u kilku płazów bezogonowych i traszek. Przeważnie służy im jako broń defensywna. Same jednak jej nie produkują. Odpowiadają za to bakterie zaliczające się do rodzajów Actinomyces, Aeromonas, Alteromonas, Bacillus, Pseudomonas i Vibrio. Jednak droga, jaką ich jady dostają się do najróżniejszych organizmów, w większości przypadków pozostaje niejasna: poprzez spożycie, przez kolonizację powierzchni zwierząt i ich organów, przez jakiś inny sposób nagromadzenia? Tego nie wiemy.

Wiemy natomiast, że niektóre z tych zwierząt wykorzystują TTX także do polowania. Na przykład mała ośmiornica z rodzaju Hapalochlaena, u której podczas zagrożenia na ramionach i płaszczu pojawiają się ostrzegawcze jaskrawoniebieskie obwódki. Jak wszystkie ośmiornice ma ona między swoimi ośmioma ramionami – przypominający papuzi – dziób. Kiedy nim ugryzie, toksyna z gruczołów ślinowych może przenieść się na ofiarę. W pewnym udokumentowanym medycznie przypadku grupa żołnierzy biwakowała na plaży w pobliżu Sydney w Australii. 23-letni mężczyzna znalazł ośmiornicę i położył ją sobie na dłoni, by pokazać ją kolegom. Chwilę później, kiedy zwierzę wciąż jeszcze znajdowało się na jego ręce, zaczął się skarżyć na zawroty głowy i zrobiło mu się tak niedobrze, że nie był w stanie samodzielnie usunąć ośmiornicy z ręki. Wkrótce stracił świadomość. Żołnierz zmarł 90 min po przywiezieniu do pobliskiego szpitala. Podczas obdukcji nie stwierdzono żadnych patologicznych zmian. Mężczyzna zmarł z powodu zatrucia toksynami, jakie mała ośmiornica błękitna miała w swoim otworze gębowym. Nic nie wiadomo o agresywnych napaściach lub atakach ze strony ośmiornic błękitnych na osoby pływające z fajką czy na nurków i wydaje się, że zatrucia z ich powodu praktycznie zawsze są efektem niewiedzy lub nieostrożności. Przy czym trzeba powiedzieć, że te jadowite zwierzątka jak wszystkie ośmiornice są wzruszająco troskliwymi rodzicami, którzy dosłownie oddają życie za swoje dzieci. Tylko raz bowiem matki składają jaja – umierają tuż po wylęgu. Ojcowie natomiast żegnają się ze światem krótko po kopulacji.

Najniebezpieczniejszy jad mórz ukryty w „kwiatowych łąkach”

Ukwiałki (Zoanthidea) należą do parzydełkowców. Wyglądają jak ukwiały, jednak nie żyją tak jak one pojedynczo (samotnie), lecz tworzą kolonie. Niektóre gatunki są przepięknie ubarwione i mienią się jaskrawymi kolorami, od żółci przez zieleń po róż. Nurkowie wyjątkowo dobrze znają żółtą formę, która w Morzu Śródziemnym pokrywa strome ściany i jamy.

Ukwiałki mogą wciągać czułki swoich polipów – kolonie wyglądają wtedy jak brązowa lub zielona gąbka, pokrywająca skałę. Dotknięcie jej może być bardzo niebezpieczne, jeśli natrafimy na przedstawicieli rodzaju Palythoa. Ich jad, palitoksyna (PTX), należy do najgroźniejszych niebiałkowych toksyn, jakie w ogóle istnieją.

Do czego służy ta toksyna? Czy bierze się z samego ukwiałka? Niektórym rybom toksyczność parzydełkowców nie przeszkadza w ich nadgryzaniu. Na przykład ukwiałkami odżywiają się ryby jednorożkowate z rodzaju Aluterus. Można odnieść wrażenie, że palitoksyna nie szkodzi im tak samo jak części rogatnicowatych, które występują w wielkiej liczbie gatunków na indopacyficznych rafach i mogą ją nawet przyswajać. Natomiast u ludzi, którzy spożyli te ryby, często występowały objawy zatrucia i lekarze przez długi czas nie wiedzieli dlaczego. W Japonii dwoje ludzi zatruło się po zjedzeniu papugoryby Ypsicarus. Jedna z osób zmarła po czterech dniach, druga wyzdrowiała po tygodniu. Japońskie studium z 1989 r. wspomina 35-letniego mężczyznę, który po spożyciu wędzonej makreli pochodzącej z Filipin ciężko się rozchorował. W rybie stwierdzono obecność palitoksyny.

Sardynkom, śledziom, sardelom, makrelom, strzępielom, papugorybom i licznym bezkręgowcom, np. krabom i wieloszczetom, które również podgryzają Palythoa i spokrewnione Zoanthus, toksyna najwyraźniej nie przeszkadza. I wciąż jeszcze jest niejasne, czy odporny na wysoką temperaturę jad, a więc nieulegający zniszczeniu podczas gotowania, w ogóle pochodzi od samych ukwiałków, czy może jest syntetyzowany, np. przez bakterie.

Teraz coś, co powinno zainteresować akwarystów morskich. W Stanach Zjednoczonych i Niemczech odnotowano przypadki zatrucia się właścicieli akwariów przez samo dotknięcie ukwiałków. W innych przypadkach chcieli usunąć ukwiałki ze zbiornika i zatruli się przez samą inhalację ulatniających się substancji. Prosimy zatem dobrze przyjrzeć się mieszkańcom swojego akwarium!

Czas na prawdę: nadchodzą delfiny zabójcy

Pod koniec lat 90. XX w. zwiększyła się liczba przesłanek, że rzekomo łagodne butlonosy zwyczajne mają też „ciemne strony” charakteru. Biolodzy i weterynarze znajdowali na północnym wschodzie Szkocji martwe morświny na plaży. Były one dość mocno poturbowane i poranione: połamane żebra, krwotoki wewnętrzne, stłuczenia na całym ciele. Do tego trójkątne rany, widoczne ślady ugryzień i przebiegające równolegle powierzchowne zadrapania. Pomiary śladów i ran przyniosły pewność: sprawcami były butlonosy zwyczajne. Wkrótce badacze mogli bezpośrednio zaobserwować, jak grupa delfinów urządziła polowanie na morświna: taranowały mniejsze od nich zwierzę i brutalnie wielokrotnie je atakowały. A to jeszcze nie wszystko: delfiny atakowały także młode osobniki własnego gatunku. Niedługo później przy wybrzeżu Wirginii znaleziono liczne padłe delfinie dzieci ze stłuczeniami, złamaniami żeber, typowymi śladami ugryzień i innymi oznakami, które były już znane ze Szkocji. Dobrotliwe, inteligentne, pomocne butlonosy dopuszczają się dzieciobójstwa!

W świecie zwierząt tego rodzaju zachowanie u gatunków niemonogamicznych wcale nie jest takie niezwykłe. Postępują tak niedźwiedzie brunatne, lwy, goryle górskie, pawiany płaszczowe, szczury, myszy i surykatki. Jane Goodall w 1976 r. udokumentowała dzieciobójstwo także u naszych najbliższych krewniaków, szympansów. Samcom zabijającym młode najprawdopodobniej chodzi o to, by wyeliminować geny poprzedniego przywódcy klanu. Na dodatek samice, które (już) nie wychowują potomstwa, szybciej stają się chętne do parzenia. Zabicie dzieci innego samca oznacza zatem przyspieszenie możliwości płodzenia własnych.

Dlaczego w takim razie ofiarami delfinów padają morświny? Być może samce ćwiczą na nich sztukę zabijania. Albo to po prostu swawola i pociąg do zabawy czynią te morskie ssaki zabójcami. A może chodzi o narkotyki?

Odurzające się delfiny: podaj jointa dalej!

Ekipa filmowa BBC poczyniła w wodach koło Mozambiku niezwykłe obserwacje, jak niektóre młodociane delfiny fundują sobie narkotykowy rausz. Nie, nie palą trawki. Odkryły o wiele silniejszą substancję: TTX. Delfin wyszukiwał sobie w pobliżu dna rybę rozdymkowatą i brał ją ostrożnie między szczęki, a następnie jakby delikatnie memłał przez chwilę, tak że nie zostawała zraniona. Następnie podawał ją kolejnemu delfinowi i tak „joint” krążył wśród amatorów używek. Na filmie można zobaczyć, jak na zakończenie naćpane młode delfiny z nieco szklanym spojrzeniem jak w transie wiszą tuż pod powierzchnią wody. Joint zostaje zresztą puszczony wolno, przyjmuje z powrotem swoją normalną formę i stara się wziąć nogi za pas. Najwyraźniej delfiny perfekcyjnie opanowały dozowanie neurotoksyny, jaką przyjmują przez śluzówkę jamy ustnej, unikając zatrucia TTX w wyniku zjedzenia rozdymki.

Pożegnanie z wyidealizowaną kulą ziemską

Jeszcze zanim za pomocą satelitów zdołano zmierzyć Ziemię z kosmosu, zauważono, że wcale nie jest idealnie kulista. Pomiary geodezyjne pokazały: na równiku promień Ziemi, a więc odległość z centralnego punktu do powierzchni, wynosi 6371 km. Jednak gdy mierzy się go na biegunach, jest o 21 km krótszy. Przy dokładniejszym przyjrzeniu się widać zatem, że Ziemia jest elipsoidą obrotową ze spłaszczonymi biegunami. Niewielkie spłaszczenie planety jest logiczną konsekwencją jej ruchu obrotowego i tym samym występującej siły odśrodkowej. Wiemy przecież, że tylko nadzwyczaj cienka warstwa powierzchni Ziemi jest sztywna, natomiast reszta jest plastyczna.

Jednak to jeszcze nie wszystko. Estetyczne idealizowanie naszej planety ostatecznie dobiegło końca, kiedy w latach 90. XX w. renomowane niemieckie Centrum Badań Geofizycznych im. Helmholtza w Poczdamie (GFZ) opracowało nowy model Ziemi. GFZ bowiem potraktowało poważnie fakt, że ziemska siła ciążenia nie wszędzie działa równomiernie i dlatego powierzchnia oceanu nie jest równa i gładka jak lustro, a zatem ani nie odpowiada idealnej powierzchni kuli, ani obracającej się elipsoidzie, lecz wygląda raczej jak pędzący przez kosmos kartofel.

To dlatego rejs po oceanach przypomina podróż po górach i dolinach. Kiedy chce się np. odwiedzić obszar Oceanu Indyjskiego położony na południe od nadającego mu nazwę subkontynentu, trzeba spłynąć do głębokiej na 110 m dziury, podczas gdy w trakcie podróży po północnym Atlantyku musimy mozolnie wpłynąć na mierzącą 90 m wodną górę. Równie pagórkowato jest także wokół Nowej Gwinei na północ od Australii. Podczas podróży z Europy do Ameryki mniej więcej pośrodku oceanu, ponad śródoceanicznym grzbietem, ześlizgujemy się z mającego ok. 20 m wysokości „zbocza”, gdyż cały wschodni Atlantyk ma nieco wyższy poziom wody niż zachodnia połowa oceanu. Naturalnie tego się w ogóle nie zauważa, ponieważ przy tak olbrzymich odległościach wzniesienia są nieodczuwalne.

Olbrzymie fale sprawiają, że kapitanowie się modlą

W opowiadaniach marynarzy istnieją od dawna. Kaventsmann – olbrzymia pojedyncza fala przychodząca znikąd i wielokrotnie przekraczająca wysokość zwykłych fal, „trzy siostry” – czyli trzy następujące krótko jedna po drugiej wyraźnie wyższe fale, a także „biała ściana” – nadzwyczaj stroma, niemal pionowa fala, która może mieć szerokość wielu kilometrów. Jednak czy wszystkie te postrachy nie były jedynie elementami ubarwiającymi morskie opowieści? Podkoloryzowanymi relacjami marynarzy, którzy spędzali zbyt wiele czasu na morzu, w izolacji od świata, sam na sam ze swoimi fantazjami, i dlatego wyolbrzymiali swoje przeżycia, tak że lwy morskie stawały się syrenami, a wielkie fale zachłannymi monstrami?

„Poczułem oddech Boga”. Kiedy kapitan Heinz Aye 22 lutego 2001 r. zapisał to zdanie w dzienniku okrętowym statku wycieczkowego „Bremen”, już od dłuższego czasu było jasne, że opowieści dawnych żeglarzy nie były jedynie wytworem ich fantazji. Owe monstrualne fale naprawdę istniały – i taka właśnie wysoka na 35 m ściana wody trafiła w statek kapitana Aye i zalała go, wciskając do środka okna mostka kapitańskiego. Kapitan i jego pierwszy oficer ledwie uszli z życiem. Kilka lat wcześniej, 11 września 1995 r., podobny incydent spotkał jeden z najsłynniejszych statków świata, „Queen Elizabeth II”, podczas rejsu przez Atlantyk do Nowego Jorku. „Zauważyliśmy sunącą na nas białą olbrzymią falę. Wyglądało to, jakbyśmy kierowali się na kredowe klify Dover”, relacjonował kapitan Ronald Warwick. Także tutaj położony na wysokości 29 m mostek kapitański statku został zalany. W obu przypadkach jednostki pozostały nienaruszone, a załoga i pasażerowie jedynie najedli się strachu.

Innym jednak poszło znacznie gorzej. W lipcu 1909 r. niedaleko Afryki Południowej zniknął brytyjski parowiec „Waratah”, na którym zaginęło 211 osób. „Majestic”, jeden z największych statków swoich czasów, w 1934 r. zderzył się na północnym Atlantyku z monstrualną falą. Kapitan, który znajdował się na położonym 30 m nad poziomem morza mostku, został ciężko ranny. W 1966 r. luksusowy liniowiec „Michelangelo” płynął przez Atlantyk do Nowego Jorku. Kiedy oceaniczny olbrzym, kończąc podróż, przepływał koło Statui Wolności, troje ludzi nie żyło, kilkadziesiąt osób było rannych, a mierzący ponad 270 m długości statek był poważnie uszkodzony. Załoga opowiadała o mierzącej ok. 25 m wysokości pojedynczej fali, na jaką natrafiła podczas sztormu na Atlantyku.

To zestawienie można kontynuować: jesienią 2002 r. nieszczęście przytrafiło się tankowcowi „Prestige”. Pozbawiony możliwości manewrowania statek poszedł na dno. Doszło do wielkiego wycieku przewożonego ciężkiego oleju napędowego i katastrofy ekologicznej. Zanieczyszczony i zniszczony został duży fragment europejskiego wybrzeża Atlantyku. W styczniu 2005 r. spotkało to na północnym Pacyfiku statek „Explorer” z 650 studentami na pokładzie, w lutym 2005 r. „Voyagera” na Morzu Śródziemnym koło wyspy Minorka. „Norwegian Dawn”, statek wycieczkowy o długości 300 m, w kwietniu 2005 r. zderzył się na Atlantyku koło Florydy z falą o wysokości co najmniej 21 m. A w listopadzie 2006 r., 45 km na północ od Borkum na Morzu Północnym, fala o wysokości co najmniej 20 m, ale przypuszczalnie wysoka na 25 m, zniszczyła położony na wysokości 15 m pokład platformy badawczej „Fino”.

Olbrzymie fale, dzisiaj już to wiemy, mogą powstawać wszędzie, zarówno na dzikim północnym Atlantyku, jak i na Morzu Śródziemnym lub Północnym. Od końca XX w., m.in. dlatego że ofiarami ich padają także platformy wiertnicze, skupiają one na sobie dużą uwagę oceanografów, przy czym ulepszone metody pomiarowe wydobywają na światło dzienne zdumiewające fakty. Wśród 3,9 mln fal, jakie stwierdzono podczas badań w pobliżu brazylijskiego wybrzeża, 442 były olbrzymie. „Monstrualne fale występują zdecydowanie częściej, niż to się dotychczas wydawało”, stwierdzają Anne-Karin Magnusson z Norweskiego Instytutu Meteorologicznego w Bergen i Mark Donelan z Uniwersytetu w Miami. Wiedzą to, ponieważ przeanalizowali dane zgromadzone przez sensory laserowe norweskich platform wiertniczych na polu naftowym Ekofisk. Tutaj od 2003 r. wysokość fal przy instalacjach wydobywczych jest mierzona przez cztery lasery pięć razy na sekundę. Tylko podczas sztormu 9 listopada 2007 r. przeanalizowano 13 535 bałwanów. Jeden z nich zdobył sławę wśród fachowców: tak zwana fala Andrei była jednym z najbardziej stromych kiedykolwiek zmierzonych bałwanów. Od podstawy do wierzchołka miała niemal 21 m wysokości, 100 m szerokości i poruszała się z prędkością 64 km/h. A Andrea nie jest wyjątkiem: „Nad każdym fragmentem morza raz na trzy tygodnie przemieszcza się stroma monstrualna fala”, stwierdzają autorzy studium. Nieco ostrożniej ocenia sytuację Deutsche Zentrum für Luft- und Raumfahrt (DLR – Niemieckie Centrum Żeglugi Powietrznej i Kosmicznej), które także poluje na monstrualne fale. Za pomocą satelitów radarowych jego pracownicy badają powierzchnię oceanu. Ich konkluzje: na całym świecie tygodniowo z morza wynurzają się dwie, a niekiedy nawet trzy ekstremalnie wysokie ściany wody.

Aby lepiej zrozumieć rozwój monstrualnych fal i ich rozchodzenie się, Unia Europejska powołała do życia projekt o nazwie „MaxWave”, w którego ramach Ziemię okrąża wiele satelitów i odnotowuje fale występujące na oceanach. Także wieże wiertnicze i platformy wyposażono w służące do tego celu nowoczesne urządzenia pomiarowe. Dzięki tej technice dzisiaj jest możliwe opracowywanie prognoz fal i ich map, na czym korzysta przede wszystkim transport morski. A jeszcze niedawno prognozy takie były nie do pomyślenia.

Nie wiemy dokładnie, jak te fale powstają, ale jedna z teorii mówi, że dwie faliste wodne góry mogą się w pewien szczególny sposób spotkać ze sobą i w wyniku „konstruktywnej” interferencji złączyć się w falę o podwójnej wysokości. Badacze przypuszczają też, że monstrualne fale mogą być wywoływane przez uderzenia zimnego powietrza, które na zdjęciach satelitarnych rozpoznaje się jako charakterystyczne pierścieniowate komórki. W komórkach tych zimne pakiety powietrza szybko opadają na powierzchnię morza i prowadzą do wysokiego falowania. Kiedy jednak komórka porusza się, i to mniej więcej tak samo szybko jak woda, niejako pędzi ją przed sobą, wypiętrzając w monstrualne fale.

***

Robert Hofrichter „Tajemnicze życie oceanów”, Prószyński i S-ka

01.01.2019 Numer 1/2019

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną