Środowisko

To nie zorza. To STEVE

Numer 5/2018
Nowy spektakl świetlny na niebie.

Latem 2016 r. grupa „łowców zórz polarnych” z kanadyjskiej prowincji Alberta sfotografowała na niebie dziwną fioletową poświatę. Nietypowe efekty świetlne pojawiły także podczas kolejnych nocy. Czasami zmieniały barwę na zieloną, a spektakle zwykle trwały od kwadransa do godziny. Choć obserwatorzy byli amatorami, od razu się zorientowali, że to musi być coś innego niż zorza. Tajemniczemu zjawisku nadali imię Steve, inspirując się sceną z jednego z filmów animowanych.

Sprawą zajęła się Elizabeth MacDonald z NASA Goddard Space Flight Center. Przez półtora roku otrzymała od amatorów z Kanady i USA blisko 30 raportów informujących o pojawieniu się na niebie Steve’a. Zdjęcia wykonał też satelita Swarm, należący do Europejskiej Agencji Kosmicznej. Finalnie w połowie marca na łamach „Science Advances” badaczka i jej liczni współpracownicy z kilkunastu placówek naukowych przedstawili swoją hipotezę na ten temat.

Okazuje się, że Steve, tak jak zorza, powstaje za sprawą wysokoenergetycznych cząsteczek, tyle że pędzących wzdłuż innych linii ziemskiego pola magnetycznego. Różni się od niej jednak wieloma cechami: wyglądem, barwą, przebiegiem i umiejscowieniem. Po pierwsze, powstaje znacznie wyżej, bo tysiące kilometrów nad Ziemią, po drugie, jest widoczny na niższych szerokościach geograficznych. – Wciąż jednak wiemy o nim bardzo mało – mówi MacDonald, która zwróciła się do amatorów z prośbą o przesyłanie dalszych fotografii zjawiska. Co do jego nazwy, badacze pozostawili ją w oryginalnej postaci. Od teraz jest ona jednak akronimem pełnej angielskiej nazwy strong thermal emission velocity enhancement, w skrócie… STEVE.

01.05.2018 Numer 5/2018

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną