Technologia

Ubranie dla żołnierza

Numer 8/2020
Co wojskowy powinien założyć podczas wojny? Może wełniany mundur? Lepszy jest suwak czy zapięcie na rzepy? Jaki kamuflaż najlepiej się sprawdza? Czy wojskowa bielizna powoduje ból głowy i kolkę? Jak zbadać właściwości odzieży i co zrobić, by była lepsza?

Kapelan wojskowy nosi sutannę. Tylko z czego jest ona uszyta? Jeżeli jest kapelanem polowym, towarzyszącym jednostce artyleryjskiej, nosi umiarkowanie ognioodporny odstraszający owady rayononylon z 25-procentową domieszką kevlaru, co zapewnia mu większą trwałość. Jeżeli kapelan jeździ czołgiem, ma na sobie nomex, materiał wysoce ognioodporny, ale zbyt drogi, by nosić go na co dzień. Na terenie bazy wojskowej, gdzie jest względnie bezpiecznie, kapelan ma na sobie strój wykonany w połowie z nylonu i w połowie z bawełny, czyli standardowe umundurowanie bojowe amerykańskiej armii. Do tego dochodzi standardowe odzienie moro, wiszące w szafie w pokoju kapelana tutaj w Natick Labs.

Pełna oficjalna nazwa dużego kompleksu badawczego znanego jako Natick brzmi US Army Natick Soldier Research, Development and Engineering Center. To tutaj powstaje – albo przynajmniej testowane jest – wszystko, co żołnierz nosi lub je, na czym śpi i w czym mieszka. Przez lata i liczne kolejne inkarnacje tego ośrodka przewinęły się przezeń takie rozwiązania jak samoogrzewające się płaszcze, liofilizowana kawa, goreteks, kevlar, permetryna, wewnętrzne kamizelki kuloodporne, syntetyczny gęsi puch, biosyntetyczny jedwab pajęczy, restrukturyzowane steki, radapertyzowana szynka, a także awaryjne racje żywnościowe w postaci batonów czekoladowych ze szczyptą nafty, by żołnierze nie traktowali ich jako smacznej przekąski. Jeśli zaś chodzi o kapelanów z Natick, to zaprojektowali oni przenośne konfesjonały, kaplice wewnątrz kontenerów, a także opłatki komunijne o dłuższym terminie przydatności do spożycia.

Tego popołudnia mamy w Natick przyjemne 20ºC. Zdarza się jednak i tak, że równocześnie może panować tam –50ºC albo 40ºC w cieniu. Wszystko zależy od tego, co jest akurat testowane w Doriot. Gdy w 1954 r. otwarto cały ten kompleks, Doriot Climatic Chambers stanowiły jego centralny punkt. Już nigdy więcej żołnierze nie mieli trafić na Aleuty w nieocieplanych butach, już nigdy więcej nie mieli znaleźć się w dżungli równikowej z namiotami niezabezpieczonymi przed zagrzybieniem. Owszem, podczas walki żołnierz potrzebuje odwagi, ale potrzebuje też sprawnych rąk i nóg, no i musi być wyspany.

Ochrona przed żywiołami to absolutne minimum, którego amerykańska armia oczekuje od swoich mundurów. Najchętniej wyposażyłaby ona swoich ludzi w mundury chroniące przed wszystkim, z czym należy liczyć się na nowoczesnej wojnie: płomieniami, materiałami wybuchowymi, kulami, laserami, ziemią podnoszoną przez wybuch bomby, substancjami chemicznymi, wąglikiem czy pchłami piaskowymi. Najlepiej, gdyby te same uniformy zapewniały żołnierzom suchość i chłodzenie w skrajnym upale, były odporne na raczej ciężkie traktowanie w wojskowych pralniach polowych, a jednocześnie były przyjemne w dotyku, eleganckie i niezbyt drogie.

Budynek 110

Zacznijmy od tego obiektu. Jego oficjalna nazwa to Ouellette Thermal Test Facility, dzięki której śmiertelnie niebezpieczne wybuchy i koszmarne oparzenia nabywają nieco francuskiego szyku. Kiedy ktoś z branży sądzi, że opracował właśnie udoskonalony materiał ognioodporny, próbka tego wynalazku trafia na testy właśnie tam. Niektórzy przysyłają skrawki, inni całe bele materiału. Ich nadzieje może pogrzebać nawet jedno włókno. Materiał podgrzewa się do 820ºC, a powstałe opary są badane z wykorzystaniem chromatografu gazów. Tekstylia ognioodporne – a przynajmniej niektóre z nich – działają na zasadzie uwalniania substancji chemicznych pod wpływem ciepła. Trzeba oczywiście sprawdzić, czy chemikalia te nie są groźniejsze niż same płomienie.

Kiedy badanie wykaże już, że dany materiał nie jest toksyczny, pora na analizę odporności na płomienie. Służy do tego laser. Jego promień jest skalibrowany w taki sposób, by przekazywał ograniczoną ilość energii, odpowiadającą wybuchowi bomby skonstruowanej przez zamachowca (chodzi o amatorskie ładunki). Za skrawkiem materiału znajduje się czujnik, który mierzy ilość ciepła przepuszczanego przez tkaninę. Tak oto ustala się, jak dużą ochronę zapewnia dany materiał i z jak poważnymi oparzeniami powinien się liczyć noszący go żołnierz.

Następnie badacze włączają pompę próżniową, za pomocą której przysysa się badany skrawek do czujnika. Ma to symulować uderzenie fali ciśnieniowej podczas wybuchu, czyli pęd gęsto upchanego powietrza, któremu wybuch nadaje dużą prędkość i które może powalić człowieka na ziemię. Co w tym kontekście ważniejsze, fala uderzeniowa przyciska materiał do ciała człowieka i może intensyfikować przenoszenie wysokiej temperatury, a zatem skutkować większymi oparzeniami.

Jedną z najistotniejszych zalet defender M, materiału stosowanego obecnie w produkcji flame resistant army combat uniform, czyli FR ACU (żołnierze nazywają go frack you), jest mechanizm balonowego oddalania się od skóry człowieka w warunkach wysokiej temperatury. Niestety defender M ma też wadę – łatwo się drze (ale spokojnie, już nad tym pracują). Ta sama cecha, która powoduje, że mundur jest wygodny w upale, osłabia materiał, składający się głównie z rayonu wciągającego wilgoć, ale o niskiej wytrzymałości w stanie mokrym.

Jeżeli w chaosie powstałym po wybuchu mundur się rozedrze, cała ochrona termiczna przestaje istnieć. Żołnierz zostanie upieczony jak grzanka. Producent wzmacnia więc materiał odrobiną kevlaru, ale nadal nie jest on tak mocny jak nomex, włókno stosowane często w kombinezonach strażackich. Nomex zapewnia również lepszą odporność na płomienie – daje noszącej go osobie co najmniej 5 s, zanim jej strój zajmie się ogniem. Dlaczego zatem wszystkie mundury wojskowe nie są produkowane z nomexu? Bo nie byłby to najlepszy wybór dla żołnierzy biegających po upalnym Bliskim Wschodzie. Do tego nomex jest drogi i trudno drukuje się na nim barwy maskujące.

Z materiałami ochronnymi tak to już jest: zawsze trzeba iść na jakiś kompromis. Problemem jest wszystko, nawet kolor. Ciemniejsze kolory odbijają mniej ciepła, a więcej przyjmują i przekazują na skórę. Chcąc ustalić, jak poważne obrażenia spowoduje wysoka temperatura, naukowcy zbierają odczyty z czujnika umieszczonego za badanym skrawkiem i przepuszczają przez model prognozowania oparzeń. Mówimy tu o modelu stworzonym po II wojnie światowej przez Alice Stoll, pierwszą boginię płomieni. Stoll prowadziła badania nad oparzeniami dla marynarki wojennej. Do stworzenia modeli oparzeń pierwszego i drugiego stopnia wykorzystała skórę na własnym przedramieniu. Można jej chyba wybaczyć, że w kreśleniu krzywej oparzeń trzeciego stopnia sięgnęła już po pomoc. Wykorzystała w tym celu znieczulone zwierzęta, głównie szczury i świnie. Pod względem przyjmowania i odbijania ciepła skóra świni jest najbardziej zbliżona do ludzkiej ze wszystkich powszechnie dostępnych zwierząt.

Stoll ustaliła, że ciało ludzkie zaczyna się przypalać w temperaturze 44ºC. Jej model prognozowania oparzeń to coś w rodzaju matematycznego termometru do mięsa. Temperatura mięsa oraz głębokość penetracji tej temperatury w głąb tkanki to dwa kluczowe czynniki determinujące stopień oparzenia. Krótki kontakt z płomieniem lub wysoką temperaturą doprowadzi do ugotowania jedynie zewnętrznej warstwy tkanek albo w ogóle nie wyrządzi szkód. Gdyby trzymać się metaforyki kulinarnej, mielibyśmy do czynienia z lekko przyrumienionym tuńczykiem. Dłuższy kontakt z tak samo wysoką temperaturą spowoduje ugotowanie również głębszych warstw, czyli wywoła oparzenia drugiego lub trzeciego stopnia (średnio wysmażony stek).

Ognioodporna wełna

Ubranie może stanąć w płomieniach także bez kontaktu z ogniem. Na przykład temperatura samozapłonu bawełny wynosi ok. 370ºC. Największe znaczenie ma tu czas kontaktu z temperaturą. Fala uderzeniowa po wybuchu jądrowym charakteryzuje się ekstremalnie wysoką temperaturą, ale też przemieszcza się z prędkością światła. Czy to możliwe, aby ten czas był zbyt krótki, by doszło do zapłonu munduru żołnierza? Zagadnienie to analizowano w Quartermaster Research and Development, ośrodku, który został potem przekształcony w Natick.

W latach 50. przeprowadzono operację Upshot-Knothole, w ramach której wykonano 11 eksperymentalnych detonacji ładunków jądrowych w ośrodku badawczym Nevada Proving Grounds. Naukowcy prowadzący ten projekt przyglądali się głównie wytrzymałości materiałów budowlanych, czołgów oraz schronów przeciwbombowych, ale zgodzili się, żeby ich koledzy od badania mundurów zawieźli na miejsce prób trochę świń. Dostarczono tam 111 znieczulonych osobników odmiany Chester White, ubranych w specjalne kombinezony uszyte z różnych tkanin. Część była ognioodporna, inne nie. Zwierzęta rozmieszczono w coraz większej odległości od miejsca wybuchu.

Okazało się, że ognioodporne mundury na chłodną pogodę z warstwą wełny zapewniały lepszą ochronę niż szereg ognioodpornych mundurów na cieplejszą pogodę, a zatem cieńszych. Ich producenci, myśląc o wyższych temperaturach, z pewnością nie brali pod uwagę ekstremalnego ciepła wywołanego wybuchem jądrowym. Naukowcy ze zdziwieniem odnotowali „całkowity brak jakichkolwiek jakościowych oznak uszkodzenia chronionej materiałem skóry u zwierząt, które znaleziono martwe w odległości 560 m od miejsca wybuchu”.

Nie chciałabym szukać dziury w całym, ale kogo interesuje stopień oparzeń u zwierząt, które znalazły się na tyle blisko eksplozji, że zostały „rozerwane na strzępy”, jak zwięźle ujmuje to raport? Scenariusz tego eksperymentu był jawnie absurdalny, mimo to udało się wykazać, jak olbrzymie znaczenie ma czas kontaktu z wysoką temperaturą. W przypadku szybkiej fali ciepła, jak ta powstała po wybuchu bomby (np. zrobionej przez domorosłego zamachowca, której eksplozję łatwiej jest przeżyć), kilka sekund ognioodporności może okazać się decydujące.

Pomogła również wełna, ponieważ włosy odznaczają się naturalną ognioodpornością. W Natick ostatnio bada się perspektywy związane z powrotem do naturalnych materiałów, takich jak jedwab i wełna. Wełna jest nie tylko ognioodporna i nietopliwa, ale też odbiera wilgoć z powierzchni skóry. Pracownica placówki opowiada, że miała już w laboratorium bardzo fajną, miłą w dotyku i ognioodporną bieliznę na chłodne dni wykonaną z owczej wełny. Włókna tej wełny trzeba jednak poddać zmiękczaniu, żeby nie gryzły, a także specjalnie zakonserwować, żeby bielizna się nie kurczyła, a to zwiększa koszty produkcji. Koszty rosną również na skutek przepisów zawartych w „Berry Amendment”, gwarantujących pewne przywileje krajowym producentom wyposażenia wojskowego. Dodatkowy problem wynikający z tych przepisów jest taki, że wbrew zapewnieniom branży hodowców owiec w całych Stanach Zjednoczonych może być po prostu za mało tych zwierząt, żeby starczyło wełny na mundury.

Precz z wilgocią

Załóżmy, że nowo opracowany materiał jest wygodny i przystępny cenowo. Odporność na ogień dobrze komponuje się z funkcjami odstraszania owadów oraz ochroną przed fetorem mikrobakteryjnym. Co dalej? Teraz trzeba dostarczyć próbkę do Textile Performance Testing Facility. Przeprowadzono by tam badanie z wykorzystaniem urządzenia nu-martindale abrasion and pilling tester, które pozwoliłoby stwierdzić, jak szybko materiał zużyje się na skutek typowego wojskowego użytkowania. Zostałby poddany kilkudziesięciu cyklom prania i suszenia. Pranie usuwa nie tylko brud, ale stopniowo wypłukuje również substancje chemiczne, którymi materiał został wzbogacony.

Gdy pojawiłam się w tym ośrodku badania tekstyliów, jeden z pracowników czekał właśnie na spodnie poddane przyspieszonemu praniu. Powiedział, że jedno pranie w urządzeniu launder-ometer równa się pięciu normalnym praniom, bo o materiał uderzają stalowe kule. Gdyby tylko naukowcy z Natick wynaleźli materiał niewymagający prania… O ile dłużej wytrzymywałby mundur, który wystarczyłoby tylko spryskać wodą, bo wszystko, co zostałoby na niego wylane lub na nim rozsmarowane, po prostu by z niego spadało. O ile taki mundur byłby bezpieczniejszy, gdyby wróg zaatakował z powietrza z wykorzystaniem broni chemicznej.

Naukowcy z Natick nad tym też pracują. W laboratorium badania odporności na ciecze testowana jest właśnie nowa technologia przystosowywania tkanin do pozbywania się płynów. Demonstracja zaczyna się pierdzącym odgłosem wydobywającym się z plastikowej butelki z musztardą. Jaskrawożółta linia dołącza do różnych odcieni brązowego i zielonego na kwadratowym kawałku tkaniny w barwach maskujących. Tkanina zostaje przypięta do nachylonej deski, by ułatwić odpadanie różnych substancji. Zaczyna się test odpadania. Operator kamery i niewielka grupa postronnych osób przyglądają się, jak musztarda zsuwa się z tkaniny, w ogóle nie tracąc swojego kształtu. Potem testowane są keczup, kawa, mleko, jak gdyby właściciel badanego munduru wyzwał wroga na pojedynek na jedzenie. Wystarczy odrobina wody, by wszystko kompletnie się zmyło. Dotykam wewnętrznej strony tkaniny. Jest zupełnie sucha.

Produkty płynne składają się głównie z wody, a ta oznacza duże napięcie powierzchniowe: cząsteczki mocniej wiążą się ze sobą niż z większością powierzchni, na które się je wyleje. Ciecz o niższym napięciu powierzchniowym, np. alkohol, na powierzchni tkaniny nie będzie zbijać się w duże krople jak woda – od razu wsiąka. Kropla wody to ciasne skupienie cząsteczek, które można przyrównać do aktu zamykania się w sobie – cząsteczki wody nie chcą chwytać się za ręce z obcymi. W kontakcie z powietrzem powierzchnia wody okazuje się wystarczająco mocna, by stworzyć coś na kształt cieniutkiej skóry. W królestwie owadów występują gatunki zdolne biegać po powierzchni wody, ale w dżinie już zatoną. Największym napięciem powierzchniowym odznacza się rtęć, która zbija się w duże krople i stacza praktycznie ze wszystkiego, na co się ją upuści. Nie zostawia za sobą niczego. Rtęć stosowano do produkcji tradycyjnych termometrów m.in. dlatego, że nie moczy wewnętrznej strony szkła. Nie pozostawia śladów! Dzięki temu było wyraźnie widać, jaka jest temperatura. No i oczywiście dlatego, że zachowywała stan ciekły zarówno w niskich, jak i wysokich temperaturach.

Wiele substancji spośród tych, które stosunkowo często znajdują się na mundurach żołnierzy – olej silnikowy, paliwa lotnicze, heksan – charakteryzuje się znacznie niższym napięciem powierzchniowym niż woda. Pracownica laboratorium skrapia zatem olejem silnikowym kolejny skrawek tkaniny, a następnie bierze kubek wody i chlusta całą jego zawartością niczym na nieudanej randce. Znów wszystko spływa i na tkaninie nie zostaje żaden ślad. „To już jest coś”, komentuje któryś z jej współpracowników.

Inspiracją do rozpoczęcia prac nad tkaniną odpychającą inne substancje były liście lilii wodnej. Ich powierzchnia obserwowana pod mikroskopem elektronowym przypomina dywan złożony z malutkich guzków, z których każdy pokryty jest jeszcze mniejszymi nanoguzkami, a właściwie przypominającymi wosk kryształami. (Parafina już sama w sobie stanowi skuteczny impregnator tkanin, ale jest zbyt łatwopalna jak dla wojska). Malutkie guzki i wybrzuszenia zmniejszają powierzchnię styczności i interakcję między tkaniną a każdą cieczą, która zostanie na nią rozlana. Taka warstwa impregnująca czyni również powierzchnię tkaniny bardziej stabilną energetycznie, co w jeszcze większym stopniu utrudnia interakcje między nią a innymi substancjami.

I choć oficjalnie tę nową technologię promuje się, kładąc nacisk na własności związane z odpychaniem zabrudzeń, to zdecydowanie większe znaczenie ma w tym przypadku ochrona przed bronią biologiczną i chemiczną. Nowy materiał w pierwszej kolejności pojawi się w kurtce i spodniach, stanowiących razem kombinezon, mający zapewniać ochronę biologiczno-chemiczną. Takie części umundurowania składają się z warstwy węgla aktywnego, która wiąże szkodliwe związki organiczne. Dzięki superwłasnościom odpychającym ta warstwa może być cieńsza, no bo jeśli 95% tego, co spadnie na ubranie, po prostu od niego odpadnie, to do wiązania trucizn potrzeba znacznie mniej węgla aktywnego. To o tyle korzystne, że mundur z grubą warstwą takiego węgla jest niewygodny i mocno grzeje. Jak gdyby ktoś założył na siebie filtr powietrza. A w przypadku odzieży ochronnej komfort ma olbrzymie znaczenie. Jeśli nie będzie ona wygodna, żołnierze będą odczuwać pokusę, by zignorować przepisy i po prostu jej nie zakładać. Tak samo postąpią, jeśli nie będą się sobie w tej odzieży podobać.

Zamek błyskawiczny

Okazuje się sporym problemem dla snajpera. Mówimy tu w końcu o człowieku, który może spędzić cały dzień, leżąc na brzuchu i czołgając się po ziemi czy po kamieniach. Jeżeli jego ubranie zapina się na zamek błyskawiczny, prędzej czy później między ząbki dostaną się piach i inny brud, a wtedy suwak się zatnie. Co więcej, na eklerze niewygodnie się leży, tak samo zresztą jak na guzikach. Mniej problematycznym zapięciem byłyby rzepy, ale one są z kolei hałaśliwe. Słyszałam o żołnierzach z sił specjalnych, którzy przez rzepy znaleźli się w niebezpieczeństwie, ponieważ hałas zdradził ich pozycje. Dlatego naukowcy z Natick zaczęli pracować nad cichszym zapięciem typu rzep.

Projektantka nowego kombinezonu snajperskiego pokazuje mi, w jaki sposób obeszła ten problem, tworząc strój zapinany przez ramię i z boku. Wskazuje na bezgłowy manekin krawiecki, który w przypadku projektowania umundurowania wojskowego wydaje się szczególnie osobliwy. Nasz snajper wygląda bowiem tak, jak gdyby wcześniej dopadł go snajper wroga. Projektantka bierze materiał do ręki. Wybrała powlekaną cordurę, która zatrzymuje wilgoć. To ważna kwestia, gdy leży się godzinami w jakimś podmokłym miejscu i czeka, by móc kogoś zabić. Funkcjonalny jest również krój kombinezonu snajpera, no bo zapięcie zostało przeniesione na ramię i bok, a poza tym już wcześniej zapadła decyzja o przesunięciu kieszeni na rękawy, bo tam jest do nich łatwiejszy dostęp. Kombinezon przestaje wyglądać tak prosto, gdy żołnierz zaczyna przypinać do niego różne potrzebne mu akcesoria. Snajper może spersonalizować wyposażenie na plecach, spodniach i hełmie, mocując np. do niego maskowanie dostosowane do terenu krzewiastego lub trawiastego.

Patrzę na fałd materiału, który projektantka nazwała zasłoną guzików. Zabezpiecza on guziki po to, aby nic się im nie stało. Prawdopodobnie niepotrzebnie się tym martwiła, ponieważ amerykańska armia przewiduje pewne minimalne normy wytrzymałości guzików na nacisk. Badanie to polega na umieszczeniu guzika między dwoma blokami metalu i zgniataniu go do momentu pojawienia się pierwszych odgłosów pękania. Federalni inspektorzy guzików pracują z niemal średniowieczną gorliwością. W ramach innych prób do guzików przykłada się gorące żelazko lub gotuje się je w wodzie, a w przypadku napów ciągnie się za nie tak mocno, aż się oderwą. Amerykańska specyfikacja norm dotyczących guzików liczy 22 strony. Niech informacja ta świadczy o tym, jak dużym wyzwaniem jest tworzenie odzieży dla wojska.

Damski mundur wojskowy

Tylko projektant odzieży wojskowej tworzy rękawice z jednym palcem, a konkretnie: z palcem wskazującym do umieszczenia na spuście karabinu. W nowoczesnej armii stosuje się coraz więcej nowych technologii, a to oznacza, że mundur przestaje być elementem odzieży, a staje się bardziej niezależnym systemem. Musi przecież unieść i pomieścić mnóstwo gadżetów i wszelakiego sprzętu, a także amunicję i baterie do tych licznych urządzeń. Zanim pojawiły się budzące respekt kamizelki kuloodporne obwieszone wyposażeniem, funkcję budzenia respektu musiał pełnić ubiór żołnierza. Wysokie kapelusze i naramienniki powodowały, że oficerowie wyglądali na wyższych i bardziej barczystych. No i buty. Ach, te buty! Wysokie skórzane oficerki z pewnością chroniły nogawki spodni, ale też wzmacniały morale. Mundury nie tylko gwarantowały jednorodność, ale stanowiły też źródło pewności siebie. Były eleganckie i schlebiały noszącym je mężczyznom.

Współczesny mundur bojowy, w którym – całkiem rozsądnie – położono nacisk na komfort w upalne dni, jest stosunkowo luźny. Nie kojarzy się z gotowością do zabijania, ale raczej z gotowością do spania. Mimo to w wojsku odzież stanowi do dziś ważny element budowania morale. Umundurowanie bojowe było kiedyś uniseksowe, ale kobiety zaczęły się na to skarżyć. Dla wielu z nich elementy munduru były za szerokie w ramionach i w pasie, za to za wąskie w biodrach. Wzmocnienia kolanowe często wypadały u nich gdzieś na łydce. Żołnierki nie znosiły tych mundurów do tego stopnia, że w końcu wojsko zleciło zaprojektowanie munduru damskiego. Oficjalnie nazywany jest alternatywnym mundurem bojowym albo mundurem dla żołnierzy o mniejszej posturze (bo noszą go też mężczyźni).

Co jakiś czas moda wojskowa się zmieniała – nie ze względów praktycznych czy naukowych, ale po prostu dlatego, że tak chciał jakiś wysokiej rangi oficer. Niedawno szef sztabu amerykańskiej armii postanowił, że zwieńczeniem munduru bojowego będzie czarny beret wełniany – i to nie tyle dlatego, że wełna jest niepalna i wiąże wilgoć, ale także dlatego, że takie berety mu się podobały. Podobały mu się na tyle, że musiał dodać wyjątek do przepisów zawartych w „Berry Amendment”. Zignorował niemal powszechne zdanie żołnierzy, że dotychczasowe czapki z daszkiem byłyby jednak lepsze. Żołnierze mieli dobre powody, by tak uważać. Czapka z daszkiem mniej grzeje, osłania oczy przed słońcem, jest lżejsza i zajmuje mniej miejsca w kieszeni na nogawce, ale szef sztabu wolał berety. (Wojskowym zajęło to dziesięć lat, ale w końcu odzyskali swoje czapki).

W Natick najwięcej mówi się jednak o innym przypadku decyzji podjętej na najwyższym szczeblu. Chodzi konkretnie o uniwersalny wzór kamuflażu stosowany na mundurach bojowych od 2005 r. Pojawił się pomysł stworzenia jednego wzoru kamuflażu, który skutecznie maskowałby żołnierzy w warunkach pustynnych, leśnych i miejskich. Badacze z Natick Camouflage Evaluation Facility wskazali 13 kombinacji wzorów i kolorów, które zostały następnie wysłane za granicę na testy polowe. Zanim jednak udało się zebrać dane i dokończyć badania, do akcji wkroczył wysoko postawiony generał i po prostu wybrał wzór. Nie był to nawet żaden z tych wzorów, które wyznaczono do testów. Nowy kamuflaż spisywał się w Afganistanie tak słabo, że w 2009 r. wojsko przeznaczyło 3,4 mld dolarów na zaprojektowanie nowego bezpieczniejszego wzoru dla stacjonujących tam żołnierzy.

Kamuflaż to ciekawa kwestia z punktu widzenia mody. W praktyce wygląda to tak, że wojsko nie podąża za trendami cywilnymi – ono je kreuje. Co jakiś czas zdarza się wręcz, że wojsko taki trend wyznacza, a potem samo za nim podąża. W połowie ubiegłego stulecia wojskowy kamuflaż zaczął przenikać do modowego mainstreamu. Zaczęło się od ubrań, a dalej poszło już samo. Dzisiaj w internecie można bez żadnego problemu kupić obrączki ślubne z takim wzorem, sweterki dla psów, body dla niemowląt, klapki, kapelusze i korki piłkarskie. Kamuflaż stał się tak popularnym wzorem, że zaczęli się go domagać również żołnierze marynarki wojennej. Choć wiele osób uważa to za żenadę, obecny mundur roboczy żołnierza marynarki ma kamuflaż w kolorze niebieskim. Nie byłam pewna, czy coś mi nie umyka, więc o uzasadnienie tej decyzji zapytałam jednego z dowódców tej formacji, a on tylko spojrzał w dół, westchnął i powiedział: „Ten kamuflaż jest po to, żeby nikt nie zauważył, jak wypadniesz za burtę”.

Oczywiście żadne wojskowe wygłupy modowe nie mogą równać się z sagą o czerwonej i pomarańczowej bieliźnie. Mniej więcej na przełomie XIX i XX w. zapanowało – jak ujmuje to artykuł z „Medical Bulletin” z lipca 1897 r. – „powszechne przekonanie, że czerwona bielizna posiada jakieś okultystyczne własności medyczne”. Choć koncepcja ta była całkowicie bezpodstawna, i tak trafiła w końcu na biurko głównego lekarza armii Stanów Zjednoczonych. Podpułkownik William Wood donosił, że brytyjscy oficerowie stacjonujący w Indiach znajdują częściową ochronę przed upałem, wykładając wnętrze swoich kapeluszy czerwonym suknem. Zlecono wtedy przeprowadzenie badań na oddziałach przebywających na Filipinach. Kapeluszy nie przygotowano zbyt wielu, za to Amerykanie rzucili się na teorię czerwonej bielizny – być może widzieli w niej jakąś tajną broń, źródło przewagi psychologicznej. Z magazynów w Filadelfii wysłano 5 tys. kompletów czerwonych kalesonów i podkoszulków oraz taką samą liczbę zestawów w kolorze białym, przeznaczonych dla grupy kontrolnej. Wojsko zamierzało przez rok monitorować poziom energii fizycznej i mentalnej żołnierzy.

Do udziału w badaniu zgłosiło się 1000 ochotników. Nowe elementy odzieży dotarły na miejsce w grudniu 1908 r. i od razu zaczęły się schody. Większość kompletów nowej bielizny okazała się za ciasna, mogli je nosić tylko najdrobniejsi żołnierze. Być może, zapoznawszy się z celem wysyłki, producenci skroili ją z myślą o Filipińczykach, którzy są z natury niżsi i szczuplejsi, a być może po prostu przyoszczędzili na materiale. Kto może to wiedzieć… Tak czy owak, z udziału w badaniu na starcie odpadło 600 osób. Co gorsza, kalesony uszyto z grubej bawełny typu dżinsowego, więc ludzie pocili się w miejscach, w których nikt nie chce się pocić. Z pewnością niwelowało to wszelkie magiczne właściwości chłodzące, które miała zapewniać czerwień. Ale problemy nie skończyły się na tym, bo kalesony okrutnie barwiły. Noszący je żołnierze stali się przedmiotem powszechnych kpin i docinków. Po miesiącu prania czerwona bielizna zrobiła się żółta, a później przeszła w brudny beż.

Wyściółka kapeluszy z natury rzeczy nie podlegała tak częstemu praniu, ale barwiła pot oraz strugi padającego deszczu, przez co twarze żołnierzy spływały czerwienią i powodowały kolejne wybuchy śmiechu towarzyszy broni. Pod koniec roku żołnierze zostali odpytani o wrażenia związane z noszeniem nowej bielizny. Jakiekolwiek pozytywne uwagi miało tylko 16 z 400 uczestników badania. W czerwonej bieliźnie było bardziej gorąco i była ona bardziej gryząca. Ale podrażnienia skóry i szybsze wyczerpanie w wysokich temperaturach to niejedyne problemy. Do potencjalnych skutków noszenia nowej bielizny zaliczono również bóle i zawroty głowy, gorączkę, nieostre widzenie, zapalenie mieszków włosowych i kolkę.

***

Fragmenty pochodzą z książki Mary Roach „Do boju! Jak w skrajnych sytuacjach pozostać w jednym kawałku, zachować zmysły i nie złapać infekcji”, wyd. Prószyński i S-ka 2020.

01.08.2020 Numer 8/2020

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną