Zdrowie

Czego nie wiesz o swoim ciele?

Numer 8/2020
Budowa penisa – przekrój. Budowa penisa – przekrój. medicalstocks / Shutterstock
Czasami wychowanie i obyczajowość sprawiają, że wstydzimy się własnej cielesności i naturalnych zjawisk fizjologicznych, obecnych w całej przyrodzie. Tymczasem czy nie wstyd jest nie wiedzieć w XXI w., jak działa organizm człowieka czy zwierzęcia?
materiały prasowe

Dlaczego mężczyźni nie mają kości prącia? Pytanie o tyle zasadne, że ma ją większość naszych zwierzęcych przodków, w tym małpy człekokształtne. Kość prącia, zwana bakulum, nie jest połączona z resztą szkieletu, zwisa wewnątrz prącia i w czasie wzwodu dodatkowo usztywnia je, ułatwiając i wydłużając zbliżenie. U morsów bakulum ma ponad 0,5 m długości, czyli jedną szóstą długości ciała samca. U wielorybów mierzy prawie metr. U lemurów ma zaledwie 2 cm, a u szympansów bonobo jedynie 8 mm, ale to zawsze coś. Jednak mężczyźni gatunku Homo sapiens zostali pozbawieni tego wspomagacza. Dlaczego?

Jest wiele teorii dotyczących zaniknięcia bakulum. Jedna z nich mówi, że kość ta jest typowa dla gatunków, które nie łączą się w monogamiczne pary i wśród których cały czas trwa rywalizacja o samice. Tak jest w przypadku morsa, któremu bakulum umożliwia szybkie dostanie się do pochwy samicy i odbycie z nią stosunku na tyle długiego, by zniechęcić rywali i jednocześnie mieć pewność, że to właśnie jego sperma doprowadzi do zapłodnienia.

Akt seksualny u morsów trwa rzeczywiście dość długo, bo ponad 3 min – średnio o minutę dłużej niż u ludzi. Jednak samcom szympansów bonobo, które też mają bakulum, seks zajmuje jedynie 15 s. Poza tym u koni też nie występuje bakulum w penisach, mimo że nie są monogamiczne. Wręcz przeciwnie – jeden dziki ogier może mieć w swoim stadzie nawet kilkadziesiąt samic. Może więc bliższa prawdy jest teoria mówiąca, że brak tej kości to wynik ewolucji dającej większe szanse rozmnażania się zdrowszym mężczyznom?

Ludzki penis w momencie wzwodu nie może liczyć na wsparcie w postaci twardej kości. To czysta hydraulika, w której główną rolę odgrywają krew tętnicza i tzw. ciała jamiste. Tworzą one skomplikowany układ zatok sterowanych przez impulsy nerwowe. W momencie podniecenia z głębszych warstw skóry prącia wydziela się zmagazynowany w nich tlenek azotu, który rozszerza naczynia krwionośne (ten sam mechanizm powoduje rozszerzanie się naczyń krwionośnych w skórze pod wpływem promieni ultrafioletowych). Napływająca przez nie krew wypełnia zatoki ciał jamistych, które stają się na tyle duże i twarde, że blokują żyły odprowadzające krew. W ten sposób uwięziona w prąciu krew powoduje jego powiększanie i sztywnienie.

Pełna erekcja penisa wymaga około 130 ml krwi napływającej w szybkim tempie. Z tego też powodu małe naczynia krwionośne w prąciu w czasie wzwodu powinny nawet dwukrotnie powiększyć swoją średnicę, a ciśnienie w ciałach jamistych przekracza 150 mm Hg, czyli jest sporo wyższe niż ciśnienie w tętnicach (chociaż i ono w takich sytuacjach zwykle rośnie). Żeby tak się stało, muszą bardzo sprawnie zadziałać zarówno układ krwionośny i serce, jak również układ nerwowy. To właśnie legło u podstaw teorii stworzonej przez zoologa Richarda Dawkinsa. Według niej zniknięcie bakulum jest wynikiem selekcji męskich osobników dokonanej przez kobiety. Miały one bowiem wybierać na partnerów seksualnych facetów bez kości w penisie, którzy erekcję osiągali wyłącznie dzięki fizyce cieczy. Z jednej strony miało to zapewnić lepszą jakość zbliżenia i poprzedzającej go gry wstępnej – taki facet po prostu potrzebował dłuższej zabawy w łóżku (czy też na legowisku). Z drugiej strony dawało to pewność, że tak wyposażony samiec jest zdrowy, przekaże więc potomstwu dobre geny.

Jednak i ta teoria ma sporo luk. Okazuje się, że samice wielu gatunków zwierząt mają żeński odpowiednik bakulum w postaci kości łechtaczki. Nazywa się ona os clitoridis lub baubellum i do dziś stanowi zagadkę i przedmiot licznych spekulacji. Według niektórych naukowców zarówno bakulum, jak i baubellum są pozostałościami z czasów, gdy ciała męskich i żeńskich osobników tych samych gatunków nie były aż tak zróżnicowane jak obecnie. Kość łechtaczki u samic zwierząt byłaby więc odpowiednikiem sutków u samców – czymś zupełnie niepotrzebnym, ale powstającym na pewnym etapie życia płodu jako wynik wspólnego żeńsko-męskiego programu rozwojowego, który dopiero później, pod wpływem hormonów, zaczyna się wyraźnie różnicować na którąś z dwóch płci. I chociaż wielu facetów zapewne myśli z żalem o utraconym bakulum, pocieszeniem niech będzie dla nich świadomość, że to właśnie dzięki brakowi tej kości mogą czuć się bardziej męscy niż samce szympansów czy lemurów.

Penis penisowi nierówny

Mało która część męskiego ciała wykazuje takie zróżnicowanie jak penisy. Chodzi nie tylko o długość, lecz także o kształt, grubość, zdolność powiększania się oraz kąt i kierunek erekcji. Przeciętnie męskie prącie ma w zwisie ok. 9 cm. W czasie wzwodu 86% mężczyzn osiąga erekcję od 13 do 18 cm. Bywają oczywiście wyjątki. Najkrótszy zmierzony przez badaczy penis mierzył zaledwie 1,3 cm. Najdłuższy należy do urodzonego w 1970 r. Jonaha Cardelego Falcona z USA. W stanie spoczynku jego prącie mierzy 24 cm, a we wzwodzie – 34,3 cm. Jednak tylko 6% światowej populacji mężczyzn potrzebuje prezerwatyw w rozmiarze XL. W skali globalnej statystycznie najdłuższe penisy w czasie wzwodu mają mieszkańcy Republiki Konga – średnia to 18 cm. Najkrótsze Koreańczycy – niespełna 10 cm. Sześciu na tysiąc mężczyzn dotyka też przypadłość zwana mikropenisem. Naukowcy mówią o niej, gdy prącie w stanie wzwodu mierzy mniej niż 7 cm.

W sumie jednak spośród ssaków naczelnych ludzki penis jest największy, i to zarówno w wielkościach bezwzględnych, jak i w proporcjach do wielkości ciała. Nawet panowie z „małym” nie powinni wpadać w kompleksy, jeśli weźmie się pod uwagę, że supermęski goryl ma prącie o długości zaledwie 4 cm. Nawet u szympansa jest ono dłuższe… A ponadto to, co widzimy na zewnątrz, stanowi tylko połowę penisa. Druga znajduje się w ciele, a jej koniec jest przymocowany do kości łonowej. Z tego powodu cały penis w czasie erekcji przybiera kształt bumerangu.

Prącie rośnie do ok. 20. roku życia. Naukowcy nie stwierdzili jednak żadnego związku pomiędzy długością wiotkiego penisa a jego rozmiarem w czasie erekcji. 79% mężczyzn ma w stanie spoczynku dość małe prącie, które może jednak przybrać imponujące rozmiary.

Z kolei 21% ma długi „zwis”, który w czasie erekcji powiększa się tylko nieznacznie. Statystycznie mały penis w czasie wzwodu powiększa się o 86%, duży tylko o 47%.

Bardzo indywidualną sprawą są też kąty, pod jakimi penis staje w czasie wzwodu. U jednego na dwudziestu mężczyzn jest to pozycja „na baczność”, czyli do góry, z ewentualnym odchyleniem do 30 stopni od pionu. Jeden na dziesięciu mężczyzn ma erekcję „do przodu”, czyli z penisem stojącym pod kątem prostym do reszty ciała. Najwięcej, bo ponad 60%, ma wzwody lekko w górę od tej pozycji, a niespełna 25% – lekko w dół. Zdarzają się jednak wzwody pionowo w dół i nie jest to uważane za dysfunkcję. W przypadku penisów trudno więc mówić o jakiejś normie dotyczącej długości czy pozycji we wzwodzie. Podobnie rzecz się ma z kształtem. Bardzo niewiele penisów jest prostych – większość ma zgięcie w którymś z czterech kierunków. Nawet skrzywienie o 30 stopni, przypominające drogowy znak „ostry zakręt”, uważa się za normalne. Kobietom ta różnorodność najwyraźniej nie przeszkadza, skoro według statystyk aż 85% pań jest zadowolonych z wielkości i kształtu penisów swoich partnerów. Dla porównania – tylko 55% panów odczuwa pełną satysfakcję z wyglądu swojego „przyjaciela”.

Czy można złamać penisa?

Cóż, niestety tak. Aby utrzymać formę, penis musi mieć regularne erekcje. Bez tego jego tkanka może stać się mniej elastyczna i skurczyć nawet o 2 cm. Na szczęście mózg uruchamia regularnie funkcję „automatycznej konserwacji penisa” w czasie snu, a szczególnie podczas fazy REM. Co ciekawe, uaktywnia się ona już w czasie życia płodowego. Nawet robione tuż przed porodem badania USG pokazują dzieci z całkowicie uformowaną erekcją, a wielu chłopców wychodzi z macicy matki z członkiem w stanie wzwodu. Większość mężczyzn ma 3–9 erekcji w ciągu nocy, począwszy od życia płodowego. Jako przyczynę naukowcy wskazują wyłączenie w głębokiej fazie snu komórek wytwarzających noradrenalinę w pniu mózgu, czyli jego najstarszej części. Oznacza to, że w pełni zrelaksowany umysł sam uruchamia mechanizmy prowadzące do powstania erekcji. Niezależnie od przyczyny tego zjawiska stanowi ono niezłe narzędzie diagnostyczne. Jeśli bowiem mężczyzna osiąga erekcję we śnie, a nie może jej mieć w ciągu dnia, oznacza to, że jego problem ze wzwodem ma charakter nie fizyczny, lecz psychiczny.

Niestety to właśnie nocne erekcje są często przyczyną złamań penisa. Zdarza się to mężczyznom, którzy spadli z łóżek, mając prącie w stanie wzwodu. Chociaż penis jest pozbawiony kości, która mogłaby się złamać, pod wpływem uderzenia dochodzi czasem do rozerwania włóknistej powłoki ciał jamistych wypełniających się krwią w czasie erekcji. Takiemu złamaniu towarzyszy trzask, intensywny ból, obrzęk oraz – co nie powinno dziwić – nagłe zwiotczenie prącia. Na szczęście zdarza się to dość rzadko i przy odpowiednim leczeniu powraca pełna funkcjonalność narządu.

Złamanie prącia częściej niż przy upadku z łóżka następuje w czasie ostrego zbliżenia, szczególnie gdy kobieta jest na górze. Jak wynika z badań, najbardziej niebezpieczna dla mężczyzn jest pozycja „na jeźdźca”. Przeciętnie mężczyzna ma erekcję 11 razy w ciągu doby. Daje to imponującą liczbę ponad 4 tys. wzwodów rocznie. W ciągu całego życia może to być nawet kilkaset tysięcy, biorąc pod uwagę również te z okresu dzieciństwa. Oczywiście nie każda erekcja, nawet po osiągnięciu dojrzałości płciowej, kończy się wytryskiem. Takich jest stosunkowo niewiele – średnio 7200 w ciągu całego życia.

Co ciekawe, erekcję można mieć także po śmierci. Najczęściej występuje ona u mężczyzn, którzy zmarli na skutek powieszenia. Naukowcy uważają, że może to być spowodowane naciskiem wywieranym na móżdżek. U powieszonych mężczyzn w jednym przypadku na trzy następuje bardziej lub mniej całkowita erekcja penisa oraz uwolnienie moczu, śluzu lub spermy. Do podobnych skutków mogą doprowadzić również rany postrzałowe w mózg, uszkodzenie głównych naczyń krwionośnych lub nagła śmierć przez otrucie. Z punktu widzenia medycyny sądowej pośmiertny wzwód jest dowodem, że śmierć była gwałtowna. Ma on nawet swoją poetycką nazwę – „żądza anioła”.

Jak długo może trwać erekcja?

Nawet kilka dni, ale nie jest to bynajmniej oznaka zdrowia. Wręcz przeciwnie – wzwód trwający dłużej niż 4 godz. non stop i niezwiązany z podnieceniem seksualnym uważany jest za objaw chorobowy zwany priapizmem. Termin pochodzi od greckiego bożka płodności i pożądania Priapa, który na rzeźbach i malowidłach przedstawiany jest z wielkim członkiem w stanie ciągłej erekcji. Statystycznie priapizm dotyka niespełna jednego mężczyznę na 100 tys., ale to wystarczy, by w samych Stanach Zjednoczonych trafiało z jego powodu do szpitali ponad 8 tys. facetów rocznie.

Priapizm bowiem nie tylko powoduje ból, ale grozi trwałym uszkodzeniem prącia, a nawet koniecznością jego amputacji. Dzieje się tak dlatego, że uwięziona w ciałach jamistych krew zaczyna tracić tlen i po prostu się psuje, co grozi gangreną. Dlatego leczenie priapizmu polega przede wszystkim na usunięciu strzykawką nadmiaru starej krwi. Czasem wstrzykuje się w jej miejsce sól fizjologiczną, którą po „przepłukaniu” ciał jamistych się usuwa.

Gdy ta metoda nie pomaga, stosowane są leki i zabiegi chirurgiczne polegające na nakłuciu żołędzi prącia, by krew mogła z niego odpływać. Zabieg nie należy więc do przyjemnych, ale niestety wielu mężczyzn funduje go sobie na własne życzenie, biorąc zbyt duże dawki środków na potencję. Skutkiem są erekcje trwające nawet ponad 48 godz., które ostatecznie kończą się w szpitalu.

Wspomagacze w rodzaju viagry to jednak niejedyna przyczyna priapizmu. Chorobliwie długą erekcję powodują też leki przeciw nadciśnieniu, antydepresyjne, zmniejszające krzepliwość krwi (heparyna), a także alkohol, kokaina oraz ukąszenie przez jednego z najbardziej jadowitych pająków świata, wałęsaka brazylijskiego. Z tego powodu zawarta w jego jadzie toksyna Tx2-6 jest badana pod kątem stworzenia nowego leku na potencję.

Czy kobiety mają wzwód?

Jak najbardziej – to wzwód łechtaczki, czyli clitoris, która jest żeńskim odpowiednikiem penisa. Oba te narządy zbudowane są z takich samych tkanek i początkowo, do ok. 12. tyg. życia płodowego, wyglądają identycznie. Dopiero pod wpływem wydzielanych przez mózg hormonów wyrostek płciowy u chłopców przekształca się w prącie, a u dziewczynek – w łechtaczkę. Znajduje się ona powyżej wejścia do pochwy i ma jeden cel – dostarczać kobietom przyjemności.

Według statystyk nawet 75% kobiet musi dotknąć łechtaczki, by przeżyć orgazm. Sam stosunek nie daje im tej przyjemności. Orgazm łechtaczki może wywołać od trzech do szesnastu skurczów i trwa nawet pół minuty, czyli znacznie dłużej niż najbardziej nawet fantastyczny orgazm męski. Dzieje się tak dlatego, że clitoris zawiera aż 7–8 tys. wrażliwych zakończeń nerwowych – dwukrotnie więcej niż penis. To właśnie dzięki nim sygnały o przyjemności płyną do mózgu, powodując wydzielanie się w nim hormonów szczęścia – endorfin.

Niech nikogo nie zmyli skromna w porównaniu z prąciem wielkość łechtaczki. To, co widać na zewnątrz, to tylko niespełna ¼ tego narządu. Reszta znajduje się w ciele kobiety i może sięgać nawet ponad 10 cm w głąb. Badania dowodzą, że zapewnienie kobiecie orgazmu łechtaczkowego przed stosunkiem może być idealnym przygotowaniem pochwy na zbliżenie.

Pieszczoty łechtaczki mogą więc stanowić preludium do orgazmu pochwowego.

Ponieważ łechtaczka jest żeńską analogią penisa, ma podobną budowę. Wyróżnia się w niej żołądź z napletkiem i ciała jamiste, które w czasie pobudzenia seksualnego wypełniają się krwią. Wtedy też dochodzi do wzwodu łechtaczki – analogicznie jak w prąciu. Nie jest on co prawda tak spektakularny jak u mężczyzn i zwykle ustępuje w ciągu 10 min po orgazmie. Niemniej również u kobiet mogą wystąpić objawy niebezpiecznego dla zdrowia przewlekłego wzwodu, czyli priapizmu.

Co ciekawe, w przeciwieństwie do penisa, który przestaje rosnąć już u 20-latków, łechtaczka rośnie przez całe życie kobiety. Po menopauzie może stać się nawet 1,5 raza większa niż u nastolatki. Nie powinno więc dziwić, że niektóre kobiety mają najlepsze orgazmy w średnim wieku i po pięćdziesiątce. Łechtaczka jest też większa u kobiet, które rodziły dzieci. Jej przeciętna długość to ok. 4 cm, ale zdarzają się o wiele większe.

Od czego zależy intensywność orgazmu?

Kto znajdzie odpowiedź na to pytanie, będzie mistrzem seksu. Problem w tym, że nie ma jednej odpowiedzi. Jeśli podejść do sprawy w sposób „techniczny”, intensywność orgazmu zależy po prostu od siły skurczów mięśni związanych z narządami płciowymi. U kobiet są to skurcze pochwy, macicy i szyjki macicy, u mężczyzn – mięśni wokół nasieniowodów, cewki moczowej, prostaty i odbytnicy. Równanie jest niby proste – im silniejszy skurcz, tym większa przyjemność. Ale…

Orgazm mężczyzny trwa zwykle kilka sekund, ale u kobiety mogą to być nawet 2 min. Takie długie fazy szczytowania przeżywa niemal połowa pań, które doświadczają tych doznań. Poza tym kobiecy orgazm może być wielokrotny, a także – jak mawiają seksuolodzy – wieloogniskowy. Dzieje się tak wówczas, gdy stymulowanych jest kilka stref erogennych naraz, np. łechtaczka, pochwa, sutki, usta czy odbyt. Ten ostatni jest również silnie unerwiony, gdyż znajdują się w nim zakończenia takich narządów jak końcówka pochwy u kobiet czy prostata u mężczyzn.

Mężczyźni takich wielokrotnych orgazmów nie są w stanie przeżywać, gdyż po każdym wytrysku następuje u nich faza tak zwanej refrakcji, czyli niewrażliwości na bodźce. Może trwać ona kilka minut, a nawet cały dzień, chociaż znany jest przypadek mężczyzny, który doświadczył 16 orgazmów w ciągu godziny, czyli jednego co niespełna 4 min. Daleko mu jednak do kobiecego rekordu, który wynosi aż 134 orgazmy na godzinę. Dzieje się tak m.in. dlatego, że łechtaczka jest o wiele mocniej unerwiona od prącia, a u kobiet nie występuje faza refrakcji. Ich napięcie seksualne może więc ulec wzmacnianiu i rozładowywaniu z o wiele większą częstotliwością.

Jest tu jednak pewien haczyk – aby do tego doszło, kobieta potrzebuje 10–20 min erotycznej gry wstępnej, podczas gdy mężczyźnie wystarczą statystycznie jedynie cztery. Stwierdzono też, że zdolność pań do orgazmu oraz jego intensywność związane są z odległością między łechtaczką a cewką moczową. Im jest mniejsza, tym łatwiej osiągnąć tę fazę. Jeśli natomiast przekracza ona 2,5 cm (mniej więcej szerokość kciuka), mogą być kłopoty.

Według badań ok. 18% pań nie jest zdolnych do osiągnięcia orgazmu. Czy istnieje jakaś granica wieku dla tej przyjemności? Jeśli sami sobie jej nie odmówimy, to nie. Badania pokazały, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą osiągać orgazm nawet po 90. roku życia. Bo chociaż w czasie szczytowania przyjemne ciepło rozchodzi się po całym ciele, to przede wszystkim odczuwamy je w mózgu.

Czy można mieć 100 orgazmów dziennie?

Tak, ale wbrew pozorom nie jest to nic przyjemnego. Zespół uporczywego pobudzenia genitaliów – PGAD (persistent genital arousal disorder) – prowadzi często do depresji, a nawet samobójstw. Opisać można go jako uczucie ciągłego, natrętnego i niepożądanego pobudzenia okolicy genitaliów, które pojawia się mimo braku podniecenia seksualnego. Często skutkiem jest ból.

Dolegliwość objawia się czasem ciągłymi niekontrolowanymi orgazmami, a czasem pobudzeniem na granicy orgazmu. Media w Polsce informowały m.in. o 39-latce, która miała 50 ataków PGAD dziennie i aby rozładować podniecenie, musiała poświęcać na masturbację kilka godzin. W brytyjskiej prasie opisany był z kolei przypadek 46-latki, która ma 100 orgazmów dziennie, czyli średnio 5–6 na godzinę, przy założeniu, że spała 7 godz. na dobę. Częstość występowania zespołu nie została dokładnie ustalona, jednak szacuje się, że może on dotykać nawet jedną kobietę na 100. Chociaż do niedawna rozpoznawano tę jednostkę chorobową jedynie u kobiet, w ostatnich latach pojawiły się również medyczne dowody rozpoznania PGAD u mężczyzn.

Przyczyny tego zaburzenia nie zostały jednoznacznie ustalone. Wśród potencjalnych powodów PGAD wymienia się czynniki psychiczne, w tym zaburzenia emocjonalne związane ze sferą seksualną, choroby oraz wpływ leków i używek. U 60% pacjentek z PGAD stwierdzono zaburzenia depresyjne, a u 40% – lękowe. Około 10% doznało molestowania seksualnego w dzieciństwie i u takiej samej liczby rozpoznano objawy zespołu wypalenia zawodowego.

Przyczyną PGAD mogą być także deformacje naczyń krwionośnych w obrębie miednicy małej w rodzaju żylaków, mechaniczne uszkodzenia lub podrażnienia nerwu sromowego oraz zaburzenia neurologiczne. PGAD pojawia się też jako niepożądany skutek stosowania lub odstawienia niektórych leków przeciwdepresyjnych. Stwierdzono również związek jego występowania z dużą ilością soi w diecie i w suplementach, nadużywaniem alkoholu, marihuany i nikotyny. Co jednak najciekawsze, bardzo częste (ponad 60% przypadków) jest współistnienie PGAD z zespołem nadreaktywnego pęcherza moczowego oraz zespołem niespokojnych nóg. Podobnie jak w przypadku tamtych zaburzeń u ok. 70% pacjentek zaobserwowano nasilenie objawów PGAD w pozycji siedzącej.

***

Więcej o zagadkach ludzkiego ciała można przeczytać w książce Andrzeja Fedorowicza „100 rzeczy, których nie wiesz o swoim ciele”, Prószyński i S-ka 2020.

01.08.2020 Numer 8/2020

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną