Zdrowie

Życie z piętnem

Numer 2/2020
Mycobacterium leprae – tak wygląda ­winowajca trądu pod mikroskopem. Mycobacterium leprae – tak wygląda ­winowajca trądu pod mikroskopem. Kateryna Kon / Shutterstock
Trąd to jedna z najstarszych chorób towarzyszących ludzkości. Choć umiemy sobie z nim radzić, dotkniętych nim nadal skazuje się na wygnanie i ostracyzm społeczny.
Całkiem niedawno wyszło na jaw, że pancerniki, ­uchodzące na południu USA za lokalny przysmak, są tam głównymi roznosicielami choroby. Leah Smalley/Shutterstock Całkiem niedawno wyszło na jaw, że pancerniki, ­uchodzące na południu USA za lokalny przysmak, są tam głównymi roznosicielami choroby.

„Uciekaj od trędowatego, jakbyś uciekał od lwa” – mówi jeden z bohaterów filmu „Yomeddine. Podróż życia”, kiedy przychodzi mu określić swój stosunek do osób trędowatych. Egipski film w reżyserii A.B. Shawky’ego przedstawia losy 40-letniego Beshaya, mężczyzny, który całe życie spędził na pustyni w kolonii trędowatych. Z choroby dawno się wyleczył, ale po strasznych przeżyciach pozostały mu potworne blizny i deformacje ciała. Gdy umiera jego żona, postanawia po raz pierwszy w życiu opuścić kolonię i udać się do oddalonej o kilkaset kilometrów rodzinnej wioski. Chce odnaleźć korzenie i zapytać, czemu bliscy go porzucili. W czasie podróży szybko przekonuje się, jak wielkim tabu jest jego choroba. Ludzie spluwają na widok zdeformowanego człowieka i reagują agresją tylko dlatego, że miał czelność pojawić się w ich wiosce.

Kiedy film wyświetlono w Cannes, krytycy byli pełni uznania: „To opowieść o człowieku wyrzuconym poza nawias społeczeństwa, który dojrzewa do tego, by zrozumieć, dlaczego świat obszedł się z nim w tak bezwzględny sposób” – pisali. Film rzeczywiście jest warty uwagi i tym wiarygodniejszy, że aktor Rady Gamalow naprawdę zmagał się z trądem i żył w kolonii trędowatych. Dla niego to osobista próba zwrócenia uwagi na problem, bo trąd mimo postępów medycyny ma się całkiem dobrze. Według danych WHO każdego roku notuje się blisko 200 tys. nowych zachorowań na niego, a liczba cierpiących na całym świecie sięga milionów. Znacznie większym problemem niż samo leczenie jest jednak walka z ludzkimi uprzedzeniami.

Zdeformowane wierzenia

Najstarsze dowody szkieletowe na obecność trądu pochodzą z 2000 r. p.n.e. Znaleziono je w szczątkach ludzkich ze stanowisk archeologicznych w Balathal w Indiach i Harappa w Pakistanie. Do niedawna sądzono, że choroba ta przywędrowała do Europy z Persji i z Indii, współczesne badania rzucają jednak nowe światło na zjawisko rozprzestrzeniania się trądu. Niewykluczone, że to z Europy choroba zawędrowała w inne części świata.

Największe nasilenie zachorowań przypadło na średniowiecze, głównie X–XII w., kiedy obok dżumy trąd stanowił prawdziwą plagę. Ludzie wiedzieli, że tajemnicza choroba rozwija się powoli i po latach męczarni prowadzi do śmierci. Wierzący doszukiwali się w niej kary boskiej. Osoby trędowate musiały opuścić swoje osady i udać się na wygnanie. To właśnie w średniowieczu dla zarażonych zaczęły powstawać wydzielone przytułki zwane leprozoriami (łac. lepra – trąd), w których przymusowo ich umieszczano. Ocenia się, że w XIII w. w samej Europie funkcjonowało 19 tys. takich miejsc.

Wspólny dla wszystkich epok i kultur był ostracyzm społeczny. Chorych na trąd pozbawiano wszelkich praw. Ich małżonkowie automatycznie otrzymywali rozwód, zarażonym nie wolno było dotykać kogokolwiek, zbliżać się do studni, kościołów i karczm, a o swoim nadejściu musieli uprzedzać za pomocą dzwonka lub kołatki. W Chinach działo się jeszcze gorzej – na prowincjach zdarzały się przypadki zakopywania trędowatych żywcem.

Na przełomową wiedzę na temat tej choroby trzeba było czekać do XIX stulecia, co wiązało się z epidemią trądu w Norwegii i Islandii. To właśnie Norwegia pierwsza na świecie stworzyła w 1854 r. system nadzoru medycznego dla osób zarażonych trądem, a dwa lata później – ich krajowy rejestr. Dzięki zinstytucjonalizowanym działaniom można było prowadzić badania na szeroką skalę. W 1873 r. lekarz Gerhard Armauer Hansen odkrył bakterię Mycobacterium leprae, odpowiedzialną za zarażenia trądem wśród ludzi. Ustalenie to było rewolucyjne, bo kładło kres fałszywemu poglądowi, jakoby trąd miał podłoże dziedziczne. Od tamtego czasu przed naukowcami otworzyły się zupełnie nowe perspektywy.

Badania potwierdziły, że Mycobacterium leprae jest wewnątrzkomórkowym pasożytem, który wymaga do życia dostępu do wolnego tlenu i ma kształt pręcika. To on infekuje zdrowy organizm. W początkowych fazach nie wywołuje żadnych symptomów, dlatego ciężko ocenić, czy doszło do zarażenia. Z czasem na powierzchni skóry twarzy i tułowia pojawiają się suche szorstkie owrzodzenia, które są jaśniejsze od normalnego koloru skóry. W ich obrębie występują zaburzenia czucia: dotyku i ciepła. Zmiany te nie goją się nawet miesiącami. Ponadto u osób zarażonych można zaobserwować osłabienie mięśni, utratę władzy w kończynach, bóle stawowe czy deformacje kończyn, problemy z oczami prowadzące nawet do ślepoty i ogólne osłabienie. Wyjątkowo niebezpieczne są uszkodzenia układu nerwowego, skutkujące brakiem zdolności odczuwania bólu. Jak wiadomo, ból ma działanie ochronne dla organizmu, dlatego jego brak może prowadzić do utraty części kończyn, głównie z powodu powtarzających się urazów lub infekcji wynikających z niezauważenia ran. W przypadku uszu pojawia się deformacja małżowiny, z kolei objawy obejmujące nos powodują zapadanie jego czubka, co skutkuje bardzo charakterystyczną „lwią twarzą”. Objawy trądu są więc bardzo wyraziste i trudno pomylić je ze zwiastunem innej choroby.

Najbardziej niepokojący jest okres inkubacji, który wynosi od pół roku do nawet 20 lat. Jedynie u małych dzieci pierwsze objawy trądu mogą pojawić się trzy miesiące od zakażenia. W takich sytuacjach bardzo trudno ustalić przyczynę choroby. Wiemy, że bakterie przenoszą się głównie drogą kropelkową, a do rozprzestrzeniania dochodzi poprzez kaszel lub kontakt z wydzieliną z nosa osoby zakażonej. Trąd nie jest bardziej zaraźliwy niż gruźlica, jednak bliski wielokrotny i długotrwały kontakt z nieleczoną osobą może prowadzić do infekcji. Wykluczono natomiast, jakoby rozprzestrzeniał się w czasie ciąży na nienarodzone dzieci lub przez kontakty seksualne.

Jak dokładnie dochodzi do zakażenia, nadal pozostaje tajemnicą. W połowie przypadków nie stwierdzono wcześniejszego kontaktu zakażonego z chorym, w związku z tym nie wyklucza się przenoszenia bakterii przez owady. Za poparciem tej hipotezy przemawia fakt, że znamy kilka gatunków zwierząt, co do których nie ma wątpliwości, że mogą być rezerwuarem patogenów. Taką naturalnie istniejącą infekcję wykryto u pancernika dziewięciopaskowego występującego m.in. na południu Stanów Zjednoczonych. Pancerniki uchodzą tam za lokalny przysmak, tymczasem – jak szacują naukowcy – 15% ich populacji, liczącej 30–50 mln sztuk, może być nosicielami bakterii Mycobacterium leprae. Z powodu zbroi pancerników trudno dostrzec na nich zmiany skórne, co na pierwszy rzut oka pozwoliłoby określić zainfekowane osobniki. W Stanach Zjednoczonych dochodzi do 200 zarażeń trądem rocznie: trzy czwarte z notowanych przypadków to pamiątki z zagranicznych wojaży, jednak za jedną czwartą infekcji odpowiadają tam właśnie pancerniki.

Bakterie trądu odkryto także u szympansów afrykańskich, mangab, makaków jawajskich, a całkiem niedawno u wiewiórek zamieszkujących Irlandię Północną, Anglię, Szkocję i kilka pomniejszych wysepek wchodzących w skład Zjednoczonego Królestwa. Ostatnia wiadomość była dla naukowców niemałym szokiem, bo dotychczas przypuszczano, że trąd wygasł na terenie Wielkiej Brytanii już w średniowieczu, tymczasem nowe odkrycia kazały mocno zrewidować ten pogląd. Na ślad zarażonych trądem wiewiórek natrafiono tam w 2014 r. Naukowcy z University of Edinburgh, badający populacje wiewiórki pospolitej w Szkocji, zauważyli u niektórych osobników nieprawidłowy przerost uszu, nosa i kończyn. Szybko okazało się, że odpowiada za to bakteria Mycobacterium leprae. Kiedy opublikowali wyniki swoich ustaleń, naukowcy z wielu innych miejsc w Wielkiej Brytanii zaczęli zgłaszać się do nich z podobnymi obserwacjami. – Zupełnie nie oczekiwaliśmy, że wieki po tym, jak trąd zniknął wśród ludzi, ta sama bakteria będzie wywoływać choroby wśród wiewiórek w Wielkiej Brytanii. Nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się z czymś podobnym – mówi prof. Stewart Cole, dyrektor prestiżowego Institut Pasteur, który brał udział w badaniach. Ale to nie koniec niespodzianek. Okazało się, że część zainfekowanych wiewiórek nosiła w sobie także bakterie Mycobacterium lepromatosis, dopiero niedawno odkrytą, która także odpowiada za wywoływanie trądu.

Wędrówki bakterii

Mycobacterium lepromatosis to bakteria odkryta zaledwie w 2008 r. u zarażonych mieszkańców Meksyku i wysp karaibskich. Kliniczne objawy trądu są takie same jak w przypadku zarażenia Mycobacterium leprae i bez szczegółowych badań laboratoryjnych nie sposób odróżnić źródła choroby. Na obecnym etapie analiz porównawczych nie można jednak jednoznacznie określić, czy jest to nowy gatunek bakterii, czy odmiana geograficzna M. leprae. Sytuację komplikuje fakt, że obydwa mikroby nie posiadają genów niezbędnych do niezależnego wzrostu. Obydwa też są patogenami wewnątrzkomórkowymi, a to oznacza, że nie da się ich hodować sztucznie w warunkach laboratoryjnych.

To niejedyny problem naukowców. Nadal nie mamy jednoznacznej odpowiedzi na to, skąd w ogóle wziął się trąd. Dotychczas uważano, że choroba narodziła się gdzieś na Dalekim Wschodzie i została sprowadzona do Europy przez żołnierzy Aleksandra Wielkiego i uczestników wypraw krzyżowych. Ale badania międzynarodowego zespołu naukowców przeprowadzone w 2018 r. rzucają nowe światło na tę hipotezę. Eksperci z Max Planck Society, Eberhard Karls Universität Tübingen oraz Eidgenössische Technische Hochschule Zürich przeprowadzili największe w historii badanie dotyczące starożytnych odmian trądu. Analizie poddano 90 szkieletów z deformacjami charakterystycznymi dla tej choroby. Szczątki te znaleziono w Europie, a pochodzą z okresu od 400 do 1400 r. Badania pozwoliły zrekonstruować 10 genomów średniowiecznych bakterii M. leprae. Ilustruje to niezwykłą różnorodność choroby krążącej wtedy po naszym kontynencie. Naukowcy na jednym cmentarzu znaleźli mnogość szczepów bakterii. – Cechuje je znacznie większa różnorodność genetyczna, niż się spodziewaliśmy.

Trąd uznaje się za chorobę charakterystyczną dla klimatu tropikalnego i subtropikalnego, ale nie oznacza to, że nie potrafi rozwijać się w środowisku chłodniejszym (patrz przykład Norwegii czy Islandii). Największe jego ogniska endemiczne znajdują się w Azji Południowo-Wschodniej, Ameryce Południowej i w Afryce Środkowej. Według danych WHO największą zachorowalność obserwuje się w Indiach, Brazylii, Nepalu, Mozambiku i Angoli. Rocznie nowych zakażeń notuje się ok. 200 tys., a całkowita liczba chorych na świecie może wynosić od 3 do nawet 10 mln. Przytoczenie szczegółowych danych jest niezwykle trudne, bowiem większość przypadków odnotowuje się w krajach biednych, gdzie poziom usług medycznych pozostaje bardzo niski i trudno egzekwować tam skrupulatną ewidencję chorych. Poza tym, jak już wspomniano, trąd to choroba przewlekła, w której od zainfekowania do pierwszych objawów upływa często dużo czasu i większość zakażonych przez pierwsze lata nie wie, że na nią cierpi.

Warto w tym miejscu podkreślić, że od kiedy wynaleziono antybiotyki, trąd jest chorobą całkowicie wyleczalną. Od początku lat 80. ub.w., kiedy wprowadzono terapię bazującą na kombinacji trzech antybiotyków, udało się go zwalczyć u blisko 16 mln chorych. Jeśli zakażenie zostanie wykryte wcześnie, leczenie trwa średnio 6–12 miesięcy i nie pozostawia większych śladów. Wkrótce na rynek trafią najnowocześniejsze testy na trąd, które mają diagnozować chorobę na rok przed pierwszymi objawami, a przy tym mają być tanie – nie powinny kosztować więcej niż dolara za sztukę. Produkt przechodzi testy w Brazylii, gdzie rocznie odnotowuje się 33 tys. nowych przypadków, głównie w slumsach wielkich miast.

Znacznie większym problemem jest stygmatyzacja zarażonych osób, bo wyrzucanie trędowatych poza margines społeczeństwa pozostało niezmienne od starożytności. Choroba wciąż budzi strach i odrazę. W Indiach, gdzie zdarza się najwięcej nowych zakażeń, do dziś nie zaktualizowano ustawy zakazującej trędowatym podróżowania pociągiem, a prawo stanu Maharasztra nie dopuszcza ich do egzaminu na prawo jazdy. W Chinach przed igrzyskami w Pekinie ludzie dotknięci trądem zostali ujęci w wykazie osób z zakazem wjazdu na tereny imprezy. Zakaz cofnięto dopiero po interwencji międzynarodowych organizacji pozarządowych u ówczesnego premiera Hu Jintao. Podobnie jest w innych częściach świata. Kiedy pacjenci szpitala Sitanala w Jawie Zachodniej dowiedzieli się, że na jego terenie stworzono oddzielną jednostkę, zajmującą się leczeniem trądu, ze strachu przestali do niego przychodzić.

I to jest największy problem – nawet dawno już wyleczony, trąd stygmatyzuje na całe życie. Blizny i rany są w tym przypadku mniej dotkliwe niż ostracyzm społeczny.

Kamil Nadolski
dziennikarz, popularyzator nauki

01.02.2020 Numer 2/2020

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną