Zdrowie

Światło to nie panaceum

Numer 2/2018
Nikki Zalewski / Shutterstock

Światło ma dość szerokie zastosowanie w medycynie. Promieniowanie podczerwone wykorzystują fizjoterapeuci. Lampy sollux, emitujące światło widzialne i podczerwone, używane są do miejscowego rozgrzewania tkanek oraz blizn, co poprawia ukrwienie i przyspiesza regenerację. Innego rodzaju światło jest stosowane w dermatologii do leczenia trądziku czy atopowego zapalenia skóry. Warto też wspomnieć o świetle laserowym, przydatnym m.in. w chirurgii, dermatologii czy stomatologii. Zwykłe światło widzialne jest używane pomocniczo w leczeniu depresji sezonowej. Wszystkie te zastosowania dobrze znamy, a ich skuteczność potwierdzono wieloletnimi badaniami klinicznymi.

Niestety, na rynku pojawiają się też metody, których nie waham się nazwać szamańskimi. Rozmaite firmy oferują lampy, które według zapewnień sprzedawców leczą praktycznie wszystko. Wystarczy tylko dobrać odpowiednią barwę światła, szybkość pulsacji oraz czas działania – i gotowe. Zwykle w opisach pojawiają się odniesienia do starożytnych Indii czy innych krain Wschodu. Przywołuje się pojęcie czakr, czyli miejsc, gdzie w organizmie gromadzi się prana. W innych opisach czytamy o kolorach tzw. aury czy równie egzotycznych kwestiach. Do tego dochodzi nieco bardziej współcześnie brzmiąca pseudoteoria o wibracjach komórek, które w czasie choroby się zmieniają, a oświetlenie w odpowiedni sposób ma im te naturalne wibracje przywrócić. Bywa, że przywołuje się także fizykę kwantową, Einsteina itd. Nigdzie jednak nie ma wyjaśnienia, jak światło, które w założeniu kierujemy na nerki, serce czy wątrobę, ma dotrzeć w głąb ciała i natrafić na te chore komórki, skoro może ono przeniknąć do naszego wnętrza przez skórę zaledwie na kilka do kilkunastu milimetrów.

Jeśli zadamy sobie trud i przeszukamy dostępne źródła medyczne, zobaczymy, że skuteczność tego typu terapii była wielokrotnie badana w różnych ośrodkach naukowych na świecie. Każda z tych prac kończy się tym samym wnioskiem: to nie działa! Nie ma żadnej różnicy pomiędzy grupą stosującą magiczne lampy a kontrolną, w której nie zostały one użyte.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że „leczące” lampy kosztują bajońskie sumy (zwykle kilka tysięcy złotych). Kiedy przyjrzeli się im dokładnie (po prostu rozmontowując taką lampę) specjaliści od urządzeń elektrycznych, stwierdzili, że tak naprawdę można je spokojnie zbudować za niecałe 100 zł, wykorzystując elementy dostępne powszechnie na rynku.

Reasumując: terapia magicznymi lampami nie pomoże, choć prawdopodobnie też nie zaszkodzi, ale tylko jeśli nie będzie się odbywać kosztem realnego leczenia.

dr n. chem. Mirosław Dworniczak

01.02.2018 Numer 2/2018

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną